Czytając zdjęcia
Z Jagodą Przybylak rozmawia Czesław Karkowski (dokończenie)
Czesław
Karkowski: - Jak dobrze rozumiem - staram się podsumować
rozmowę podczas kolejnego spotkania - zniechęciła się Pani
do fotografii. Straciła Pani wiarę w to medium czy też uznała
Pani, że dziś każdy jest fotografem, artystą, ale nikt nie
zwraca uwagi na zdjęcia?
Jagoda Przybylak: - Idzie mi właśnie o zwrócenie uwagi
na tę rzeczywistość zagubioną gdzieś pośród niezliczonej ilości
zdjęć. Wróćmy do zdjęcia szkolnego z Charbina. Przyglądać
zaczęłam się każdemu dziecku, odliczam: jeden... dwa... trzy...
i robię z tego album "10+10" na wystawę "Inna książka dla
dzieci". Jej istotą była myśl, że jak człowieka się wyjmie
z tłumu, to zachowuje się inaczej, ba - wygląda zgoła inaczej,
i to nawet na zrobionej już fotografii. Widzi się jednostkę,
a nie tłum.
Na pierwszej więc stronie albumu mamy fotografię jednego
dziecka z tego zdjęcia, na następnej - dwójkę już stanowiącą
grupę zachowującą się inaczej. Troje - jeszcze ciągle czuje
się poszczególne indywidualności, ale już w czwórce, piątce
itd. odrębność jednostki ginie, zaczynamy się gubić w obserwacji,
szczegóły zaczynają umykać naszej uwadze. I tak do dziesięciu.
Na rozkładówce w środku książki dziesięciu chłopców z tego
zdjęcia spotyka się z dziesiątką dziewcząt siedzących na prawo.
I tak dalej, tym razem wstecz aż do jednej główki dziewczynki.
Wracając do pańskiego pytania: fotografia nigdy nie przestała
mnie interesować. Ale według mnie przestała ona pełnić funkcję
rejestrowania rzeczywistości. Tylko nas odwodzi od niej. Zalew
zdjęć ma odwrotny skutek, bo każdy chce zarejestrować chwilę,
zatrzymać moment. Mnie natomiast interesuje penetrowanie obrazu.
Widzę siłę zdjęcia w tym, gdzie jest ono jedyne, wyjątkowe.
Ileż to razy czytałam wspomnienia z wojny, z obozu, jak komuś
jedno jedyne zdjęcie rodziny, żony, rodziców pozwoliło przetrwać.
- I Pani w podobny sposób kontempluje zdjęcia?
- Tak, ale nie oznacza to, że siedzę w domu nad starymi fotografiami,
odcięta od świata. Ogromnej aktywności wymagała ode mnie współpraca
z Krzysztofem Wodiczko. Udział przy budowaniu prototypu jego
Laski tułacza, a potem Egidy dała mi możność
poznania miasta i siebie samej w nim. Jednocześnie więc robiłam
- jak to nazwałam - notatki z ulic miasta. Zaczęłam się posługiwać
nie tylko aparatem fotograficznym, ale i kamerą wideo. Nigdy
nie wiadomo, co ciekawego zaskoczy nas w Nowym Jorku - może
to być wojna policji z bezdomnymi na Tompkins Square czy protest
artystów przeciwko cenzurze przed Metropolitan Museum.
Jak zwykle obserwuję zbiorowiska ludzkie, wszędzie znajdzie
się mrowie osób, z którego można kogoś wyłuskać, choćby na
Piątej Alei w godzinach szczytu.
W innych dzielnicach życie toczy się leniwie, choćby w Sunset
Park na Brooklynie, zamieszkanym głównie przez Latynosów.
Fotografowaliśmy tam zachody słońca potrzebne do projektu
dla miejscowej szkoły. Przy tej sposobności poznałam ludzi
siedzących na stokach parku, którzy pytali, czy będą w telewizji
i kiedy. Oni całe wieczory, ba, całe noce spędzali siedząc
z rodzinami na schodach swoich domów. Schody były bardzo wysokie,
a rodziny bardzo liczne. W takich sytuacjach aparat fotograficzny
jest bezsilny. Najmniejsza ingerencja, jedno spojrzenie odmienia
fascynujący obraz. I wiele takich nieutrwalonych obrazów zostaje
w naszej świadomości.
Można powiedzieć, przesadzając oczywiście, bo nie chcę umniejszyć
dokonań wielu fotoreporterów, że nie fascynujący, niezwykły,
jedyny temat czyni ich dzieła wielkimi. Idą oni na wojnę,
pakują się w kłopoty w przekonaniu, że gdzieś na najdalej
wysuniętej placówce ludzkości jest do zarejestrowania coś
nadzwyczajnego. I mają rację, ale my, ich założeni odbiorcy,
tych zdjęć nie oglądamy, bo w zalewie obrazów przemykają gdzieś
mimochodem.
Chcę natomiast, żebyśmy się przyglądali zdjęciom. Fotografia
dzisiaj jest właściwie najtrudniejszą ze sztuk z uwagi na
jej pozorną łatwość. Praktycznie każdy wyposażony w średnio
dobry sprzęt robi poprawne zdjęcia, a jednak... Mnie nie interesuje
fotografia artystycznie doskonała, nad takimi się nie zatrzymuję.
Interesują mnie zdjęcia ciekawe, przekazujące jakąś wiedzę
o życiu, o ludziach.
- Ale jak tę wiedzę zaklętą w zdjęciu zobaczyć?
- Masę wysiłku włożyłam w dokumentację zdjęć, którymi oblepiono
całe ściany, słupy i place po zamachu 11 września. Widnieli
na nich ludzie, którzy zginęli tego dnia. Ale w świadomości
nas, ci wszyscy przedstawieni na fotografiach żyli o wiele
dłużej. Po prostu zaistnieli. W weekend przychodziły tam tłumy
ludzi, całe rodziny, żeby obejrzeć te pamiątki. Przeważnie
były to informacje nie o tych, co robili wielkie pieniądze,
kariery, mieli kierownicze stanowiska i wspaniałą przyszłość,
ale o pracownikach pomocniczych, po prostu o ludziach, którzy
byli szczęśliwi, że tam pracują.
Zainteresowało mnie przede wszystkim to, że rodziny wywieszały
zdjęcia z rodzinnego albumu. Ludzie na nich są uśmiechnięci,
szczęśliwi. W Polsce człowiek pozuje do pamiątkowej fotografii
i jest poważny, przejęty. Natomiast Amerykanie wiedzą, że
muszą pokazać światu, jacy są szczęśliwi.
Rodzina, która wywieszała zdjęcie, chyba niespecjalnie wierzyła,
że ten człowiek dzięki temu się odnajdzie. Chociaż, oczywiście,
mógł. Ale chodziło o to, że może ktoś go widział, jeszcze
się z nim spotkał na schodach, ktoś słyszał może ostatnie
przezeń wypowiedziane zdanie. To była ważna inicjatywa - szło
o przedłużenie życia tym ludziom, żeby tak całkowicie i natychmiast
nie zniknęli.
- Chce Pani powiedzieć, że rejestracja rzeczywistości
nigdy nie przylega do niej, ale do naszych wyobrażeń o niej.
- Amerykanie wierzą, że są szczęśliwi. Pokazują to na zdjęciach.
Przyglądałam się tym fotografiom i zastanawiałam się, jaka
w tych zdjęciach ludzi zadowolonych z życia jest prawda o
Ameryce. Nie pozują, żeby pokazać, że są szczęśliwi w rozmaitych
sytuacjach. Oni po prostu są tacy.
- To znaczy zawsze w jakiejś roli, ale Pani powie, że
tak naprawdę to ten człowiek tak nie wygląda. Naprawdę jest
taki, kiedy go nikt nie widzi. I Pani usiłuje taką sytuację
wychwycić: człowiek w tłumie myśli, że nikt go nie zauważa...
- Nie, chcę osłonić człowieka od zagłady ze strony tłumu.
Nawet próbowałam pisać teksty do fotografii, aby dodać, co
przedstawiani przeze mnie ludzie myślą. Nie szukam zdjęcia
"artystycznego". Zawsze interesowali mnie ludzie. Zbigniew
Dłubak chciał mnie z tego uleczyć, ale bezskutecznie. Zawsze
miałam łatwość "chwytania życia na gorąco". Wydawało mi się,
że to jest najważniejsze. A Dłubak: "Po co człowiek? To nie
takie ważne, czy się skrzywił, czy uśmiechnął. Spróbuj obserwować
przedmioty" - mówił mi. Tak się zaczął ważny etap mojego rozwoju,
bowiem sama z aparatem w ręku wobec nieruchomego obiektu zastanawiałam
się głębiej nad sposobem widzenia, rodzajem ujęcia, odbierania,
nad tym, jak światło maluje, nad detalem, który kamera zarejestruje,
a oko nie zauważy. Ale chodzi też o coś innego - o uchwycenie
jakiejś tajemnicy życia. Nie rysy twarzy czy sylwetkę, ale
o to coś, co ujawnia się w człowieku.
Dzięki fotografii dokonać możemy dalszego odkrywania człowieka,
zbliżyć się doń. Ponieważ nie możemy uchwycić go jako takiego,
którego nikt nie widzi, więc to widzenie, tę relację, musimy
wpisać w istotę człowieka. Ale jak go podejrzeć, kiedy jest
sam z sobą? Tylko w tłumie. Wszyscy uważają, że w tłumie nikt
nie zwraca na nas uwagi. Jak się wytnie jakąś osobę z tłumu,
to może się okazać, że jest ona zupełnie inna niż wśród innych
ludzi. Próbowałam ukradkiem robić zdjęcia ludzi w zatłoczonym
metrze. Niby w tłumie, ale w istocie każdy jest w wagonie
odrębny. W samotności widzimy dopiero, że na przykład dana
osoba nie śpi, ale jest bardzo zmęczona i tylko przymknęła
oczy, a może się modli.
To, co dawniej robiłam i przynosiłam jako gotowe zdjęcie,
dzisiaj jest zaledwie punktem wyjścia, półproduktem do dalszej
obróbki komputerowej.
Kiedyś fotografia służyła jako ostateczny dowód na wygląd
rzeczy; "taka jest rzeczywistość i innej nie ma". Natomiast
dzisiaj jest tylko punktem wyjścia. Tymczasem dla mnie zdjęcie
jest punktem wyjścia do dalszego przyglądania się.
|