PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 20 stycznia 2006


GRAŻYNA DRABIK

Kryształowy
dotyk


A więc Warszawa. W przelocie, w zimowych błyskach. Samolot krąży nad zaśnieżonym miastem. Czekamy na oczyszczenie pasów. Wiozę ze sobą szampan na sylwestra, perfumy na prezenty, trochę muzyki, śmieszne szaliki. Nic z konieczności, same zbytki. Miło.

Pasy odśnieżone. Brat na lotnisku. Wszystko więc w porządku. Kiedyś warto by było napisać tylko o lądowaniach, za każdym razem to samo i zupełnie inaczej. Skrót całego życia.

Szampan wypity. Nieśmiałe fajerwerki nad Polem Mokotowskim i gdzieś jeszcze dalej, nad Wisłą. Tylko Bemowo bawiło się z muzyką na ulicach, sympatycznie. Tylko tam urzędnicy uznali, że nie przyniesie to uszczerbku mieszkańcom. Władze miasta natomiast zarządziły, że zabaw w Śródmieściu nie będzie. Zbyt to niebezpieczne kuszenie terrorystów. Nie wymyślam. Takie było oficjalne tłumaczenie, dlaczego nie zorganizowano żadnego koncertu na pl. Zamkowym czy pokazów ogni sztucznych na pl. Defilad. Nie chcę, broń Panie Boże, bieżących nastrojów zaogniać, ale może to przypomnienie, że prawdziwy Polak powinien nocą spać.

Marii, Mieczysława, Mieszka. Wschód słońca 7:45. Zachód 15:34. Moje piękne Powązki. Białe, białe, skute lodem. Czapy śniegu na ramionach Chrystusów. Śpiewni aniołowie. I już w ten świąteczny, niedzielny poranek - ścieżki wysypane piaskiem. Pan zakutany w wiekową kapotę sprzedaje mi znicze. Pani opatulona po uszy w trzy chusty pomaga wybrać świerkowy wianuszek.

Mijam znaki rozpoznawcze: Justynka zaklęta na wieczną młodość w sepii fotografii. Poważny głaz grobu pana Stanisława Hiszpańskiego z żoną Różą przy boku, z dumnym "szewc" wypisanym na samej górze. Piąta brama, zaraz skręt. Długa alejka wśród szpaleru brzóz i świerków, poprzez park pamięci. Płomyki zniczy pulsują życiem w ciszy bieli.

Bazylego, Grzegorza, Izydora. Wsch. 7:45. Zach. 15:35. Swojsko-nowy krajobraz uliczny z okien tramwajów. Coraz bardziej zabudowuje się północna strona wokół Pałacu Kultury. Nieładnie, w globalizacyjnym niebieskim przeszkleniu, w korporacyjnych funkcjonalnościach monotonnych pudełek, ale robi się bardziej wielkomiejsko, zamożniej. Rondo ONZ już nie jest na pustkowiu. Rondo Radosława nie wydaje się na krańcach miasta.

Swojsko-nowe reklamy: ileż tu pożyczek mogłabym dostać! Dofinansowanie do tego i śmego na wyciągnięcie ręki, przynajmniej w obietnicach. Rabaty na nowe citroeny i chevrolety. Rabaty na lodówki. Oferty na komputery, telefony komórkowe, drukarki... I patrz, jakie wspaniałe włosy po tych szamponach: z "kryształowymi błyskami, aksamitne w dotyku"!

Namolne reklamy kosmetyków, banków i firm elektronicznych przerywają dramatycznie czerwone plakaty: KREW DAJE ŻYCIE. A z wysokiej ściany SuperSamu spogląda filuternie młode dziewczę w opiętym białym fartuszku i chojrak w kombinezonie z nonszalancko spuszczonym ramiączkiem: ZNAJDZIESZ ŁATWO NIE TYLKO LEKARZA CZY HYDRAULIKA. Ależ karierę robi "polski hydraulik", teraz dzięki Panoramie Firm.

Arlety, Danuty, Genowefy. Wsch. 7:45. Zach. 15:36. Krążę z mamą po urzędach, załatwiając sprawy związane ze stratą dokumentów. Napadł ją jeden z tych bandytów, którzy żerują na słabszych, tuż przed świętami, więc szczególnie boleśnie. W wydziale dowodów na Rakowieckiej kłębi się kolejka. Atmosfera nerwowa. Pełno starszych ludzi. Parę osób siedzi, reszta podpiera ścianę w wytrwałej pozie między cierpliwą rezygnacją a rozzłoszczoną pretensją.

Ktoś znalazł książeczkę medyczną mamy; jest do odebrania w Biurze Rzeczy Znalezionych na dalekim Muranowie. W małym pokoiku urzędniczka ciepło i uprzejmie załatwia pana, który ma szczęście odbierać odnaleziony portfel - z dokumentami, choć bez pieniędzy. W tym samym czasie, tuż obok drugi urzędnik starannie rozkłada śniadanie na biurku. Pachnie kiszony ogórek, kiełbasa, świeża bułka. Za to w przestronnym banku jest cicho, luksusowo spokojnie i po "europejsku" bezzapachowo.

Angeliki, Anieli, Eugeniusza. Wsch. 7:45. Zach. 15:37. Filozofia po góralsku w Teatrze Studio. Z przyjemnością obserwuję wyśmienity duet Ireny Jun i Wiesława Komasy, który dzielnie trwa na posterunku, nawet z ręką na temblaku po jakimś niedawnym wypadku. I z przyjemnością mogę sobie pozwolić na bezkrytyczne "wszystko mi się podoba": prostota sceny zaznaczonej niewielkim podwyższeniem między paroma rzędami widzów po obu stronach. Fragmenty z Orawy Wojciecha Kilara w tle. Góralskie smyczkowanie na żywo. Piękne gawędy Józefa Tischnera o życiu, śmierci i miłości, ożywione głosami Jun i Komasy. Jest i urokliwa dziewuszka z długim po pas warkoczem. I biały niedźwiedź, "jak żywy", do robienia fotografii i do pociechy. Ślicznie i mądrze.

Edwarda, Emiliana, Szymona. Wsch. 7:44. Zach. 15:39. Między załatwianiem jednej a drugiej sprawy udaje nam się zajść do Zachęty na świetną wystawę Olgi Boznańskiej. Dramat jej wyrazistych portretów i kwietnych medytacji podbudowuje jeszcze sposób ekspozycji - z punktowym oświetleniem, z wyciszonymi na wiśniowo ścianami.

Obserwują nas, gapiów, uważnie jej ciemne oczy z autoportretów. W 1893 r.: w jasnoniebieskiej kamizelce, przepasana pogodną wstążeczką, śliczna dziewczyna prawie uśmiechająca się do świata. W 1906: w ciemnej sukni, z koroną ciemnych włosów, dumna dama jak z hiszpańskiego dworu. W 1908: w niebieskim kapeluszu, jeszcze bardziej stanowcza, jeszcze bledsza.

Kacpra, Melchiora, Baltazara. Wsch. 7:44. Zach. 15:40. Znów zyskałam słoneczne światło o sekundę. Teoretycznie, bo jeszcze ani promyka nie widziałam. Dzień budzi się w szarościach i usypia w szarościach. W kaplicy "u bosych", jak się potocznie mówi, prościutki żłóbek z gipsowych figur. Światło spływa z gwiazdy jasną szarfą. Osioł wzdycha. Kolędy, śpiewane cichutko, wzruszają.

Juliana, Lucjana, Rajmunda. Wsch. 7:44. Zach. 15:41. Zawsze jest coś nowego do odkrywania w Warszawie. Parę lat temu była to Biblioteka Uniwersytecka i klubokawiarnie przy Dobrej o magicznych nazwach Diuna, Jadłodajnia Filozoficzna, Czuły Barbarzyńca. Potem nowe miejsca muzyki przy fortach na Racławickiej. Teatr Montownia wszędzie, gdzie się dało. Tygmont na Mazowieckiej. Kinoteka w Pałacu Kultury. Fabryka Trzciny na Pradze. Le Madame przy Koźlej...

Teraz, nowy teatr założony przez Krystynę Jandę w odważnie wykupionym starym kinie Polonia przy pl. Konstytucji. Duża sala dopiero się buduje. Można oglądać przez otwarty specjalnie prześwit w lobby odkryte fundamenty, niebotycznie wysoki sufit. Ale już otwarta tymczasowa salka z boku. Jest wygodna szatnia. Dobrze pachnie kawa w barku na antresoli. Odbywają się pierwsze przedstawienia i gościnne muzyczne wieczory. Udaje mi się złapać świetny koncert Urszuli Dudziak.

Juliusza, Mścisława, Seweryna. Wsch. 7:43. Zach. 15:42. Łazienki. Choć raz, na krótki spacer. Park bajecznie wymalowany mrozem na biało. Biały Szopen pod białą wierzbą. Białe krzewy róż. Biały pałacyk wśród białych drzew. Biała tafla zamrożonego jeziorka. Białe łuki mostów. I tylko ciemne szmaragdy pawi siedzących na balustradach balkonów. Ciemne sylwetki rozgadanych wron. Ciemny łuk przerębli, którą obsiadły kaczki. I czerwone serduszka rozdawane przez woluntariuszy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Marceliny, Marcjanny, Adriana. Wsch. 7:43. Zach. 15:44. Skrzy się na pierwszych stronach gazet od fajerwerków - fotograficznych i słownych. Wielki triumf Wielkiej Orkiestry. Wielki koncert przed Pałacem Kultury, od rana do późnego wieczora. Ludziom miło, że pomogli. Chore dzieci będą miały więcej sprzętu. A warszawiacy dzięki Owsiakowi nadrobili sobie smętnego sylwestra.

Dużo monotonniejszych wrażeń dostarczają gazety. Co rusz zmartwienia i oszustwa. Jednym z głównych tematów nadal są afery. Kto naciął państwo/firmę/kolegów; na ile, za ile, po co, za co, z kim. I jak to udowodnić. Jak ukrócić. Ciągną się debaty sądowe, sejmowe, telewizyjne, prywatne - jak to rozliczyć. Jedni tracą stołki. Inni kariery na tym robią.

A rozkrada się dalej. Na wiele sposobów: po nowemu, na wielką skalę. W szarej sferze, gdzie niejasno, czy to tylko sprawne kombinacje, czy już złodziejstwo. Brutalnie bandycko. Tradycyjnie złodziejsko. Półoficjalnie, z przyzwoleniem społecznym. Paskudnie, po cichutku. Szkoda gadać.

Zaraz po Trzech Królach, słońce wreszcie rozbłysło. Pierwszy dzień, że nie można było podnieść ręki i ot, prawie połaskotać brzuchy chmur. Mnie po tygodniu zaczęło się robić nieswojo od tej bliskości szarej troposfery, a tu wszyscy mi mówią, że to pierwsze niebieskie niebo od tygodni. Co chwila ktoś się zachwyca, ile to godzin słońca. Całe popołudnie! Cały dzień!

Następny też budzi się pogodny jak skowronek, i następny. Łatwo się do słońca przyzwyczaić. Już na odlot mi przyświeca, na warszawskie do widzenia. Swojski korek na skrzyżowaniu Racławickiej w drodze na lotnisko. Nieswojskie, a coraz gęstsze zabudowania wzdłuż Żwirki i Wigury.

Ech, ty moja-nie moja Warszawo. Piękna w swojej ekspresywnej brzydocie. Chamska. Ambitna. Prowincjonalna siostro Nowego Jorku. Skomplikowana metropolio. Na pokaz, na wysoki błysk, na wielki pośpiech. Dla przybłędów. Dla pełnych nadziei. Niedokończona. Ciągle jeszcze do zrobienia. Do zabudowania. Do opowiedzenia. Dzielna. Bardzo dzielna.

Jeździłabym nowym modelem Citroena Xsara Picasso, aksamitna w dotyku, wśród kanionów odbijających słońce kryształowym błyskiem.

Lecz samolot startuje. Wiozę książki, ciasto upieczone przez mamę i święconą kredę do wypisania uroczyście na drzwiach: Kacper, Melchior, Baltazar. Mirra i kadzidło.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail