Zbudowaliśmy solidną firmę
Z Pawłem Potoroczynem, dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej
w Nowym Jorku, rozmawia Andrzej Józef Dąbrowski
Andrzej
Józef Dąbrowski: - Weźmy od razu byka za rogi: największe
sukcesy i największe porażki, jakie odniósł Pan podczas pięcioletniej
bez mała kadencji.
Paweł Potoroczyn: - Lista sukcesów byłaby bardzo długa.
Ich przykładem może być choćby owacyjne przyjęcie amerykańskiej
premiery Mszy za pokój Wojciecha Kilara w katedrze
św. Patryka na Manhattanie, jakie miało miejsce w końcu kwietnia.
Stała się ona sensacyjnym wydarzeniem muzycznym. Możemy się
także poszczycić wyróżnieniem OBIE Award przyznanym spektaklowi
Hell Meets Henry Halfway według Opętanych
Gombrowicza, granemu na SoHo przez filadelfijski teatr Pig
Iron. Jesteśmy jego współproducentami. OBIE Award jest najważniejszą
nagrodą przyznawaną przez tygodnik Village Voice przedstawieniom
granym poza Broadwayem. W konkurencji staje kilkaset spektakli.
- Wymienił Pan ostatnie sukcesy, a wcześniejsze?
- Pierwszym sukcesem było to, żeśmy dowiedli racji istnienia
Instytutu Kultury Polskiej, że dowiedliśmy, iż jest popyt
na polską kulturę. Drugim, że przebiliśmy się w najbardziej
konkurencyjnym środowisku na świecie. Zaistnieliśmy w Nowym
Jorku jako poważny partner prezentujący wartościowe wydarzenia,
cieszące się zainteresowaniem nie tylko grupki specjalistów
i kilku krytyków, ale i publiczności. Generalnie można powiedzieć,
iż największym naszym osiągnięciem jest obecność kultury polskiej
w jej najlepszych manifestacjach, tam, gdzie dotychczas jej
nie było - w najlepszych salach koncertowych, teatrach i galeriach.
- Czym najbardziej zaskoczyliście Amerykanów?
- Tym, że nie można się dostać na niektóre nasze prezentacje.
Wystarczy tylko wspomnieć spektakl Carmen Funebre grany
w Nowym Jorku przez Teatr Biuro Podróży. Daliśmy tylko cztery
przedstawienia, za każdym razem dla tysiąca osób i bardzo
wielu chętnych musiało z kwitkiem odejść od kasy. Trzeba było
widzieć ich zawiedzione miny.
- Czy było jakieś wydarzenie, które tak zafascynowało
Amerykanów, że zainteresowali się konkretną dziedziną naszej
sztuki lub twórczością konkretnego autora?
- Takich wydarzeń było kilka, wymieńmy choćby nasz zeszłoroczny
projekt "Jesień Gombrowicza", który składał się z czterdziestu
najróżniejszych przedsięwzięć w kilkunastu miastach Stanów
Zjednoczonych. Można też zaliczyć do nich inscenizację Dybuka
warszawskiego Teatru Rozmaitości w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego,
pokazywaną w Brooklyn Academy of Music w ramach festiwalu
Next Wave, spektakl przełomowy w sensie moralnym, psychologicznym
i estetycznym. Innym przełomowym przedsięwzięciem sprzed trzech
lat była zbiorowa wystawa współczesnej polskiej sztuki kobiet
"Architecture of Gender" pokazana w SculptureCenter. Procentuje
indywidualnymi wystawami do dzisiaj.
- W ferworze rozpamiętywania sukcesów zapomnieliśmy o
porażkach.
- Czy musimy o nich mówić?
- A co, szło tu Panu tylko jak po różach?
- Za porażkę można uznać widownię w Kimmel Center w Filadelfii,
zapełnioną zaledwie w połowie na koncercie Filharmonii Wrocławskiej.
Zważywszy, że jest to orkiestra na solidnym, europejskim poziomie,
była to nie tylko nasza porażka, ale i całej filadelfijskiej
Polonii.
- Tylko tyle?
- Skoro pan drąży, odpowiem tak - jako prezenter polskiej
kultury w Nowym Jorku nie doznałem tu wielu porażek, a nawet
odczuwam coś w rodzaju zawodowego spełnienia. Porażkę poniosłem
jako urzędnik, bowiem nie udało mi się przez pięć lat powiększyć
naszej placówki. Było nas troje w momencie jej powstawania
i jest nas troje w chwili, kiedy kończy się moja kadencja.
Nie udało mi się uczynić z Instytutu tak mocnej kadrowo placówki,
jak choćby istniejące w Sofii czy Bukareszcie.
- Skoro wracamy do podstaw, nie mogę nie zapytać, w jaki
sposób powstał Instytut i jak zorganizowana jest jego praca?
- Działamy na podstawie polsko-amerykańskiej umowy międzyrządowej
z roku 1989. Decyzja o powołaniu naszej placówki zapadła w
roku 2000 i wówczas też Ministerstwo Spraw Zagranicznych przyznało
na nią pieniądze. Latem 2000 r. został rozstrzygnięty konkurs
na stanowisko dyrektora. W listopadzie przyjechałem do Nowego
Jorku z jedną walizką i zamieszkałem w pokoju gościnnym w
konsulacie RP. Miesiąc wcześniej przyjechała tu Monika Fabijańska,
moja zastępczyni. Później dołączył jej mąż, Krzysztof Janicki.
Na początku dysponowaliśmy jednym pokojem w konsulacie wypełnionym
po sufit naszym dobytkiem. Musieliśmy pracować na zmianę,
bo było nas troje, a miejsca było tylko na dwa krzesła. Powoli
nawiązywaliśmy kontakty z różnymi amerykańskimi instytucjami
życia kulturalnego i budowaliśmy sieć osobistych więzi, obmyślając
jednocześnie sposoby finansowania naszych projektów.
- Czy pracując w trójkę podzieliście się wedle jakichś
specjalności?
- Monika Fabijańska jest historykiem sztuki, więc zajmuje
się sztukami wizualnymi, ja sam skupiam się na teatrze, muzyce
i filmie, a Krzysztof Janicki na sprawach organizacyjnych
i administracyjnych. Oprócz tego każdy robi wszystko to, co
akurat jest do zrobienia.
- To chyba bardzo żmudne...
- Dzisiaj już mniej, bo zbudowaliśmy solidną firmę, do której
zwracają się nasi tutejsi partnerzy z pytaniem, co mamy do
zaproponowania. Już nie musimy bezustannie pukać do drzwi,
szukać tzw. dojść, wydzwaniać, by zainteresować ich tym czy
owym projektem. Sami są ciekawi naszej oferty.
- A jeśli jednak wydzwaniacie, czy często spotykacie się
z odmową?
- Statystycznie, z zainteresowaniem Amerykanów spotyka się
jeden projekt na dziesięć. To, wbrew pozorom, wcale dobry
wynik. Kiedyś było nam trudniej, teraz - po sukcesach trzech
ostatnich sezonów i pozytywnych recenzjach w New York Timesie
- jest znacznie łatwiej, a poza tym nasze propozycje są lepiej
przygotowane. Po pięciu latach ten mit Nowego Jorku zaczyna
się materializować: że wystarczy mieć dobry projekt, umieć
go sprzedać w przyzwoitym angielskim i mieć 10% budżetu, a
wszystko się uda. Dzisiaj też coraz częściej udaje nam się
namówić jakiegoś amerykańskiego prezentera na podróż do Polski
i obejrzenie przedstawień czy wystaw. W chwili kiedy rozmawiamy,
w Polsce przebywa dyrektor Brooklyn Academy of Music i dyrektorka
Art at St. Ann's. Oboje szukają przedstawień, które mogliby
w przyszłości pokazać w ramach swoich programów. A to jest
najbardziej efektywna finansowo forma wymiany kulturalnej,
bo jeśli naprawdę poważny prezenter znajdzie dla swojej sceny,
galerii czy kina coś, o czym wie, że zainteresuje jego publiczność,
znajdzie na to również pieniądze. A to jest idealna sytuacja:
promujemy polską kulturę za amerykańskie pieniądze.
- Czy już wiadomo, co "nie bierze" Amerykanów?
- Moim zdaniem dzieło na odpowiednim poziomie zawsze znajdzie
swego promotora.
- Zawsze?
- Może nie przysłowiowy Moniuszko, który jakoś nie może się
przebić w sferach muzycznych. Generalnie można powiedzieć,
że dzieła zakorzenione w odległej tradycji i funkcjonujące
jako filary narodowej kultury sprawdzają się głównie w środowiskach
polonijnych, ale nie trafiają do Amerykanów. Im bardziej konserwatywna
jest forma danego dzieła, im bardziej hermetycznie polski
przekaz, tym mniejsze budzi ono zainteresowanie. Powinniśmy
pokazywać tutaj więcej tego, co w Polsce jest na światowym
poziomie, czyli teatr, sztuki wizualne, zwłaszcza tzw. nowe
media, w których celują nasi artyści. Powinniśmy też prezentować
najnowszą muzykę - Pawła Mykietyna, Pawła Szymańskiego oraz
poszukujących instrumentalistów, takich jak Maciej Grzybowski
czy Kwartet Śląski. Sporo też zajmujemy się jazzem i muzyką
etniczną - oba gatunki przeżywają renesans zainteresowania
ze strony bardzo wyrafinowanej publiczności.
- Instytut w Nowym Jorku miał być z założenia firmą o
charakterze impresaryjnym...
- Jego zadaniem miała być promocja kultury i produkowanie
wydarzeń...
- "Produkowanie" niezbyt fortunnie brzmi, gdy mowa o sztuce.
- Niefortunnie, ale coraz częściej tak się właśnie mówi.
Jak to zresztą inaczej powiedzieć, skoro jesteśmy producentami,
czy współproducentami, i skoro zajmujemy się marketingiem,
gdzie wszystko zapisuje się za pomocą liczb?
- Macie jakieś cele wyznaczone przez władze w Warszawie?
- Są one tak szumne i wieloznaczne, brzmią tak górnolotnie...
Można je w sumie określić jako promocję kultury polskiej.
My zaś próbujemy przełożyć je na język codziennej praktyki
przemysłu kulturalnego.
- Przemysłu?
- A jak lepiej określić to, z czym mamy tu do czynienia najczęściej?
Myślę więc, że naszym zadaniem jest wprowadzenie narodowego
produktu do głównego obiegu kultury w Stanach Zjednoczonych,
przy najmniejszych kosztach dla polskiego podatnika.
- Mam wrażenie, że jestem na lekcji ekonomii.
- To dobre wrażenie, ponieważ przemysł kulturalny istnieje
naprawdę. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to culture
industry. Wiem, że dla europejskiego ucha brzmi to obrazoburczo.
W USA, jeśli tylko 1 procent społeczeństwa żywi potrzeby kulturalne
wyższego rzędu, oznacza to około 3 milionów ludzi. Coś, co
zaspokaja potrzeby trzech milionów, z istoty swych rozmiarów
staje się przemysłem. A przemysł na swoje protokoły, standardy,
język i sposoby komunikacji. Instytut szybko się zaaklimatyzował
w tej rzeczywistości; zaczęliśmy władać tym samym językiem.
- Skoro mowa o "przemyśle", to uprawnione jest chyba pytanie,
czy Państwo zarobiliście coś na swoich "produktach"?
- Nie zarabiamy, jesteśmy misją dyplomatyczną, której celem
nie jest generowanie żadnych dochodów. Zajmujemy się natomiast
zdobywaniem pieniędzy na poszczególne projekty. To 99% mojego
czasu. Zbudowanie programu na sezon 07/08 zajmie dwa miesiące.
Ale potrzeba tych dwóch lat na zebranie pieniędzy, by go sfinansować.
- Czy budżet, jakim Państwo dysponujecie, stanowi tajemnicę
państwową?
- Naturalnie, ale tylko dlatego, żeby nikogo nie rozśmieszyć.
- Czy inne Instytuty Kultury Polskiej, działające w różnych
państwach, dostają na swą działalność większe fundusze?
- Tzw. budżety programowe, czy merytoryczne, są pewnie podobne.
Myślę, że nowojorski Instytut może być nawet nieco tańszy
w eksploatacji, niż inne placówki, bo nie mając własnego budynku
nie mamy wielkich kosztów stałych. Poza tym jest nas tylko
troje, a nie dziesięć osób, jak w Mińsku białoruskim czy Bratysławie.
- Może jest jakaś szansa na utworzenie wspierającego Was
polskiego lobby?
- To trudne pytanie. Po pierwsze, każde takie lobby chciałoby
i miałoby prawo do egzekwowania swego wpływu na program, a
to, obawiam się, mogłoby oznaczać powrót do Moniuszki. Po
drugie, takie lobby nie mogłoby powstać bez współudziału najważniejszych
polonijnych organizacji, a te nie sprawiają wrażenia, że są
zainteresowane kulturą wysoką. Jak dotychczas zawdzięczamy
bardzo wiele bardzo nielicznym prywatnym darczyńcom, którzy
wolą pozostać anonimowi, i kilku firmom z Polski, przede wszystkim
Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych i Polskim Liniom
Lotniczym LOT. Kilka całkiem zamożnych organizacji polonijnych,
o ile w ogóle odpowiadały na naszą korespondencję, ofiarowały
po kilkaset dolarów na projekty o budżetach liczących po kilkadziesiąt
tysięcy.
- Tylko kilkaset dolarów?!
- Nie przesłyszał się pan. Z kilkoma szlachetnymi wyjątkami,
podobnie było z polonijnymi biznesami. Tymczasem od początku
naszego istnienia budżety wszystkich naszych prezentacji zamykają
się kwotą około 2 milionów dolarów.
- Prawda więc, jak zawsze, okazała się gorzka.
- Nie, bez przesady. Postawa organizacji i biznesu jest prostą
pochodną potrzeb ich wyborców i klientów. To jest element
rzeczywistości, a na rzeczywistość nie można się obrażać.
Po prostu więcej jest melomanów, bywalców teatrów i miłośników
sztuki wśród statystycznych nowojorczyków niż wśród naszych
statystycznych rodaków. Większość Polaków przyjechało do Nowego
Jorku zarabiać pieniądze. Wielu nowojorczyków jest tu po to,
by wydawać pieniądze na obcowanie z kulturą, choćby najbardziej
egzotyczną. To fenomen tego miasta. Dlatego tutejsze instytucje,
fundacje i towarzystwa powiernicze bywają dla nas hojniejsze
niż unie kredytowe czy organizacje polonijne.
- Nie mówiliśmy jeszcze o literaturze, czy chlubicie się
jakimiś dokonaniami na tym polu?
- Zeszły rok był pod tym względem trochę lepszy, głównie
dzięki "Jesieni Gombrowicza", w ramach której ukazały się
trzy angielskie wydania tego autora. Niestety, jesteśmy za
słabi kadrowo, by podołać wszystkiemu. Chcąc szybko zbudować
Instytut jako solidną markę na scenie kulturalnej, musieliśmy
skupić się na dziedzinach, które dawały szansę na szybki sukces,
stąd skupienie na teatrze, sztukach plastycznych, muzyce i
filmie. Zbudowanie trwałych kontaktów z wydawnictwami i stałe
ich podtrzymywanie to proces wieloletni, wymagający jednego,
całkowicie oddanego tej dziedzinie, kompetentnego pracownika.
Nie mieliśmy kogoś takiego, mimo pięcioletnich zabiegów. Mam
nadzieję, że mój następca będzie miał do pomocy fachowca w
tej mierze.
- Szkoda, że ministerialni mocodawcy nie doceniają potrzeby
promowania książek polskich autorów i książek o Polsce, które
byłyby stale dostępne w amerykańskich księgarniach i bibliotekach.
Niestety, jest ich tam niewiele. I stan ten trwa już od dziesiątków
lat.
- Jeśli tak jest, to znaczy, że nie ma na nie popytu. Księgarnie
mają tylko te książki, które są kupowane. Popyt pojawi się
wraz z zainteresowaniem Polską, a zainteresowanie Polską pojawi
się, jeśli nasza kultura będzie profesjonalnie prezentowana,
bo nie ma lepszych, tańszych i skuteczniejszych narzędzi budowania
wizerunku kraju niż promowanie jego kultury. Koszt dotarcia
do potencjalnego zainteresowanego utrzymuje się na poziomie
kilku centów. I proszę zauważyć jeszcze, kim jest ten potencjalny
odbiorca komunikatu? Przecież to są konsumenci kultury wysokiej,
czyli najbardziej opiniotwórcza i wpływowa grupa w każdym
społeczeństwie. Książki same pojawią się w księgarniach, jeśli
ta grupa zacznie o nie pytać. To wymaga czasu i pieniędzy,
ale ten proces już się zaczął.
- Co zadecydowało o tym, że wygrał Pan konkurs na stanowisko
dyrektora Instytutu? Czy pomocne tu były doświadczenia z Los
Angeles, gdzie był Pan konsulem do spraw kultury?
- To jest pytanie do komisji konkursowej, która w regulaminowym
czasie wyłoniła innego kandydata, a dopiero po kilku faulach
i dogrywce odkryła, że na ławce rezerwowych jest jeszcze jeden
zawodnik. To osobna historia, ale nie na wywiad. Na stanowisko
konsula w LA też stawałem do konkursu i zdawałem egzamin konsularny.
Najtrudniejszy egzamin od matury z matematyki...
- Z wykształcenia jest Pan...
- Magistrem filozofii.
- Filozof w dyplomacji to raczej nieczęsty przypadek.
- W dyplomacji kulturalnej to się chyba sprawdza. Żeby dobrze
wykonywać ten zawód, potrzebna jest przede wszystkim bezgraniczna
wiara w sens kultury jako formy komunikacji, a ja głęboko
wierzę, że w kulturze jesteśmy mocarstwem średniej wielkości
i że kultura jest jednym z niewielu polskich produktów prawdziwie
światowej klasy.
- W latach 80. prowadził Pan podziemne wydawnictwo, za
co Pana aresztowano.
- Była to działająca w Warszawie Studencka Oficyna Literatów
i Dysydentów, w skrócie SOLID. Kiedy słabnąca komuna postanowiła
"uwolnić inicjatywę gospodarczą" i ówczesny minister Wilczek
ogłosił, że co nie jest zabronione - jest dozwolone, zarejestrowałem
wydawnictwo Zebra. Pierwszym tytułem, jaki wydałem "na powierzchni",
była książka Andrzeja Wajdy Powtórka z całości. To
był dopiero 88 rok i musiałem oczywiście nosić maszynopis
do cenzury i wojować z jej ingerencjami.
- Jest Pan także literatem. Czytałem Pana opowiadania w "Tygodniku
Powszechnym" i "Rzeczpospolitej".
- To jeszcze nie literatura, to dopiero parę opowiadań. Resztą
zajmę się na emeryturze.
- Nie wypytuję o szczegóły, żeby nie zapeszyć. Dziękuję
za rozmowę.
|