PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 17 czerwca 2005


ANDRZEJ ZAWADA

Zapiski z marginesu

Wrocławskie
spacery literackie

Chyba nie skłamię, jeżeli powiem, że na przełomie XX i XXI wieku Wrocław stał się ulubionym bohaterem jego mieszkańców. Bohater zbiorowej wyobraźni jest kreacją, choćby był nie wiem jak materialny. Reguła ta włada w tym samym stopniu wizerunkami królów, jak idoli estrady, zwycięstw przechowywanych przez plemienną pamięć, jak znaczących miejsc i urodziwych miast.

Popatrzmy na dzisiejszy Wrocław. Czy nie jest piękny? Przespacerujmy się po Rynku, barwnym i czystym jak chyba nigdy przedtem. Nasze spojrzenie cieszą renesansowe i barokowe kamienice, zdobione bogato, ale z wdziękiem. Czy kiedykolwiek były tak bardzo kolorowe i tak zadbane? Można wątpić, jeżeli się pomyśli o cywilizacyjno-sanitarnych standardach poprzednich stuleci. Nasze stopy przemieszczają się po nowych, równych, ułożonych w dyskretne wzory brukach. Ani odrobiny kurzu, błota, śmieci, nie mówiąc już o naturalnych przed stuleciem końskich bobkach. Które, oczywiście, szybko sprzątano.

Z Rynku możemy pójść - na przykład - w stronę Ostrowa Tumskiego. Po drodze miniemy stary, jezuicki budynek Uniwersytetu, z pietyzmem odnowiony, z dachem pokrytym miedzianą blachą. Wieczorem oświetlony, urzeknie nas barwą i rytmem harmonijnej fasady. Stoi tutaj już ponad trzysta lat, więc nie może nas nie wzruszyć jego spokojna trwałość. Z daleka wygląda jak wielka skała jasnego piaskowca, a zmienne prądy epok opływają go jak czarne wody Odry.

Dalej przejdziemy obok gmachów dawnego klasztoru krzyżowców, teraz biblioteki Ossolineum, przechowującej przywiezione tu w 1945 roku z należącego dzisiaj do Ukrainy Lwowa zabytki narodowej kultury polskiej, przede wszystkim literackiej. Tu jest przechowywana relikwia narodowej literatury - rękopis epopei Adama Mickiewicza Pan Tadeusz. Teraz ta symboliczna esencja polskości znajduje się we Wrocławiu, stolicy Śląska. Na tym Śląsku w XIII wieku niemiecki mnich z zakonu cystersów w niedalekim od Wrocławia Henrykowie zapisał w łacińskiej księdze jedno zdanie w miejscowym języku. Jest to pierwsze znane zdanie zapisane po polsku.

Może nie szukajmy metaforycznych sensów w tych i w podobnych związkach faktów. Po prostu - takie są drogi i bezdroża dziejów. A z drugiej strony - potrzeba odczytywania sensów należy do zespołu elementarnych potrzeb człowieka.

Kreacja zwana Wrocław

W 1945 roku Wrocław był kupą gruzów. Po prostu - kupą gruzów.

Równie dobrze można powiedzieć, że na skutek drugiej wojny światowej Wrocławia nie było wcale.

Czasami mam wrażenie, że o tym zapominamy. Ale może trzeba zapominać? Może wymaga tego sama istota życia? Chociaż mądrzy ludzie powiadają, a należą do nich także pisarze, że brak pamięci zabija. Wcześniej albo później.

Kiedy już miniemy starannie odremontowane budynki Ossolineum i posuwając się nadal na wschód dojdziemy do mostu Piaskowego, zobaczymy sylwetkę Ostrowa Tumskiego, z charakterystycznymi wieżami katedry i strzelistą wieżą Świętego Krzyża. Gotyk i barok Ostrowa Tumskiego, zieleń jego skwerów i kameralność uliczek oświetlanych wieczorem gazowymi lampami, jego cisza i ledwie słyszalny plusk płynącej obok wody czynią z tej niegdysiejszej wyspy najbardziej kojący zakątek miasta. Ostrów Tumski też nigdy jeszcze nie był tak piękny jak dzisiaj.

Kojąca słodycz jego urody wynika zapewne z pietyzmu, z jakim odtworzono tę najstarszą i serdeczną część miejskiego organizmu. Ale wynika również z przekonania o tym, że miejsce to w największym stopniu jest mieszkaniem pamięci. Kto tędy przechodzi, wyraźnie czuje, że to właśnie tutaj mieszka genius loci.

Taki geniusz potrafi stworzyć miasto, którego już nie było. I to z powodu tego geniusza, z powodu chęci ujrzenia tego ducha miasta, rzuciłem się z apetytem na wydaną w ub. roku w Niemczech książkę pod tytułem Literarischer Reiseführer Breslau.

Roswitha Schieb proponuje, abyśmy poznawali miasto podczas siedmiu spacerów. W tych wędrówkach poruszamy się po najstarszym centrum miasta, oglądamy jego wymiar średniowieczny i na ogół jeszcze harmonijne na tym średniowiecznym fundamencie nawarstwione pokłady późniejszych epok. Architektonicznie ukształtowana przestrzeń proponuje nam interpretację historii.

Teraz Wrocław

Możliwe jest także odwrócenie tego porządku: interpretacja historii może pociągać za sobą konkretne koncepcje i decyzje architektoniczne. Spójrzmy na przykład we Wrocławiu najbardziej znany - odbudowę miasta zaczęto od podnoszenia z ruin kościołów, reprezentujących wspaniały gotyk. Niejednokrotnie decydowano się nawet na wysiłek prawie całkowitej rekonstrukcji. Sytuacja, na pierwszy rzut oka, zastanawiająca - rząd państwa socjalistycznego, laicyzację społeczeństwa umieszczający pośród politycznych priorytetów, nie szczędził wysiłków, by w zrujnowanym Wrocławiu pełną świetnością zabłysły najpierw okazy architektury sakralnej.

Sens takiego postępowania stawał się oczywisty, gdy uświadomić sobie, że te urodziwe gotyckie świątynie pochodziły z epoki średniowiecza, z XIII i XIV wieku. A więc z czasów, które w oficjalnej i mocno popularyzowanej wersji dziejów przedstawiano jako epokę Piastów. Czyli epokę słowiańską, a właściwie polską. Z pietyzmem i sercem odtwarzane wrocławskie stare kościoły miały się stać dla mieszkańców i dla świata dobitnymi dowodami pierwotnej polskości tych ziem. Ziem nazwanych wówczas, z całą świadomością sugestywnej siły języka, "odzyskanymi".

Łatwo mi dzisiaj, po upadku komunizmu i po zniknięciu Polski Ludowej, dokonywać takiego obrachunku. Ale staram się zrozumieć, że wówczas, w niewyobrażalnie trudnym roku 1945 i w latach następnych, moje dzisiejsze rozumowanie byłoby zbyt proste. I nieprawdziwe. I niemożliwe.

Tym paru milionom znękanych wojną ludzi, którzy przyjechali na Dolny Śląsk, na ziemię lubuską i na Pomorze z najrozmaitszych stron, którym wojna zabrała ich rodzinne strony, nie tylko na dzisiejszej Litwie, Białorusi i Ukrainie, ale na Kielecczyźnie czy w nieistniejącej Warszawie, potrzebny był jakiś znak pokoju. Chciałbym, żeby to nie zabrzmiało ironicznie. Bowiem ludziom tym należy się niezwykły szacunek. Ich los potrafię porównać jedynie do losu ich mitycznych protoplastów, którzy przetrwali biblijny potop. Apokaliptyczna fala wojny wyrzuciła ich na nieznanym i obcym lądzie, na którym zastali jedynie ruiny, zgliszcza i widoczne na każdym kroku prowizoryczne groby. Na tym cmentarzu mieli stworzyć sobie ojczyznę. Trzeba im to było jakoś ułatwić. Trzeba im było powiedzieć: popatrzcie, kiedyś już tu byliśmy. W dawnych czasach gospodarowali tu nasi przodkowie. To oni zbudowali te piękne kościoły, które leżą teraz zdruzgotane. Możecie tu zostać. Macie prawo.

Dlatego czuję, że dzisiejszy Wrocław nie jest odbudowanym dawnym Breslau.

Szacunek dla przeszłości

Wrocław jest do dawnego Breslau podobny, co można wnioskować z zachowanego w wielu kwartałach układu ulic, ze zrekonstruowanych budynków, z zainteresowania dla przeszłości miasta, z widocznego i podzielanego przez mieszkańców szacunku dla jego historii. Ale jest to szacunek, jakim darzy się niepoliczone trudy życia minionych pokoleń, bez rozróżniania narodowości czy religii.

Takie odczytywanie tożsamości miasta, jako owocu pracy kilku nacji tworzących złożone dzieje tej części Europy, jest czymś trwalszym od przejściowej optyki poprawności politycznej. Roswitha Schieb, obficie cytując teksty literackie, głównie wspomnienia i eseje pisarzy czy uczonych humanistów dawnego Breslau, przytacza rozmaite sądy i opinie. Na przykład urodzony i wychowany tutaj wybitny filozof i socjolog Norbert Elias napisał w 1984 roku, że przedwojenny Wrocław był całkiem (ganz und gar) niemiecki. "Nigdy nie słyszałem tam choćby jednego polskiego słowa".

Widzę inaczej

By być sprawiedliwym, trzeba powiedzieć, że przedstawione w książce Roswithy Schieb literackie obrazy tej przeszłości są nadzwyczaj interesujące i pouczające. Większość z nich nie jest znana polskiemu czytelnikowi i, jak sądzę, powinna otrzymać również wersję polskojęzyczną.

Jednak dzisiejszy wrocławianin potrzebowałby chyba własnego, polskiego przewodnika po mieście. Przewodnik niemiecki, choć oprowadza nie tylko po przeszłości, choć ukazuje nie tylko utrwalony w słowach Breslau, choć uwzględnia także polską powojenną twórczość literacką, z naturalnej konieczności przyjmuje odmienną od naszej perspektywę. Jest to perspektywa trwającego około siedmiuset lat opisywania Wrocławia w języku niemieckim. Jeżeli w tej perspektywie pojawia się kończące właśnie sześćdziesiąt lat polskie portretowanie Wrocławia, to - umieszczone na końcu niemieckiej perspektywy - wydaje się, zgodnie z prawami optyki i matematyki, niewielkim epizodem.

Polska perspektywa jest równie poprawna optycznie i psychologicznie. I dlatego jest też odwrotna do niemieckiej. Na pierwszym planie widzimy tych sześćdziesiąt lat, jakie w tym roku minęły od zakończenia drugiej wojny światowej, która zrewolucjonizowała Europę mocniej niż jakakolwiek wcześniejsza rewolucja. W dalszej odległości i w znacznym pomniejszeniu z mgły historycznej niepamięci wydobywają się zarysy niemieckiej przeszłości. Literarischer Reiseführer Breslau powinien więc mieć swój ciąg dalszy. Mógłby nosić tytuł Polski Wrocław literacki.

Dębniki, maj 2005 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail