PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 lutego 2006


Harmonia
to ideał

Przed amerykańskim tournee
ze Stanisławem Drzewieckim i jego ojcem,
Jarosławem, rozmawia Bożena U. Zaremba

Kiedy Staś zamienił się w Stanisława?

Stanisław Drzewiecki: Myślę, że w moim przypadku proces dojrzewania postępuje stopniowo i harmonijnie. Harmonia to stan, który towarzyszy mi przez całe życie. Cały czas do niej dążę - dawniej podświadomie, a dzisiaj z pełnym przekonaniem. W sztuce harmonia to ideał, a wszystkie odstępstwa są czynione po to, aby podkreślić jej znaczenie.

Przygodę z muzyką zaczynałeś bardzo wcześnie. Czy miałeś tzw. normalne dzieciństwo?

Myślę, że każde dzieciństwo jest inne, że każdy ma inne przeżycia i inne potrzeby. Ucząc się muzyki jest się bardziej samotnikiem, tak jak w dziedzinie modelarskiej, ale to nie znaczy, że nie lubię kontaktów towarzyskich. Może miałem mniej czasu na bieganie z kolegami po boisku, ale za to poznawałem wspaniałych artystów, odwiedzałem bajecznie piękne miejsca, a przede wszystkim, może to zabrzmi trochę górnolotnie, miałem wielokrotnie satysfakcję widząc i czując, że daję publiczności radość i wzruszenie. To dla mnie najpiękniejsza nagroda za czas często żmudnych ćwiczeń i wielu godzin w samotności.

Prof. Jarosław Drzewiecki: Nigdy nie traktowaliśmy naszego syna jakoś specjalnie. Myślę, że nie czuł, że jego życie jest odmienne od innych, myślę nawet, że w pewnym wieku mógł być przekonany, że wszyscy ludzie na świecie grają na fortepianie.

A więc Staś nie był w Państwa oczach tzw. cudownym dzieckiem?

Zawsze byłem przeciwny takim określeniom jak "cudowne, genialne dzieci". Ale potrzebują tego dziennikarze i publiczność, i nic na to nie można poradzić. Młodzi ludzie zawsze się obronią, jeżeli budują swoją pozycję na naturalności i pełnej harmonii z sobą samym. Jestem pełen podziwu dla Stanisława za jego wewnętrzną skromność i pokorę w stosunku do pełnionej, służebnej roli wobec kompozytora i publiczności.

Twoja kariera została niejako przesądzona przez rodzinne tradycje. Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, czy to jest właśnie to, co chcesz robić?

SD: To jest prawda tylko w części. Moi rodzice byli przeciwni mojej muzycznej edukacji. Właściwie zdecydowała zaprzyjaźniona nauczycielka, która chciała spróbować nauki-zabawy przy fortepianie. Rodzice, zdaje się, nie bardzo mogli odmówić i tak to się zaczęło. A jeżeli kocha się to, co się robi, nigdy nie jest zbyt ciężko. Oczywiście zdarzają się chwile, że potrzebuję przerwy i innego rodzaju wysiłku.

Zaczęło się więc od zabawy przy instrumencie...

Tak, a prawdziwą naukę rozpoczynałem u prof. Idy Leszczyńskiej, która po dwóch latach przeniosła się do Chicago i obecnie odnosi tam sukcesy pedagogiczne. Następnie uczyłem się u prof. Wiery Nosiny, a w ostatnich latach korzystałem z ogromnej wiedzy mojej mamy - prof. Tatiany Shebanovej, artystki wielkiego formatu, która ma w repertuarze niemal całą literaturę fortepianową. To był inspirujący okres, w którym poznałem wielką literaturę romantyczną z Chopinem, Lisztem, Schubertem, Schumannem i Rachmaninowem na czele. Moje dyskusje z mamą-pedagogiem bywały dość gorące, ale zawsze znajdowaliśmy najlepsze rozwiązanie. Przy okazji ćwiczyłem sztukę dyplomacji, aby przeprowadzić swoje pomysły.

Gracie czasem wspólne koncerty...

O tak! Graliśmy takie rodzinne koncerty w Kanadzie, Japonii, Portugalii, Holandii i Rosji. W Nowym Jorku na bis zagraliśmy nawet na sześć rąk Walca Rachmaninowa - to była zabawna przygoda.

Rok 2006 to dla nas Rok Mozarta z okazji 250-lecia urodzin kompozytora. Ukazała się nasza nowa płyta nagrana w najnowszym systemie Super Audio CD z Sinfonią Varsovią pod dyr. Michaela Zilma. Będziemy również realizowali niezwykły dla nas projekt - serię 16 koncertów w Polsce, na których wykonamy koncerty Mozarta na 1, 2 i 3 fortepiany z towarzyszeniem orkiestry. Znakomita niemiecka firma fortepianowa Blüthner zobowiązała się dowozić z Niemiec swoje 3 instrumenty koncertowe na każdy nasz występ w polskim mieście.

Kto jest teraz Twoim pedagogiem?

Obecnie pracuję z prof. Andrzejem Jasińskim w Akademii Muzycznej w Warszawie nad cyklami Debussy'ego i Ravela.

A czy Pan, jako pedagog, ma jakąś sprawdzoną metodę na kształcenie muzyczne?

JD: Proces edukacji każdego młodego muzyka zawsze przebiega inaczej. Każdy jest przecież inny i dla każdego trzeba opracować najlepszy scenariusz jego kształcenia. Z doświadczenia wiem, że wszechstronność, ciekawość świata, temperament i umiejętność koncentracji to bardzo ważne cechy pomagające w szybszym rozwoju. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem tzw. metody Suzuki i uważam, że mechaniczny rozwój manualnych umiejętności nigdy nie może pozostać bez rozwoju emocjonalnego, a przede wszystkim bez rozwoju wyobraźni. Kompozytorzy zawarli w swoich utworach całą paletę ludzkich uczuć: od skrajnie dramatycznych po najwyższą szczęśliwość, a wykonawca przecież nie musi przeżyć tego wszystkiego, co kompozytor, aby go zrozumieć. Wyobraźnia i intuicja przychodzą wtedy z pomocą.

Jak porównałby Pan edukację muzyczną w Polsce i w innych krajach?

Mam ciągle nieodparte wrażenie, że pedagodzy w Polsce, Rosji, na Ukrainie i w paru innych jeszcze krajach często angażują się osobiście, nie bacząc na prywatny czas i otrzymywane za to nikłe wynagrodzenie. W wielu szkołach zachodniej Europy i Azji już nie ma tak idealistycznego podejścia do nauczycielskiej "misji".

Kiedy uczeń staje się gotowy do tego, by wypuścić go "na głębokie wody"?

To zależy, o jak głębokich wodach myślimy. Kontakt z estradą powinien zaczynać od najwcześniejszych lat. Stopniowe przyzwyczajanie sprawia, że dla młodego ucznia publiczność staje się kimś bliskim, a nie "krwiożerczym strachem". Później, kiedy świadomość i odpowiedzialność rosną, a wraz z nią trema, pozytywne nastawienie pozostaje w wykonawcy. "Głęboka woda" w sensie profesjonalno-wykonawczym może się zacząć, kiedy głowa wykonawcy wyprzedza grające palce. Pojawia się wtedy kontrola i świadoma kreacja dzieła - muzyką nie rządzi przypadek, a pianista panuje nad instrumentem realizując swoje idee.

A jak Ty dajesz sobie radę ze stresem, tremą?

SD: Myślę, że trema w obiegowym znaczeniu to przede wszystkim nieczyste sumienie, które bierze się z niedostatecznego przygotowania. Oczywiście, jeżeli nie zna się dobrze tekstu nutowego, to powstaje strach przed utratą kontroli nad sobą. Dla mnie trema to rodzaj mobilizacji całego organizmu, taka siła, która wyzwala wręcz nadludzką moc, i można wtedy "góry przenosić". Dzięki niej mózg lepiej działa.

Z czego musiałeś zrezygnować, żeby poświęcić się muzyce?

Muzyka wypełnia mój świat, ale przecież mam jeszcze dużo pozamuzycznych zainteresowań, które w jakiś sposób wpływają na moje widzenie otoczenia. Uważam, że należy cały czas poszerzać swoje horyzonty.

Możesz powiedzieć coś o tych zainteresowaniach pozamuzycznych?

Między innymi zrobiłem licencję nurka, uczyłem się latania, sklejam modele samolotów. Niedawno opracowałem projekt wirtualnego miasta na wyspie u wybrzeży Antarktydy, z pełną infrastrukturą, lotniskiem i działającą komunikacją. Przed paru laty zrobiłem projekt samolotu pasażerskiego o napędzie hybrydowym. Obecnie, dzięki animacjom mogę go ożywić i dostosować do wymogów MS Symulatora 2004. Zastosowałem tam sporo ciekawych rozwiązań z zakresu hydrauliki, zawieszenia, sterowności, komunikacji pokładowej, zaprojektowałem też... małą salę koncertową. Wszystko to robię w miarę wolnego czasu, którego mam coraz mniej.

W ostatnich latach coraz bardziej zajmuje Cię też komponowanie...

Nie aspiruję do miana kompozytora, mam wrażenie jednak, że muzykę tworzę od zawsze i miewam chwile, że komponowanie staje się dla mnie nieodpartą koniecznością. To są momenty przyjemne, ale jednocześnie dziwne, nie do końca dla mnie zrozumiałe. Pierwsze kroki przy tworzeniu muzyki zapisywała moja mama - znałem bowiem brzmienia harmoniczne i rytmy, ale nie umiałem jeszcze pisać nut. Pierwszą ważniejszą kompozycję napisałem mając 7 lat. Był to smutny Walc a-moll. Na konkurs Eurowizji do Bergen wymaganym elementem programu był krótki utwór współczesny, a nie mając takiego w repertuarze napisałem własny, Preludium "Insect". Napisałem też wiele utworów na różne składy kameralne. Ze znaczących powstała muzyka do spektaklu Król olch wg Goethego dla Teatru "Lalka" w Warszawie. Spektakl ten otrzymał potem główną nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu w Poznaniu. W marcu zeszłego roku w Filharmonii Koszalińskiej odbyła się premiera mojego nowego utworu Double Concerto na skrzypce, fortepian i orkiestrę smyczkową. Orkiestrą dyrygował maestro Peter Dabrowski z Valley Symphony Orchestra w Teksasie. To było bardzo emocjonujące przeżycie. Muzyka tego koncertu jest częściowo oparta na folklorze różnych regionów świata. Można się w niej doszukać motywów wschodnich, a także połączeń cygańsko-góralskich.

Masz na swoim koncie nagrody na międzynarodowych konkursach, w ostatnich dwóch latach wiele koncertowałeś w największych salach koncertowych USA (wspomnijmy choćby Carnegie Hall, Lincoln Center czy Walt Disney Concert Hall), występujesz też regularnie w Japonii. Które z tych doświadczeń szczególnie zapamiętałeś?

Największym przeżyciem był X Konkurs Eurowizji w Bergen w Norwegii, transmitowany bezpośrednio do 24 krajów. Reprezentowałem Telewizję Polską i było mi bardzo miło, kiedy główną nagrodę wręczył mi maestro Esa-Pekka Salonen i książę Haakon, dziś już król Norwegii. Przed wyjściem do finałowego koncertu powiedziano mi, że oglądać mnie będzie 10 milionów ludzi. To była tak abstrakcyjna liczba, że nie zrobiła na mnie wrażenia. Dopiero na lotnisku we Frankfurcie poczułem siłę mediów, kiedy obcy ludzie gratulowali mi sukcesu.

Co przede wszystkim przynosi Ci artystyczną satysfakcję?

Kiedy zaczynam "czuć" kompozytora, to tak, jakbym sam komponował jego utwory. Tak było z Mozartem, Chopinem czy Rachmaninowem. Koncerty dają mi możliwość przekazania publiczności swoich fascynacji.

Czy wolisz wykonania utworów Chopina bardzo bliskie tradycji, czy uwspółcześnioną, oryginalną interpretację?

Oczywiście pianista musi przedstawić własną wizję, ale zdecydowanie preferuję wykonania bliskie Chopinowi, oparte na jego tekście nutowym i słowach pisanych.

No właśnie. Jedna z jurorek zeszłorocznego Konkursu Chopinowskiego, powiedziała, że "trzeba grać w zgodzie z osobowością [Chopina]. Pamiętać, jakim był człowiekiem. Czytać jego listy, wpatrywać się w jego portrety. Rozmyślać o jego życiu. Odnaleźć w sobie jego głos". Co Pan o tym sądzi?

JD: Wiedza jest zawsze pomocna w zrozumieniu intencji kompozytora. W przypadku Chopina najciekawsze są jego listy do bliskich, w których odnajdujemy prawdziwe oblicze mistrza, często nie tak idealistyczne jak w oficjalnych biografiach.

A co Ciebie szczególnie fascynuje w muzyce Chopina?

SD: Ciągle zmieniające się nastroje - euforia przeobrażająca się w nostalgię. Całe bogactwo ludzkich stanów emocjonalnych. Staram się dopasować do tych nastrojów, próbować je zrozumieć i przekonująco przekazać słuchaczom.

--------------------------

Wywiad przeprowadzony z inicjatywy Towarzystwa Chopinowskiego w Atlancie, organizatora koncertu Stanisława Drzewieckiego w tym mieście.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail