GRAŻYNA DRABIK
Kryształowy
dotyk
A więc Warszawa. W przelocie, w zimowych błyskach. Samolot krąży
nad zaśnieżonym miastem. Czekamy na oczyszczenie pasów. Wiozę ze sobą
szampan na sylwestra, perfumy na prezenty, trochę muzyki, śmieszne szaliki.
Nic z konieczności, same zbytki. Miło.
Pasy odśnieżone. Brat na lotnisku. Wszystko więc w porządku. Kiedyś
warto by było napisać tylko o lądowaniach, za każdym razem to samo
i zupełnie inaczej. Skrót całego życia.
Szampan wypity. Nieśmiałe fajerwerki nad Polem Mokotowskim i gdzieś jeszcze
dalej, nad Wisłą. Tylko Bemowo bawiło się z muzyką na ulicach, sympatycznie.
Tylko tam urzędnicy uznali, że nie przyniesie to uszczerbku mieszkańcom.
Władze miasta natomiast zarządziły, że zabaw w Śródmieściu nie
będzie. Zbyt to niebezpieczne kuszenie terrorystów. Nie wymyślam. Takie
było oficjalne tłumaczenie, dlaczego nie zorganizowano żadnego koncertu
na pl. Zamkowym czy pokazów ogni sztucznych na pl. Defilad. Nie chcę, broń
Panie Boże, bieżących nastrojów zaogniać, ale może to przypomnienie,
że prawdziwy Polak powinien nocą spać.
Marii, Mieczysława, Mieszka. Wschód słońca 7:45. Zachód 15:34.
Moje piękne Powązki. Białe, białe, skute lodem. Czapy śniegu na ramionach
Chrystusów. Śpiewni aniołowie. I już w ten świąteczny, niedzielny
poranek - ścieżki wysypane piaskiem. Pan zakutany w wiekową kapotę
sprzedaje mi znicze. Pani opatulona po uszy w trzy chusty pomaga wybrać świerkowy
wianuszek.
Mijam znaki rozpoznawcze: Justynka zaklęta na wieczną młodość w sepii
fotografii. Poważny głaz grobu pana Stanisława Hiszpańskiego z żoną
Różą przy boku, z dumnym "szewc" wypisanym na samej górze. Piąta
brama, zaraz skręt. Długa alejka wśród szpaleru brzóz i świerków,
poprzez park pamięci. Płomyki zniczy pulsują życiem w ciszy bieli.
Bazylego, Grzegorza, Izydora. Wsch. 7:45. Zach. 15:35. Swojsko-nowy
krajobraz uliczny z okien tramwajów. Coraz bardziej zabudowuje się północna
strona wokół Pałacu Kultury. Nieładnie, w globalizacyjnym niebieskim
przeszkleniu, w korporacyjnych funkcjonalnościach monotonnych pudełek, ale
robi się bardziej wielkomiejsko, zamożniej. Rondo ONZ już nie jest
na pustkowiu. Rondo Radosława nie wydaje się na krańcach miasta.
Swojsko-nowe reklamy: ileż tu pożyczek mogłabym dostać! Dofinansowanie
do tego i śmego na wyciągnięcie ręki, przynajmniej w obietnicach. Rabaty
na nowe citroeny i chevrolety. Rabaty na lodówki. Oferty na komputery, telefony
komórkowe, drukarki... I patrz, jakie wspaniałe włosy po tych szamponach:
z "kryształowymi błyskami, aksamitne w dotyku"!
Namolne reklamy kosmetyków, banków i firm elektronicznych przerywają
dramatycznie czerwone plakaty: KREW DAJE ŻYCIE. A z wysokiej ściany SuperSamu
spogląda filuternie młode dziewczę w opiętym białym fartuszku i chojrak
w kombinezonie z nonszalancko spuszczonym ramiączkiem: ZNAJDZIESZ ŁATWO
NIE TYLKO LEKARZA CZY HYDRAULIKA. Ależ karierę robi "polski hydraulik",
teraz dzięki Panoramie Firm.
Arlety, Danuty, Genowefy. Wsch. 7:45. Zach. 15:36. Krążę z mamą
po urzędach, załatwiając sprawy związane ze stratą dokumentów. Napadł
ją jeden z tych bandytów, którzy żerują na słabszych, tuż
przed świętami, więc szczególnie boleśnie. W wydziale dowodów na
Rakowieckiej kłębi się kolejka. Atmosfera nerwowa. Pełno starszych ludzi.
Parę osób siedzi, reszta podpiera ścianę w wytrwałej pozie między
cierpliwą rezygnacją a rozzłoszczoną pretensją.
Ktoś znalazł książeczkę medyczną mamy; jest do odebrania w Biurze
Rzeczy Znalezionych na dalekim Muranowie. W małym pokoiku urzędniczka ciepło
i uprzejmie załatwia pana, który ma szczęście odbierać odnaleziony
portfel - z dokumentami, choć bez pieniędzy. W tym samym czasie, tuż
obok drugi urzędnik starannie rozkłada śniadanie na biurku. Pachnie kiszony
ogórek, kiełbasa, świeża bułka. Za to w przestronnym banku jest
cicho, luksusowo spokojnie i po "europejsku" bezzapachowo.
Angeliki, Anieli, Eugeniusza. Wsch. 7:45. Zach. 15:37. Filozofia
po góralsku w Teatrze Studio. Z przyjemnością obserwuję wyśmienity
duet Ireny Jun i Wiesława Komasy, który dzielnie trwa na posterunku, nawet
z ręką na temblaku po jakimś niedawnym wypadku. I z przyjemnością
mogę sobie pozwolić na bezkrytyczne "wszystko mi się podoba": prostota
sceny zaznaczonej niewielkim podwyższeniem między paroma rzędami widzów
po obu stronach. Fragmenty z Orawy Wojciecha Kilara w tle. Góralskie
smyczkowanie na żywo. Piękne gawędy Józefa Tischnera o życiu,
śmierci i miłości, ożywione głosami Jun i Komasy. Jest i urokliwa
dziewuszka z długim po pas warkoczem. I biały niedźwiedź, "jak
żywy", do robienia fotografii i do pociechy. Ślicznie i mądrze.
Edwarda, Emiliana, Szymona. Wsch. 7:44. Zach. 15:39. Między załatwianiem
jednej a drugiej sprawy udaje nam się zajść do Zachęty na świetną
wystawę Olgi Boznańskiej. Dramat jej wyrazistych portretów i kwietnych
medytacji podbudowuje jeszcze sposób ekspozycji - z punktowym oświetleniem,
z wyciszonymi na wiśniowo ścianami.
Obserwują nas, gapiów, uważnie jej ciemne oczy z autoportretów. W
1893 r.: w jasnoniebieskiej kamizelce, przepasana pogodną wstążeczką,
śliczna dziewczyna prawie uśmiechająca się do świata. W 1906: w ciemnej
sukni, z koroną ciemnych włosów, dumna dama jak z hiszpańskiego dworu.
W 1908: w niebieskim kapeluszu, jeszcze bardziej stanowcza, jeszcze bledsza.
Kacpra, Melchiora, Baltazara. Wsch. 7:44. Zach. 15:40. Znów zyskałam
słoneczne światło o sekundę. Teoretycznie, bo jeszcze ani promyka nie
widziałam. Dzień budzi się w szarościach i usypia w szarościach. W
kaplicy "u bosych", jak się potocznie mówi, prościutki żłóbek
z gipsowych figur. Światło spływa z gwiazdy jasną szarfą. Osioł
wzdycha. Kolędy, śpiewane cichutko, wzruszają.
Juliana, Lucjana, Rajmunda. Wsch. 7:44. Zach. 15:41. Zawsze jest coś
nowego do odkrywania w Warszawie. Parę lat temu była to Biblioteka Uniwersytecka
i klubokawiarnie przy Dobrej o magicznych nazwach Diuna, Jadłodajnia Filozoficzna,
Czuły Barbarzyńca. Potem nowe miejsca muzyki przy fortach na Racławickiej.
Teatr Montownia wszędzie, gdzie się dało. Tygmont na Mazowieckiej. Kinoteka
w Pałacu Kultury. Fabryka Trzciny na Pradze. Le Madame przy Koźlej...
Teraz, nowy teatr założony przez Krystynę Jandę w odważnie wykupionym
starym kinie Polonia przy pl. Konstytucji. Duża sala dopiero się buduje.
Można oglądać przez otwarty specjalnie prześwit w lobby odkryte fundamenty,
niebotycznie wysoki sufit. Ale już otwarta tymczasowa salka z boku. Jest
wygodna szatnia. Dobrze pachnie kawa w barku na antresoli. Odbywają się
pierwsze przedstawienia i gościnne muzyczne wieczory. Udaje mi się złapać
świetny koncert Urszuli Dudziak.
Juliusza, Mścisława, Seweryna. Wsch. 7:43. Zach. 15:42. Łazienki.
Choć raz, na krótki spacer. Park bajecznie wymalowany mrozem na biało.
Biały Szopen pod białą wierzbą. Białe krzewy róż. Biały pałacyk
wśród białych drzew. Biała tafla zamrożonego jeziorka. Białe łuki
mostów. I tylko ciemne szmaragdy pawi siedzących na balustradach balkonów.
Ciemne sylwetki rozgadanych wron. Ciemny łuk przerębli, którą obsiadły
kaczki. I czerwone serduszka rozdawane przez woluntariuszy Wielkiej Orkiestry
Świątecznej Pomocy.
Marceliny, Marcjanny, Adriana. Wsch. 7:43. Zach. 15:44. Skrzy się
na pierwszych stronach gazet od fajerwerków - fotograficznych i słownych.
Wielki triumf Wielkiej Orkiestry. Wielki koncert przed Pałacem Kultury, od
rana do późnego wieczora. Ludziom miło, że pomogli. Chore dzieci
będą miały więcej sprzętu. A warszawiacy dzięki Owsiakowi nadrobili
sobie smętnego sylwestra.
Dużo monotonniejszych wrażeń dostarczają gazety. Co rusz zmartwienia
i oszustwa. Jednym z głównych tematów nadal są afery. Kto naciął
państwo/firmę/kolegów; na ile, za ile, po co, za co, z kim. I jak to udowodnić.
Jak ukrócić. Ciągną się debaty sądowe, sejmowe, telewizyjne, prywatne
- jak to rozliczyć. Jedni tracą stołki. Inni kariery na tym robią.
A rozkrada się dalej. Na wiele sposobów: po nowemu, na wielką skalę.
W szarej sferze, gdzie niejasno, czy to tylko sprawne kombinacje, czy już
złodziejstwo. Brutalnie bandycko. Tradycyjnie złodziejsko. Półoficjalnie,
z przyzwoleniem społecznym. Paskudnie, po cichutku. Szkoda gadać.
Zaraz po Trzech Królach, słońce wreszcie rozbłysło. Pierwszy
dzień, że nie można było podnieść ręki i ot, prawie połaskotać
brzuchy chmur. Mnie po tygodniu zaczęło się robić nieswojo od tej bliskości
szarej troposfery, a tu wszyscy mi mówią, że to pierwsze niebieskie
niebo od tygodni. Co chwila ktoś się zachwyca, ile to godzin słońca.
Całe popołudnie! Cały dzień!
Następny też budzi się pogodny jak skowronek, i następny. Łatwo
się do słońca przyzwyczaić. Już na odlot mi przyświeca, na warszawskie
do widzenia. Swojski korek na skrzyżowaniu Racławickiej w drodze na lotnisko.
Nieswojskie, a coraz gęstsze zabudowania wzdłuż Żwirki i Wigury.
Ech, ty moja-nie moja Warszawo. Piękna w swojej ekspresywnej brzydocie. Chamska.
Ambitna. Prowincjonalna siostro Nowego Jorku. Skomplikowana metropolio. Na pokaz,
na wysoki błysk, na wielki pośpiech. Dla przybłędów. Dla pełnych
nadziei. Niedokończona. Ciągle jeszcze do zrobienia. Do zabudowania. Do
opowiedzenia. Dzielna. Bardzo dzielna.
Jeździłabym nowym modelem Citroena Xsara Picasso, aksamitna w dotyku,
wśród kanionów odbijających słońce kryształowym błyskiem.
Lecz samolot startuje. Wiozę książki, ciasto upieczone przez mamę
i święconą kredę do wypisania uroczyście na drzwiach: Kacper, Melchior,
Baltazar. Mirra i kadzidło.
|