MAJA TROCHIMCZYK
Muzyka filmowa
Jana Kaczmarka
w Los Angeles
Koncert
kompozytorski Jana A.P. Kaczmarka, w wielkiej, historycznej
sali UCLA, Royce Hall w Los Angeles (20 stycznia br.) był
dla Polonii kalifornijskiej świętem polskiego kina.
Dla samego Kaczmarka ów "ciepły i serdeczny" wieczór (według
słów dyrygenta Michała Nestorowicza prowadzącego orkiestrę
studentów Uniwersytetu Południowej Kalifornii, wsławionej
amerykańską premierą 3 symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego
w 1997 roku), był momentem triumfu i potwierdzenia jego pozycji
w świecie muzyki filmowej. Dla mnie, jako historyka polskiej
kultury muzycznej, był też odkryciem wielowymiarowości talentu
kompozytora. Od dawna znam i podziwiam muzykę Kaczmarka do
filmów Agnieszki Holland, która bardzo go ceni (mówi o tym
podczas spotkań i wywiadów) i prosi o pisanie muzyki do jej
kolejnych filmów. W Trzecim cudzie czy Washington
Square muzyka była nie tylko tłem stwarzającym nastrój
scen, stała się niemalże duszą tych filmów. Od Holland się
zaczęło: teraz Kaczmarek nie może się opędzić od zamówień.
W wielu filmach jego muzyka gra kluczową rolę, na przykład
w Quo vadis, w sumie nieudanej superprodukcji
ze świetną obsadą aktorską i niezapomnianą, bogatą, archaizującą
muzyką. O czarującym Finding Neverland nie ma co pisać,
bo po Oscarze nostalgiczną, subtelną i wrażliwą partyturę
Kaczmarka wielokrotnie i szczegółowo analizowano.
Na program koncertu, ułożonego przez kompozytora w płynną
całość zatytułowaną "Podróż do Światła", złożyła się seria
fragmentów muzyki filmowej do Unfaithful, Finding
Neverland, The Third Miracle, Quo vadis,
a ukoronowaną dwiema ostatnimi częściami z Cantata for
Freedom z 2005 r. Kantata zamówiona przez Solidarność
na 25-lecie, dedykowana została papieżowi Janowi Pawłowi II,
a prawykonania dokonał Michał Nesterowicz, nowa gwiazda polskiej
dyrygentury, prowadzący obecnie Filharmonię Bałtycką w Gdańsku.
Fragmenty orkiestrowe przeplecione były improwizacjami i wycinkami
muzycznymi na solo fortepiano (Leszek Możdżer), cymbały (Marta
Maślanka) oraz głos fascynującej śpiewaczki rodem z Iranu,
Sussan Deyhim, z którą Kaczmarek współpracował w partyturze
do Unfaithful. Tempa stawały się stopniowo coraz szybsze,
obsada coraz pełniejsza, włącznie z chórem, który w jednym
z utworów wykonywał nawet partię klaskaną.
Pomysł na stworzenie z rozlicznych fragmentów organicznej
całości muzycznej trwającej ponad dwie godziny, podkreślały
kolorowe światła malujące orkiestrę na różowo, solistów na
biało, a chór na żółto. Na widowni było tak ciemno, że nie
można było nawet zobaczyć, jaki był następny fragment muzyczny.
Niemożność przeczytania czegokolwiek na koncercie to nie był
problem, gorzej, że w programie w ogóle nie było listy wykonywanych
utworów, detali o wykonawcach, tytułach itp.
Formuła koncertu bez przerw i nawet czasu na oklaski była
zbyt odmienna od "koncertowej". Muzyka filmowa też stylistycznie
jest tak inna, że porównań należałoby szukać wśród innych
kompozytorów muzyki filmowej, szukających miejsca na estradach
koncertowych, jak John Williams, Zbigniew Preisner czy Wojciech
Kilar. Zmieniwszy optykę inaczej słuchałam Kaczmarka - brak
głębi polifoniczno-harmonicznej, skomplikowania wielkich form
oraz intensywności brzmieniowych dysonansów z innej perspektywy
już nie jest wadą muzyki, tylko jej zaletą. W filmie muzyka
jest jedną z warstw dzieła wielowymiarowego tak skomplikowanego,
że estetyce tej muzyki poświęciła profesor Zofia Lissa swoją
największą i chyba najlepszą, pionierską pracę. Dziś ukazuje
się nawet pismo naukowe Film Music. Od symfonicznych narracji
w stylu powagnerowskim (choć szeroko ogranych przez Williamsa)
odeszliśmy bardzo daleko. Kaczmarek gra w tym "odejściu" i
przewartościowaniu estetyki muzyki w filmie XXI wieku ogromną
rolę. Partytury wielkich filmów akcji są na ogół bardzo bombastyczne,
romantyczne z kolei landrynkowo przesłodzone: wszyscy znamy
te dramatyczne fanfary, te oboje i solowe skrzypce. U Kaczmarka
pojawia się nowy element muzyczny, inspirowany z jednej strony
postminimalizmem Góreckiego (zwłaszcza w Kantacie o wolności,
której niestety w całości nie słyszałam, więc opisywać nie
mogę, poza pochwałą klarownie czystego sopranu Agnieszki Tomaszewskiej
i precyzyjnej energii Nesterowicza), z drugiej tradycjami
muzyk egzotycznych czy etnicznych (folklor Iranu, krajów bałkańskich).
Faktury wzbogacone są liniami "wewnętrznego kontrapunktu"
czy heterofonii (warianty tej samej melodii w różnych głosach),
zbudowane na solidnej podstawie linii basowej, wypełnione
figuracjami smyczków i osłodzone delikatnym pobrzękiwaniem
cymbałów lub harfy koloryzującej melodie główne. Uderzający
jest talent melodyczny Kaczmarka - jego muzykę, choć tak różnorodną,
można jednak poznać po charakterystycznym brzmieniu. Wariacje
oparte na sekwencjach i ornamentalnych powtórzeniach motywów
w kolorowej, zmiennej szacie brzmieniowej nie mają charakteru
form muzyki koncertowej: w końcowych partiach często "rozmywają"
się w ewolucyjnych przetworzeniach materiału (prowadzących
jako łączniki do następnej sceny filmu) albo nagle urywają
się na dominancie czy innym "niedokończonym" geście muzycznym.
Więcej tu też niż w muzyce pisanej na estradę powtórzeń tematów
(to oczywiście rzecz względna), w filmie można to robić, bo
obraz i dźwięk konkurują o uwagę widzów i nie pozwalają im
skupić się tylko na jednym aspekcie sztuki. Sekwencje muzyczne
są krótsze i mniej autonomiczne niż w filmach sprzed wielu
lat; to skutek przyspieszenia tempa montażu, zmian obrazów,
skrótów narracyjnych przyjętych jako generalnie akceptowane
konwencje przez współczesnych twórców i publiczność. Na podstawie
partytur Kaczmarka i jego kolegów można by przestudiować zmiany
w estetyce muzyki filmowej w ostatnich 50 latach.
Najważniejsze, że tak dobra muzyka stała się ozdobą sezonu
koncertowego w Los Angeles, a sam kompozytor uhonorowany został
odznaczeniem ministra kultury i sztuki "Gloria Artis" i wychwalany
jako współautor pomysłu utworzenia Polskiego Instytutu Filmowego.
Promocja polskiego przemysłu muzycznego w Los Angeles to świetny
pomysł, podobnie jak założenie Instytutu Rozbitek w Polsce,
gdzie będzie można studiować sztukę filmową, uczęszczać na
pokazy filmowe, dyskutować i promować działalność twórczą.
Podziwiając wielorakie talenty Kaczmarka, Nesterowicza, Tomaszewskiej
i pianisty jazzowego Leszka Możdżera, wyszłam z koncertu w
stanie zachwytu muzykalnością awangardowej śpiewaczki Sussan
Deyhim, która, jak mi powiedziała, tylko częściowo "wykonywała"
muzykę Kaczmarka, ozdabiając ją wielością oryginalnych, improwizowanych
ornamentów o zadziwiających konturach i barwach. Nie zdziwiłam
się czytając jej biografię, że od lat działa w awangardzie
muzyki współczesnej w Nowym Jorku, bo jej styl przypominał
mi najlepsze wokalistki awangardy, jak Chistina Zavallone
czy Meredith Monk. Dzięki Deyhim właśnie, jej charyzmatycznej
osobowości scenicznej i bogatemu, niskiemu głosowi nie z tego
świata chyba, koncert był dla mnie nie tylko okazją promocyjno-towarzysko-biznesową
(jak dla wielu moich sąsiadów w rzędach, w których zasiedli
filmowcy i ludzie aspirujący do tego miana), ale prawdziwym
świętem muzycznym, świętem, podczas którego udało się Kaczmarkowi
także i mnie muzycznie uszczęśliwić.
|