PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 3 lutego 2006


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

Odwołuję to, co napisałam w poprzednich "Kartkach". Zakochałam się ponownie
w Donaldzie Tusku.

Po okresie burzy i naporu, po klęsce wyborczej (co prawda minimalnej), Tuskowi nie schodziło z ust słowo "kłamstwo!". Odnośnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego oczywiście, w pełni udokumentowane. Natomiast Jan Maria Rokita (typowany na premiera przy zwycięstwie Platformy Obywatelskiej) starał się być konsyliacyjny. Do tego stopnia, iż ludzie obawiali się, że drogi tych dwu liderów Platformy się rozejdą.

Obecnie jest na odwrót: Rokita grzmi, a Tusk stara się być układny. Czy na długo? Bo gdy piszę te słowa, wszystko jest w nieustającej kotłowaninie. Co prawda Tusk spotyka się z prezydentem Lechem Kaczyńskim, wychodzi od niego uśmiechnięty. I chociaż oznajmia, że nie "yesował" (nawiązanie do malowniczego okrzyku premiera Kazimierza Marcinkiewicza po udanych negocjacjach w sprawie budżetu z Unią Europejską w Brukseli), ale na twarzy maluje mu się niekłamany cień nadziei. (Nawiasem mówiąc, Tusk nie umie kłamać; dlatego go lubię). Jeżdżąc ostatnio intensywnie po kraju, Tusk zorientował się, iż społeczeństwo naprawdę chce koalicji PiS-u z Platformą Obywatelską. I to mu wiele powiedziało.

Przeciwnie Rokita. Atakuje. Powtarza w nieskończoność zawołanie "chocholi taniec!". Ma na myśli kontredans partii politycznych. Władze zwołują i odwołują spotkania z każdą z nich, obiecują, nie dotrzymują słowa. Mataczą "becikowym", "senioralnym" (redaktor naczelny Przekroju Piotr Najsztub zaproponował posłom, żeby dla siebie uchwalili "głupkowe"); szachują wcześniejszymi bądź późniejszymi wyborami, jeżeli Sejm nie uchwali budżetu wedle ich myśli.

Nad kwestią, iż to wszystko będzie się odbywać na koszt podatnika, nawet się nie zająkną, deklarując przy tym gromko totalne odchudzenie państwowej administracji. Słowa, słowa, słowa...

Określenie "chocholi taniec", wzięte z Wyspiańskiego, jest tu więc jak najbardziej na miejscu.

Niektórzy myślą, że może braci bliźniaków coś jednak na szczęście wewnętrznie różni. Moim zdaniem - płonna nadzieja. Karty rozdaje Jarosław. To już nie chodzi o publiczny meldunek Lecha do brata po wygranej PiS-u: "Panie przewodniczący, zadanie zostało wykonane" - grzmiały wszystkie tuby w kraju... Ale doszło jeszcze do tego oświadczenie, że jak posłowie będą niegrzeczni w debacie budżetowej, to "mój brat rozwiąże parlament".

Mój syn ma pecha. Mieszka na Powiślu, tak jak prezydent. Kilkakrotnie w ciągu dnia pół Powiśla jest zablokowane, bo pan prezydent właśnie wyjeżdża albo przyjeżdża z pracy, albo też wpadł po prostu na obiad czy podwieczorek. O Pałacu Prezydenckim, naszym "Białym Domu" mówi, że tam się nie da mieszkać. Teraz mój syn, który często ze względu na te blokady nie może ani wyjechać, ani też wrócić, mówi o swoim domu.

Przed laty przebywałam w szpitalu Czerwonego Krzyża na Powiślu. Stawałam w oknie i długo patrzyłam na kamienicę naprzeciwko. I nie mogłam się nadziwić: że też tak piękne budynki ocalały w powstaniu warszawskim! Ogromne okna, ukwiecone podwórko, tarasy, balkony, mury, jakby je tynkowano co dzień. Kto tam mieszka, zastanawiałam się.

Nie tylko ja stawałam w oknach szpitalnych: wszyscy chodzący pacjenci. Aż teraz, nagle przyszedł rozkaz do dyrekcji szpitala: założyć zasłony! Lokatorów domu, kimkolwiek byli, raził widok brzydoty choroby.

W tej pięknej kamienicy mieszka prezydent Kaczyński. Nie przenosi się na Krakowskie Przedmieście. Może czeka, aż z siedziby prezydenckiej wywieje zapach nienawistnych komuchów?

Kierowcy, choćby najdalsi od polityki, klną na czym świat stoi. Jeżeli kochali PiS, już go nie kochają. Czyżby władza straciła rozsądek do reszty?

Bardzo często na ekranach telewizorów pojawia się rozmodlona twarz (Lecha czy Jarosława - któż to wie?) przed obrazem Matki Boskiej Jasnogórskiej w Częstochowie. Trochę mnie razi, że do modlitwy potrzeba im kamer. No, ale nich im będzie.

Niedawno w Częstochowie odbyły się dodatkowe wybory do Senatu (pierwotne miały jakiś feler). Kto wygrał? Kandydat PiS-u.

Nie mam żadnych podstaw, żeby podważać pobożność braci Kaczyńskich, chociaż wolałabym, żeby manifestowanie religijności odbywało się bez takiej manifestacji. Natomiast nie mogę oprzeć się oburzeniu widząc prawie codziennie obu luminarzy naszej politycznej nawy wraz z całą kamarylą w telewizji Trwam i Radiu Maryja. Rozumiem, że w czasie wyborów kokietowali rozgłośnię księdza dyrektora Rydzyka ze względu na ogromny elektorat starszych pań.

Ale teraz, kiedy wszystko zdobyli - po co godzinami produkują się w Trwam? Jeżeli nie chcą korzystać z mediów komercyjnych, mają do dyspozycji radio i telewizję publiczną. Jarosław Kaczyński mówi, że telewizja publiczna zawsze była politycznie skrzywiona. A poza tym czas występów ma ograniczony. Prowadzący daje znak i trzeba kończyć. No tak, bo w każdej normalnej telewizji obowiązuje tak zwana ramówka.

W Trwam dla obecnych prominentów żadnej ramówki nie ma. Mówią co chcą i jak długo chcą. Powstają stąd tasiemcowe monologi; władza może się wreszcie wygadać. Czyżby prominenci nie wiedzieli, iż pierwszą zasadą mediów elektronicznych jest lapidarność i zwartość wypowiedzi polityków? W przeciwnym razie - nudzi.

***

Wydałam okrzyk zgrozy, gdy z radia padło nazwisko księdza Romana Indrzejczyka jako kapelana prezydenckiej kaplicy.

Z księdzem Indrzejczykiem znamy się od dawna. Robiłam z nim wywiad do Gazety Wyborczej. Znam wielu, bardzo wielu duchownych otwartych, prawdziwie posoborowych, ale ten okazał się zupełnie nadzwyczajny. Nie zdarza mu się odprawić penitenta od konfesjonału bez rozgrzeszenia. Uważa, że jeżeli ktoś zdecydował się przyjść, miał czyste intencje. "Raz mi się zdarzyło - mówił - odmówić. Byłem poruszony". Widział, jak ta osoba klęknęła przed Najświętszym Sakramentem. "Chciałem wybiec, ale znikła...".

Przez dwadzieścia lat był kapelanem szpitala psychiatrycznego w Tworkach. Przyjaźnił się z dyrektorem. ("Bardzo porządny człowiek. Ateista. Nie próbowałem go nawracać").

W połowie gorących lat 70. przeniesiono go do niepozornej parafii wciśniętej w zabudowę ulicy na warszawskim Żoliborzu. Od razu zaczął działać. W latach 80. odbywały się tu wieczory historyczne, spotkania ludzi różnych wyznań, na przykład uroczystości z okazji żydowskiego święta Tory. Kolportaż prasy podziemnej, spotkania działaczy.

U niego, po śmierci pierwszej żony, brał ślub Jacek Kuroń. A później też on pochował Kuronia. Podobno - dzięki podobieństwu fizycznemu, z jego sutanny korzystał Zbigniew Romaszewski, poruszając się po mieście w czasach stanu wojennego. W końcu osoba duchowna mniej budziła podejrzeń niż cywil.

Ksiądz Indrzejczyk - zgodnie z Ewangelią - chrzci dzieci nie poddając rodziców przesłuchaniu. Jego msze dla młodzieży są formą dialogu. Uczy w szkole muzycznej religii, ciesząc się niezwykłym szacunkiem. "Zdarza się, że przyjdzie jeden uczeń na religię, odbywam z nim lekcję". Jeździ też na obozy letnie, włóczy się z młodzieżą po górach i jeździ za granicę. Gra z uczniami w piłkę, nie bacząc, czy kto chodzi na religię, czy nie.

Każdy biskup powinien być szczęśliwy mając duszpasterza tej klasy w swojej diecezji. Nie u nas. Z wybiciem 70. roku życia - w pełni sił fizycznych i umysłowych - został wyzuty z proboszczowania i mieszkania wraz z ekipą wspaniałych młodych prefektów. Stał się rezydentem, przywoływanym z nagła do spowiedzi i innych posług.

Pytany, dlaczego idzie do Pałacu, mówi: "Bo mnie poproszono, rodzinę znam od lat. Nie będę kapelanem, ale opiekunem kaplicy. Nie zmieniam poglądów. Nie zaprzestanę nauki w szkole".

***

Skoro o duchownych. Zmarł ksiądz Jan Twardowski, wspaniały poeta. Jego życzeniem było spocząć w rodzinnym grobowcu na Powązkach. Ale kto ma egzekwować testament? Najbliższych krewnych zlekceważono.

Kuria postanowiła inaczej: niech spocznie w piwnicy niewyrosłej jeszcze nad ziemię Świątyni Opatrzności Bożej. Oby jak najdłużej trwała budowa! Bo na mazowieckich łęgach szykuje nam się drugi Licheń.

Ksiądz prymas Józef Glemp, któremu nie można odmówić wyczucia architektury, bez namysłu wskazał pierwszą nagrodę: projekt prof. Marka Budzyńskiego. Przepiękny. Znamionujący nową epokę. Wypowiadał się na ten temat znawca przedmiotu prof. historii sztuki Jacek Woźniakowski. Prymas ma zmysł architektury, ale odwagi mniej. Ugiął się woli członków tak zwanej fundacji, która chce przyciągnąć ludzi przyszłymi grobowcami znakomitości. Bo na razie zbiórka na świątynię idzie opornie.

***

Byłam na przedstawieniu Burzy Szekspira w reżyserii słynnego na świecie, rzadko pracującego w Polsce Krzysztofa Warlikowskiego. Teatr Rozmaitości ledwie pomieścił widzów. Najpierw stali w kolejce na mrozie (-30°C!) po wejściówki. Potem zalegli wszystkie przejścia (na szczęście przedstawienie nie miało przerw) oraz oba boki proscenium (poprzednio siedziałam na proscenium na ostatnim przedstawieniu Dejmkowskich Dziadów w Teatrze Narodowym). Przy inscenizacji Warlikowskiego myślałam, że to aktorzy, że na końcu coś pokażą. Ale nie, byli to widzowie.

Nie będę recenzować wizji reżysera. Ale ku memu zdziwieniu, obyło się bez dziwactw. Przedstawienie czyste jak łza, w którym dominował Szekspir i grający Prospera Adam Ferency.

***

Wracam do polityki. Zdradzę, że najbliższą jest mi wizja parlamentu lansowana przez Władysława Frasyniuka. Dalekosiężna. Fuzja Platformy z demokratami.pl oraz... z SLD pod wodzą rosnącego w siłę, nad wyraz rozsądnego Wojciecha Olejniczaka; wizja SLD sprzymierzonego z "borówkami" Marka Borowskiego. Nie ma demokracji, gdzie nie ma lewicy.

Warszawa, 24 stycznia 2006 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail