Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Śląski Dyzma
kontra Kurier z Warszawy
Od roku nie ma wśród żywych Jana Nowaka-Jeziorańskiego, ale wciąż
żywa jest pamięć o legendarnym Kurierze z Warszawy. Dzieje się tak
za sprawą rodaków tego bez wątpienia jednego z najwybitniejszych Polaków
XX wieku. Do grona wdzięcznych potomnych dołączyła ostatnio rada miasta
Zabrza. Uradziła ona po licznych naradach, że najlepszą formą zabezpieczenia
imienia Pana Jana w zbiorowej pamięci zabrzan i Ślązaków oraz mieszkających
tu i tam Polaków będzie uchwalenie uchwały o... oddaleniu wniosku o nadanie
nazwy "Ulica Jana Nowaka-Jeziorańskiego" części drogi krajowej nr 88.
Pomysł z nazwą przywędrował z inteligenckich Gliwic i spotkał się
z odporem robotniczego Zabrza. Gliwicki odcinek drogi nr 88 nosi już imię
Jana Nowaka-Jeziorańskiego i radni w Gliwicach uradzili, że dobrze by
było uczynić Pana Jana patronem całego gliwicko-zabrzańskiego odcinka.
Jak to inteligenci, nie policzyli jednak liter. A tu się okazało, że
"Jan Nowak-Jeziorański" jest za długi i nie mieści się na tabliczkach.
Tymczasem rozporządzenie ministra spraw wewnętrznych i administracji wyraźnie
stanowi, że nazwa ulicy może mieć jedynie trzydzieści znaków,
licząc ze spacjami, a hasło "Ulica Jana Nowaka-Jeziorańskiego" to aż
32 znaki.
Doprawdy nie wiem, jak to się stało, że tak rozsądny człowiek,
jak Pan Jan, zawczasu nie przewidział, że kiedyś będą w Zabrzu sławić
jego imię na miejskich tablicach. Bywał przecież na Śląsku w czasach
okupacji, przebrany w mundur niemieckiego kolejarza, z walizką pełną bibuły.
Mógł wtedy wybrać krótszy pseudonim, na przykład "Buda", zamiast "Nowak".
W odmianie byłoby "Budy", czyli cztery litery, i niejaki Borys Budka, przewodniczący
Rady Miejskiej w Zabrzu, nie mógłby na naradzie rady oprotestować zbyt
dużej liczby liter w Nowaku-Jeziorańskim. Nazwa "Ulica Jana Budy-Jeziorańskiego"
liczyłaby przepisowe trzydzieści liter i byłaby nazwą jednej z wielu
ulic, noszących jedno z wielu nazwisk ludzi dla Polski zasłużonych.
I tu jest pies pogrzebany (razem ze swoją budą). Bo kto by wtedy zauważył,
że w jakimś Zabrzu nazwano jakąś kolejną ulicę imieniem kolejnego
zasłużonego Polaka? Pan Budka miał świetny pomysł i niczym z budki
suflera podsuflował go swoim radnym. Nowakowi wzbroniono wstępu na tabliczki,
ale dostał się za to do tabloidów, i już cała Polska oraz połowa
świata powtarza jego imię w kontekście Zabrza. Tak, ale to scenariusz
zbyt ładny, aby był prawdziwy. Mnie się wydaje, że za całą aferą
kryje się wdzięczna pamięć zabrzańskich radnych o... Edwardzie Gierku.
Trzydzieści pięć lat temu, 25 stycznia 1971 r., podczas spotkania w Stoczni
Gdańskiej Edward Gierek zapytał robotników, czy mu pomogą. Słynne
"Pomożemy!" zakończyło ostatnie pogrudniowe strajki. Łatwowierność
i prostoduszność ludności nadwiślańsko-nadbałtyckiej wyniosła
na szczyty niejednego bohatera naszej zbiorowej pamięci. Gierka wspomina się
na Śląsku jako dobrego włodarza śląskiej i polskiej dziedziny, emigranta,
górnika. Nikt już nie pamięta ustaleń Jana Nowaka-Jeziorańskiego,
który Gierka rozszyfrował i skompromitował. Zbadał jego przeszłość
i zniszczył w świecie jego mit, pielęgnowany w Polsce.
Nowak opowiedział historię Gierka najpierw na falach Radia Wolna Europa,
a potem na kartach Polski z oddali. Z badań Nowaka i jego współpracowników
wynikało, że Gierek nie był nigdy żadnym działaczem robotniczym,
że spędził wojnę grając w piłkę w klubie "Czerwony Sztandar",
nie figurował na listach członków resistance, nie wydawał pisma
w języku polskim. W czasach wojny, gdy kurier Nowak narażał życie
skacząc na spadochronie do Polski, Gierek był dekownikiem, a cały swój
"bohaterski" życiorys wyssał z małego palca. Mało tego - Nowak ustalił,
że Gierek nie chciał wcale wracać do komunistycznego raju i usilnie
zabiegał o pozostanie we Francji, ale został pod przymusem deportowany do
PRL.
Gierek nie był też prymusem, a nieukiem. "Nie miał żadnego wykształcenia
i ani rusz nie mógł przyswoić sobie nawet najprostszych aksjomatów marksizmu-leninizmu"
- pisał Nowak. Jak więc zrobił karierę? W Polsce z oddali czytamy,
w rozdziale "Edward Gierek - kariera Nikodema Dyzmy", taką oto charakterystykę:
"W całej jego przeszłości wyłania się postać na obraz i podobieństwo
Nikodema Dyzmy z przedwojennej powieści Dołęgi-Mostowicza. Gierek był
sprytnym karierowiczem, cynicznie wykorzystującym obowiązującą doktrynę
do zrobienia kariery, która zaprowadziła go na sam szczyt. Partia na Śląsku
stała się wspólnotą interesów zwartej kliki otaczającej Gierka.
Nigdzie nie było takiej korupcji, kumoterstwa i nadużyć i nigdzie ludzie
stojący u władzy, z Gierkiem na czele, nie żyli w takim luksusie".
Po tych rewelacjach Nowak-Jeziorański znalazł się na pierwszym miejscu
największych wrogów Edwarda Gierka. Trudno się dziwić, że nie mógł
być kochany na gierkowskim Śląsku. Jak się okazuje, tradycja miłowania
towarzysza Gierka i zwalczania jego śmiertelnych wrogów jest tam wciąż
żywa i rozkwita. Jak IV Rzeczpospolita... |
|