Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Pantofelki
na półobcasach
Rzadko to widać na świecie,
By się małżeństwo kochało.
Wojciech Bogusławski, Cud mniemany, czyli
Krakowiacy i górale
- Los potrafi kręcić przedziwne piruety na śliskiej tafli
naszego życia - szepnęła mi Basia do ucha na dzień dobry.
Powiedziałem: - Wygraliśmy na loterii. Przytaknęła. - Ile?
- zapytałem niepewnie. - Trzydzieści - opowiedziała. - Milionów?!
- wykrzyknąłem, wyskakując z łóżka jak z katapulty. - Lat,
głuptasku, mamy dziś trzydziestą rocznicę naszego ślubu -
wylała mi na głowę kubeł lodowatej wody.
Porównanie z lodem i lodowiskiem jest jak najbardziej na
czasie. Ślisko i śnieżnie na mojej ulicy w Toronto, zupełnie
jak 3 stycznia 1976 r. na mojej ulicy - wtedy - w Polsce.
Brnęliśmy do drewnianego kościółka św. Wojciecha, stojącego
na sporej górce, ślizgając się i przewracając co kilkanaście
kroków. Szliśmy w półbutach i pantofelkach na półobcasach
(to nasze, panie, transwestyci jeszcze wtedy w Polsce nie
występowali?) - z zamiarem wzięcia ślubu. Z całej uroczystości
najlepiej zapamiętałem te piruety, poślizgi i rymśnięcia w
śnieg. Śmiechu było co niemiara, radości, lekkości. I kto
by pomyślał, że to już 35 lat łapiemy równowagę i kręcimy
piruety w związku zwanym narzeczeńskim (pierwsza pięciolatka),
a potem małżeńskim.
Gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że będę o tym pisał w dalekim Nowym Dzienniku (będącym, notabene, rówieśnikiem naszego
związku) - patrząc przez okno na kanadyjskie jeziorko i nasze
dorosłe już dzieci, inhalujące "dymka" na snowmobilu, pewnie
bym go nie zrozumiał. Wtedy język polski nie znał jeszcze
pojęcia snowmobile... Najbardziej rozpowszechnionym w tamtych
czasach obcym pojęciem był rzeczownik "towarzysz". Był to
rzeczownik zupełnie niedorzeczny, choć znałem wielu przyzwoitych
i zupełnie niegłupich ludzi, którzy traktowali się wzajemnie
tym brzydactwem. Już samo zapisywanie się do partii było aberracją
umysłową, a cóż dopiero tytułowanie się "towarzyszem". Ludzie
oblepiali się tym paskudztwem, jakby chcieli z siebie zakpić.
To pachniało mi zawsze chorobą językową.
Jedyne odstępstwo od fatalnych skojarzeń językowych stanowi
słodkie słówko "towarzyszka" - zwłaszcza towarzyszka życia.
Moja życiowa towarzyszka w pamiętnych czasach towarzysza Edwarda,
któremu wszyscy chcieli pomagać, nie zgodziła się zostać towarzyszką
matki partii. Towarzysz doktor habilitowany, który pozbawiał
Basię pracy w stanie wojennym, łącznie z pracą doktorską,
jest dziś jak najbardziej zasłużonym profesorem i dziekanem
wydziału. Nie będę wymieniał jego nazwiska, by nie zaśmiecać
tego felietonu. Wspomnę tylko, że ten partyjny płaz spławił
ze swego gabinetu moją towarzyszkę życia zdankiem: "Ma pani
plamę na życiorysie". Basia miała małego Mateusza na ręce,
a tą plamą na jej życiorysie, a właściwie na języczku mało
rasowego, jak się okazało, pieska socjalizmu, była Solidarność.
Ale to było dawno i - jak wielu w Polsce dziś mawia - nieprawda.
Bardzo dawno temu, bo przeszło 200 lat w głąb kanadyjskiej
historii, czyli jakby w prehistorii, na tej pięknej ziemi
Indian i imigrantów żyli mężczyźni broniący honoru swoich
towarzyszek życia. To rzadko spotykane w XXI wieku zajęcie
było wielce ryzykowne. Na szali kładło się nierzadko życie
- własne, nie żony. Prawda, że były to dziwne czasy? Prawda,
że byli to dziwni ludzie? Weźmy takiego majora Johna Smalla.
3 stycznia roku 1800 zastrzelił w pojedynku samego prokuratora
generalnego prowincji, zwanej wtedy Upper Canada - Johna White'a.
Poszło o rzecz błahą na pozór, niewartą aż poematu, a cóż
dopiero pojedynku. Prokurator generalny nazwał żonę Smalla
dziwką. Wtedy plama na honorze i języku - a dziś, w naszych
pono cywilizowanych czasach? Gdyby za każdym słówkiem bitch, slut czy whore szedł sekundant z pistoletami,
a w efekcie kondukt żałobny, Ameryka czy Kanada szybko straciłyby
męską populację. Na placu boju zostałyby same honoru głodne
kobiety i transwestyci. A także imigranci, ludzie z zasady
broniący honoru, zwłaszcza cudzego - co jakże wiarygodnie
zaświadcza książka dziennikarskiego duetu: Lynn Olson i Stanleya
Clouda Sprawa honoru. Z satysfakcją pragnę dodać, że
para Amerykanów jest udanym i szczęśliwym małżeństwem. W naszych
cywilizowanych czasach to istny cud mniemany i wygrana na
loterii - razem wzięte... |
|