ZOFIA SAWICKA
Niezwykły album - Sławomir Mrożek
Twarz mi się zgadza
Więc jak to: mam dokumentować fotograficznie odchodzenie pisarza?...
Czy to wypada?... Szczerze mówiąc, jest tylko jeden sędzia
tego mojego zamiaru. W moim albumie można znaleźć zdjęcia
trudne do zaakceptowania przez tych, którzy są przyzwyczajeni
do skamandryckiej poetyki fotografowania twórców. Ale mają
one "imprimatur" samego Sławomira Mrożka i to jest moim usprawiedliwieniem.
Andrzej Nowakowski
Sławomir Mrożek, zbiór fotografii ukazujący się właśnie
nakładem wydawnictw Universitas i Noir sur Blanc, jest tak starannie wydany
i tak wysmakowany estetycznie, że trudno uwierzyć, iż jego początki
były do pewnego stopnia dziełem przypadku.
- Tak się zdarzyło, że Sławomir Mrożek i jego żona Susana byli gośćmi w naszym domu - mówi autor fotografii Andrzej Nowakowski. - Zapytałem wówczas Mrożka, czy mógłbym mu zrobić kilka zdjęć. "Proszę bardzo" - odpowiedział. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy, dokąd nas zaprowadzi ten banalny początek. Ot, po prostu, parę fotek. Ale zwykle tak jest, że trudno przewidzieć konsekwencje prostych sytuacji.
Spotkania pisarza z fotografem trwały trzy lata. W trakcie tych wspólnych sesji "parę fotek" rozrosło się do archiwum liczącego około trzech tysięcy zdjęć. Po kilkumiesięcznej selekcji i obróbce Andrzej Nowakowski wybrał do albumu czterdzieści fotografii. Nietypowych, często gorzkich, niejednokrotnie niepokojących, niemieszczących się w klasycznych, tradycyjnych wzorcach przedstawiania pisarzy. Daleko wykraczających poza estetyczne przyzwyczajenia widza. Jak pisze w eseju towarzyszącym albumowi Michał Paweł Markowski, żadne ze zdjęć "nie utrwala twarzy pisarza w znanej konwencji, żadne nie jest alegorią pisarza lub literatury (...). Nie ma więc Mrożka-myśliciela, który obowiązkowo podpierałby policzek palcem, resztę dłoni podsuwając pod brodę (...), nie ma Mrożka uwznioślonego, pewnego swojej wielkości, Mrożka wśród książek lub swoich czytelników, Mrożka z uśmiechem kładącego podpis na karcie tytułowej kolejnej książki. Nic z tych rzeczy".
Twarz i tekst
Andrzej Nowakowski, pracownik naukowy wydziału polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, do niedawna dyrektor Instytutu Książki, fotografią zajmuje się amatorsko, choć towarzyszyła mu już od wczesnego dzieciństwa - jego dziadek miał w Wejherowie zakład fotograficzny.
- Umarł, gdy byłem jeszcze dzieckiem, a w spadku zostawił swojemu ukochanemu wnukowi (czyli mnie) - sprzęt fotograficzny. Jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć w moim życiu był dzień, w którym cały ten majątek po dziadku został mi ukradziony z mojego pokoju w domu studenckim "Żaczek" w Krakowie. Gdyby nie to przeżycie, dzisiaj byłbym może zawodowym fotografikiem.
Nowakowski po latach wrócił jednak do dawnej pasji, znów zaczął zajmować się fotografią, jak sam mówi - wstydliwie, z pozycji amatora, poza głównym nurtem swej działalności. W albumie Sławomir Mrożek udało mu się pogodzić obie fascynacje - literaturę i fotografię. Zdjęcia w nim pomieszczone - czego zresztą autor nie próbuje ukrywać - cechuje skrajny subiektywizm w portretowaniu modela. Jest to subiektywizm czytelnika i zarazem znawcy literatury, poszukującego sposobu na zmierzenie się z wizerunkiem pisarza i skonfrontowanie tego wizerunku z dziełem literackim. Zdjęcia te są, jak pisze Nowakowski, jego własną opowieścią o pisarzu, zapisem "osobistego czytania Mrożka".
Ze światem w tle
Na warszawską promocję książki, mimo ostrego mrozu, przyjechali z Krakowa obaj. Dziennikarze pytali Sławomira Mrożka, czy lubi pozować do zdjęć.
- Nie lubię. Ale to było coś innego. Czułem się bardzo naturalnie. To było bardzo wygodne, bo pan Nowakowski mi odpowiadał. A ja jemu.
Twarz Mrożka w obiektywie Andrzeja Nowakowskiego odarta jest z "pisarskości". W zamian fotograf wchodzi w intymność. Bohater zdjęć nigdy nie tworzy z otoczeniem symbiotycznego związku, zawsze jest tylko na tle, w pewnych dekoracjach, często niemal teatralnych (wnętrza teatrów także kilkakrotnie "zagrały" w fotografiach Nowakowskiego). Z tła wyłamuje się zawsze postać osobna, będąca gdzieś indziej. Niedopasowana. Także na zdjęciach zrobionych na cmentarzu, pośród nagrobków, Mrożek - w wełnianej czapce nasuniętej głęboko na oczy - wydaje się być obok, zajęty własnymi sprawami, przypadkiem postawiony (ustawiony) na tle kolejnej dekoracji. Dekoracje zdają się przesuwać obok bohatera jak kolejne pejzaże za oknem pociągu.
- Czy Mrożek jest trudnym "obiektem"? Niełatwo odpowiedzieć. Jest "łatwy" przez to, że absolutnie nie pozuje, nie mizdrzy się i nie boi się obiektywu. Nasze sesje fotograficzne polegały na tym, że on "po prostu jest", chodzimy, rozmawiamy o wszystkim, a ja robię swoje. Z drugiej strony - jest bardzo "trudny"! Nie mogłem go traktować jak modela, którego można przestawiać niczym mebel. Bezwzględnie musiałem akceptować to, że to on dyktuje warunki, na jakich pozwoli się fotografować (mimo że nigdy tych warunków nie formułował!), a ja aranżuję jedynie ogólne sytuacje.
Spotykali się przez trzy lata, o najdziwniejszych porach i w najdziwniejszych miejscach Krakowa. Nocą w bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego, na Rynku, o ósmej rano na cmentarzu Rakowickim. Wybierali takie miejsca i momenty, aby wokół znalazło się jak najmniej ludzi. Na większości fotografii Mrożek jest sam, jeśli pojawiają się inne postacie, to wyłącznie we fragmentach, nieostro - czyjaś ręka, plecy, niewyraźna, rozmazana twarz. Wyjątek fotograf zrobił dla żony pisarza.
- Susana często nam towarzyszyła, ale jako "obiekt fotograficzny" interesowała mnie jedynie wtedy, kiedy mogłem oboje przyłapać na "intymnościach". W zasadzie tylko raz mi się to udało i to zdjęcie cenię sobie szczególnie, bo przez te lata tylko jeden jedyny raz udało mi się uchwycić głęboki uczuciowy związek państwa Mrożków, a jednocześnie niewiarygodną potrzebę spokoju, wyciszenia i stanu wewnętrznej harmonii samego Sławomira Mrożka.
Ocalanie
Z lektury, spotkań, rozmów i - przede wszystkim - fotografii powstała książka niezwykła. Właśnie książka, gdyż jak zauważył prowadzący konferencję prasową w warszawskim klubie Traffic Michał Paweł Markowski, jest to nie tylko album, ale "książka do czytania, opowieść o człowieku zmęczonym życiem".
Do czytania również i dlatego, że wszystkie zdjęcia w albumie zostały opatrzone komentarzem - cytatami pochodzącymi z utworów Sławomira Mrożka. Cytaty te, wyrwane z kontekstu, przywołane na tle twarzy pisarza, nabierają nowych znaczeń, przewrotnie komentują kolejne ujęcia. Andrzej Nowakowski wielokrotnie podkreślał, że teksty Mrożka fascynowały go właściwie od zawsze.
- Nigdy mnie nie śmieszyły, wręcz przeciwnie, wydawały mi się... dojmująco smutne. Cała ta poetyka odczytywania Mrożka w konwencji groteski była mi dziwnie obca, a mówiąc dosadniej - z lekka głupawa.
Uwagę autora zdjęć zwracały często właśnie pojedyncze zdania, "które sprawiały wrażenie, że nie przystają do swoich kontekstów, dziwne wykrzykniki, odsyłające do rzeczywistości innych niż te kreowane przez same teksty dramatów i opowiadań". Niejednokrotnie były dla Nowakowskiego ważniejsze niż całe teksty. Konstruując album, postanowił te właśnie ważne cytaty udokumentować zdjęciami. Gdyż, jak sam mówi, w lekturze Sławomira Mrożka "twarz mu się zgadza".
- Nie chcę, żeby to zabrzmiało dziwnie, ale Mrożek mnie nie zaskoczył. Niczym. Postać Sławomira Mrożka nieomalże w idealny sposób nałożyła mi się na lekturę tekstu.
W twórczości autora Miłości na Krymie fotograf dostrzegał przede wszystkim gorycz. Jest wiele tej goryczy także i w samym albumie. Nowakowski nie ukrywa bowiem, że jedną z przyczyn motywujących go do zrobienia zdjęć był fakt, iż "Sławomir Mrożek skończył 75 lat. Trudno byłoby powiedzieć, że przed autorem Tanga jeszcze wielka obfitość literackich dokonań...". W jakimś stopniu zdjęcia Nowakowskiego są więc również zapisem odchodzenia. Próbą uchwycenia pisarza, dopóki jeszcze jest obecny. Zwłaszcza że - jak pisze autor zdjęć - "wielu wielkich pisarzy odeszło bez swojej twarzy, bez jej dokumentacji fotograficznej". W jakimś sensie album ten staje się więc ocalaniem od zapomnienia.
Andrzej Nowakowski, Sławomir Mrożek. Universitas/Noir sur Blanc, Kraków 2005. Albumowi towarzyszy esej Michała Pawła Markowskiego w dwóch wersjach językowych.
|