PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 lutego 2006


JANINA KUMANIECKA

Ostatni błędny rycerz
III Rzeczypospolitej

Tak to już z błędnymi rycerzami jest, że przeważnie walczą w przegranej sprawie. Są jednocześnie przedmiotem podziwu i lekceważenia, przeradzającego się często w pogardę. Jak to się stało, że w polskiej mitotwórczości (bo wszystko, co się wokół niego dzieje, dotyczy mitów, a nie faktów) takim właśnie błędnym rycerzem stał się Adam Michnik?

Roman Giertych ogłosił właśnie, że skończyła się era Michnika i okrągłego stołu. A dawni przyjaciele zarzucają redaktorowi Gazety Wyborczej, że się zmienił i zdradził dawne ideały. Pomińmy na razie wypowiedź szefa LPR-u. Anachronizm myślenia jest cechą wszystkich prących do władzy fundamentalistów. Zastanówmy się natomiast nad tym, czy Michnik rzeczywiście się zmienił?

Dobrym pretekstem do takich rozważań jest wydana niedawno jego książka pt. Wściekłość i wstyd. Sam autor (bo to jego wybór) zawarł w niej szkice z lat 1993-2004, bardzo ważnego dziesięciolecia, w którym wyłaniały się powoli zręby dzisiejszej, IV już Rzeczypospolitej. Większość z nich drukowała Gazeta Wyborcza, kilka tylko pochodzi z innych źródeł. Michnik pisze w nich o ludziach, których nigdy nie zdradził, o ideach, którym zawsze pozostał wierny, o chichocie historii wreszcie, która nam wszystkim płata nieustannie przewrotne figle.

Bohaterowie zamieszczonych tutaj szkiców to m.in. Jacek Kuroń, Leszek Kołakowski, Marian Brandys. Chociaż każdy z nich działał w innej dziedzinie, innym obszarem czynów i myśli się zajmował, mają pewne cechy wspólne. Łączy ich wszystkich najszerzej pojęta tolerancja, lewicowość w poglądach społecznych, co zawsze oznaczało wrażliwość na krzywdy słabszych (a nie chęć przekazania władzy komunistom) i świadomość wieloznaczności ludzkich postaw, nie zawsze poddających się jednoznacznie wartościującej ocenie. To były te cechy, które i Michnik uważał i uważa do dziś za najważniejsze, idee, którym zawsze pozostał wierny. Do listy autorytetów, jakie do dzisiaj uznaje, ludzi, którzy go uformowali, można jeszcze kilka nazwisk dodać, tutaj ograniczymy się do dwóch najważniejszych - Antoniego Słonimskiego i Jana Józefa Lipskiego. To rzadkie dzisiaj zjawisko, żeby aktywny działacz i publicysta polityczny sam, z własnej i nieprzymuszonej woli, powoływał się na współczesne mu autorytety. O takich tylko jest tutaj mowa, chociaż Michnik historyk znajduje, jak wiadomo, także i w przeszłości wzorce postępowania. Dzisiaj raczej po to, żeby wykreować siebie, trzeba zniszczyć innych. Wydaje się, jakby domniemani twórcy IV Rzeczypospolitej jakoś dziwnie zapomnieli, że z podobnym zjawiskiem (chociaż oczywiście w o wiele groźniejszej formie) żyjące jeszcze pokolenie miało do czynienia w połowie lat 40. ubiegłego wieku, a skutki owego obalania autorytetów odczuwamy do dziś.

Dla Michnika liczy się ciągłość tradycji, bo wie, że bunt przeciwko tradycji kończy się bezrozumnym populizmem. Dokonuje z niej jednak zdecydowanego wyboru. Zawsze wybiera Polskę otwartą i tolerancyjną, "kraj bez stosów", a nie klaustrofobiczne "Katolickie Państwo Narodu Polskiego". Walczy o szacunek dla religii i kapłanów przemawiających głosem porozumienia i dialogu, zawsze jest zwolennikiem "prawdy wybaczającej", przeraża go natomiast "Kościół monologu, przemawiający językiem krucjaty i anatemy, głosem oblężonej twierdzy, tonem nienawiści nasyconej obsesją dyskryminacji". I wreszcie, zawsze jest zwolennikiem Polski demokratycznej i zgodnie z własną interpretacją myśli Jana Pawła II rozumie, że "tolerancja rzadko jest dzieckiem wielkoduszności, zwykle jej źródłem jest zwykła ludzka słabość. Jeżeli nie potrafię uczynić swych racji, o których prawdziwości jestem przekonany, normą dla drugich, wtedy muszę nauczyć się z tymi drugimi współistnieć w jednym wspólnym, demokratycznym państwie... Oznacza to, że państwo demokratyczne jest rezultatem finalnym wojny - gorącej lub zimnej - w której nikt nie jest dostatecznie silny, by odnieść integralne zwycięstwo".

Michnik tym poglądom był wierny od czasu, kiedy zaczął myśleć i pisać, może je tylko szerzej z czasem rozwinął. Nikogo nie sprzedał, nikogo nie zdradził. Zawsze na forum międzynarodowym występował w obronie dobrego imienia (ale nie bezgrzeszności) Polski i Polaków. W kraju walczył z psuciem państwa, ksenofobią i antysemityzmem, razem z wieloma sobie podobnymi przeżył szok Jedwabnego. I konsekwentnie broni zasad okrągłego stołu, zgodnie z zasadą wyrażoną w tych słowach: "bądź tedy pobożny, niepokorny inteligencie, ale nie wyrzekaj się sceptycyzmu - choćby w świecie politycznych zaangażowań... Bowiem przeznaczeniem twoim nie jest ani świętowanie politycznych wiktorii, ani schlebianie własnemu narodowi. Masz dochować wierności sprawom przegranym, mówić rzeczy nieprzyjemne, budzić sprzeciw. Masz zbierać cięgi od swoich i obcych ´bo tak tylko zdobędziesz dobro, którego nie zdobędzieszß".

To jest jedno oblicze Michnika. Poglądy, z którymi można się nie zgadzać, ale trudno odmówić im prawa obywatelstwa w narodowym dyskursie. Skąd więc ten człowiek, cieszący się ciągle niekwestionowanym autorytetem w świecie, we własnym kraju stał się "wcielonym diabłem" w propagandzie politycznych przeciwników i wcale nie mniej potępianym odstępcą w oczach dawnych przyjaciół?

Nie miejsce tu oczywiście na przeprowadzanie głębokich, socjotechnicznych analiz (a takie by się przydały przy próbie oceny tej barwnej i pełnej sprzeczności postaci naczelnego redaktora najpotężniejszego dziennika Rzeczypospolitej). Na jedną sprawę pozwólcie mi jednak Państwo zwrócić uwagę. Otóż jest to ów "chichot historii", którego poczucie nie opuszcza ani na chwilę autora Wściekłości i wstydu - jakżeż często podkreślany także i tutaj. Ów chichot, który sprawia, że zachowuje się czasami jak swawolny Dyzio, próbując, ile kart może wyciągnąć, żeby zbudowany przez niego domek nie runął. Tak bardzo pragnie być kochany, że jakiś wewnętrzny instynkt przekory nigdy nie pozwala mu spocząć na laurach i chce przekonać do siebie także dawnego wroga, który go kiedyś opluwał. Czasami mam wrażenie, że w tym widzi swój największy triumf. Niektórzy chcą w tym widzieć pocałunek Kaina... Jedno jest w każdym razie pewne - nigdy nie feruje bezwzględnych wyroków i w ocenie ludzi stara się kierować rozsądkiem, a nie emocjami. Co wcale nie oznacza politycznego relatywizmu, który kieruje się na ogół jedynie aktualną koniunkturą na hasła i autorytety. Michnik jest pod tym względem niezłomny i nieugięty. To też jest część tego samego wizerunku.

Na zakończenie należy stwierdzić tylko jedno: jest rzeczą bardzo smutną, że te pozytywne wartości, które prezentuje w swojej książce Wściekłość i wstyd Adam Michnik, są dziś przedmiotem walk błędnego rycerza - więc należą do spraw z góry przegranych. Pozostaje jednak nadzieja, że historia jeszcze raz zachichoce (a ona bardzo to lubi) i znów zwyciężą rycerze sprawy przegranej. Nawet, jeżeli nie będzie już wśród nich Michnika...


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail