Czytając zdjęcia
Z Jagodą Przybylak rozmawia Czesław Karkowski (część I)
Każdemu
się wydaje, że jak już przyjechał do tak wyjątkowego miasta
jak Nowy Jork - mówi Jagoda Przybylak - to chwyci za aparat
fotograficzny i zacznie trzaskać zdjęcia. Bywa i tak, ale
nie w moim przypadku. Nowy Jork raczej mnie oszołomił, przytłoczył,
onieśmielił i odebrał ochotę do fotografowania. Chłonęłam
to miasto.
- Architekturę czy ludzi?
- Wszystko - mówi Jagoda Przybylak, z którą rozmawiam po
raz trzeci w jej mieszkaniu na Greenponcie. Na ścianie wisi
mapa Azji Środkowej z wyeksponowanym Kazachstanem. - Skończyłam
architekturę, pracowałam w tej dziedzinie dość krótko. Praca
była dość monotonna. Zaczęłam szukać nowych możliwości: ognisko
plastyczne, kursy reklamy, nowe środowisko. I tak zawędrowałam
do pracowni wydawniczej w biurze konstrukcyjnym. Tu opanowałam
technikę fotograficzną. Kręciłam się więc wśród artystów fotografików.
Zamarzyłam, aby się dostać do Związku Polskich Artystów Fotografików,
co nie było łatwe.
- A po co się trzeba było dostawać ZPAP-u?
- Żeby być "artystą". Bo "artysta" miał zapewnioną pracę
i przydział na własną pracownię. Udało mi się ją zdobyć na
Starym Mieście w Warszawie.
Jako niezależna już "artystka" z innym artystą, Januszem
Bąkowskim, pod okiem naszego mistrza Zbigniewa Dłubaka robiliśmy
prace zlecone dla instytucji, w tym na przykład dla banku,
który zlecił nam wykonanie plakatu ze zdjęciem złotej monety
wprost z mennicy. Cały czas towarzyszył nam strażnik z karabinem
i nie spuszczał nas z oka.Takie były czasy.
Staraliśmy się, aby nasze zdjęcia były jak najciekawsze i
ceniono nas za to. Co z tego, kiedy wszystkie fotografie -
pomysłowe i standardowe - nagradzano jednakowo i nie płacono
za wydatki ekstra. A przy tym nie zaspokajało to naszych ambicji
twórczych. Nadszedł czas na dalsze poszukiwania, spotkania
z artystami, żarliwe dyskusje o sztuce i udział w wystawach,
tak ważnych jak "Fotografia polska 1839-1979" w International
Center of Photography w Nowym Jorku, w muzeum w Chicago i
w Londynie.
Szczególnie interesowały mnie zdjęcia reporterskie. Obserwowałam
ludzi w wielkich zbiorowiskach, lecz także sprawdzałam możliwości
kamery, robiąc wielką liczbę zdjęć tego samego przedmiotu.
Powstała z tego wystawa "100 x siatka", dowodząca nieograniczonych
wprost możliwości obrazowania danego obiektu.
Robiłam fotoreportaże dla Poznaj Świat, typowo krajoznawczego
pisma; miałam kontakty z podróżnikami (sama trochę jeździłam)
i dla Ty i ja - magazynu robionego niezmiernie starannie
od strony plastycznej. Założył je Roman Juryś z Trybuny
Ludu, gorący komunista od przedwojennych czasów, co oczywiście
przysporzyło mu kłopotów z władzami PRL. Żywot tego pisma
był krótki. Wcześniej jednak usunięto Jurysia z redakcji oraz
zwolniono jego żonę, która także pracowała dla Ty i ja.
Juryś z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru mawiał
wtedy: "Ale ja mam jeszcze psa...".
- Jak sobie Pani tutaj poradziła?
- Nigdy nie myślałam, żeby w Ameryce przebić się przez mur
konkurencji i robić zdjęcia reklamowe. Tu, gdzie jest tylu
wspaniałych fachowców i gdzie przede wszystkim kwitnie fotografia
komercyjna.
- Więc jak się Pani odnalazła jako artystka?
- Zaczęłam od tego, że ściągnęłam swoje prace z Polski i
wystawiałam je głównie na uniwersytetach - Temple, w Filadelfii,
na Columbii w Nowym Jorku, w St. Norbert College w Wisconsin.
Najważniejsza okazała się wystawa w New York Institute of
Technology, ponieważ zaowocowała propozycją zajęć na wydziale
sztuki. Miałam uczyć fotografii na wyższych latach studiów.
Zaczynałam z duszą na ramieniu i przez 11 lat zarażałam studentów
swoją fotograficzną pasją.
- A Pani własna twórczość?
- Wiele obrazów Nowego Jorku jest wprost nie do uchwycenia,
bo miasto wprost zadławia mnie ilością wrażeń, których nie
można zanotować...
- Zanotować? Aparatem fotograficznym?
- Tak. Jeśli mogę nawiązać kontakt z przypadkowym modelem,
chcę to utrwalić. Kiedyś, na przykład, na północnym krańcu
Central Parku usiadłam na ławce obok stylowej damy. "Pięknie
tu - zagadnęłam. - Dotąd znałam tylko front parku". Na to
patriotka Harlemu z oburzeniem: "Jak to front?! Tutaj jest
właśnie front!".
Robię więc notatki, wyławiam ludzi z tłumu na plaży, w parku,
na Piątej Alei i to jest mój prywatny zapis, a nie dokumentacja
miasta.
- I co z tych notatek wynika?
- Jakby na przekór współczesnym tendencjom, coraz większa
rodziła się we mnie tęsknota za prawdziwą, szczerą fotografią,
taką, jaką robili nasi dziadkowie. Zaczęłam trochę kolekcjonować
stare zdjęcia grupowe, pamiątkowe. Zajęłam się "wyciąganiem"
ludzi z tych już gotowych zdjęć. Na przykład, znalazłam zdjęcie
z Wieliczki z 1921 r. Po odzyskaniu niepodległości było to
dla Polaków modne miejsce wycieczek. Zaczęłam zastanawiać
się, jak ci uwiecznieni ludzie tam się znaleźli, co czuli
i myśleli, w jaki sposób oglądali to zdjęcie, jak się nim
cieszyli. Podzieliłam więc tę fotografię na równe części i
każdą osobno powiększyłam. Zaczęłam szukać powiązań między
przedstawionymi ludźmi. Z tego powstała cała wystawa.
Po latach oglądania zaczęłam nawet pisać teksty do tych fotografii.
Wszyscy pozują wpatrzeni w obiektyw, a tylko w jednym miejscu
powstało małe zamieszanie - jedna osoba akurat przechodziła
z miejsca na miejsce; napisałam: "Po co przeszła właśnie teraz!
Zamazała siebie i mnie. Widać tylko mój kapelusz, jedno ucho
i wąs. Prawie mnie nie ma, a przecież byłem". Bliższe przyjrzenie
się fotografii ujawnia nie tylko ruch, zamieszanie wywołane
całą sytuacją, powiązania między portretowanymi ludźmi, a
także i skryte emocje: moment ów był dla kogoś bardzo ważny
i pech - został zamazany. Miał szansę zaistnieć, a nie zaistniał,
nie przeszedł do historii.
Dla mnie ważny był jeszcze mały chłopiec. Wszyscy siedzą
tak normalnie, grzecznie, ale on jest wyraźnie zażenowany,
więc napisałam: "Kazali nie ruszać się, wbić oczy w czarne
pudło, jakby z tego pudła mieli strzelać. A ja się nie dam.
Ani im, ani tobie".
Później inne zdjęcia - z demonstracji w 1905 r. na Krakowskim
Przedmieściu. Idzie olbrzymi pochód, ludzie niosą sztandary,
są skupieni, wszystkie oblicza są wyraźnie widoczne. Nie ma
tu kobiet ani dzieci. Wybrałam najlepiej widoczne twarze i
najbardziej charakterystyczne, żeby je wyciągnąć z tłumu,
pokazać jakąś ich niesłychaną energię, chciałam, żeby je zapamiętano.
Demonstracja to anonimowy tłum. Na zdjęciu widać twarze jak
kropeczki, ale ci ludzie przecież wciąż żyją, mają duszę.
Chciałam się więc jak najbardziej do nich zbliżyć, wyłowić
najciekawsze twarze, powiększyć, pokazać jako indywidualne
osoby.
- Taki fotoreportaż z przeszłości...
- Nie tylko z dawnych czasów. Na plenerze w Osiekach, pod
pretekstem, iż chcę zrobić pamiątkowe zdjęcie artystom, ustawiłam
całą grupę, po naciśnięciu spustu migawki powiedziałam "dziękuję",
ludzie zaczęli się rozchodzić, ale aparat dalej robił zdjęcia.
Zaczęły powstawać grupki, a Henryk Stażewski, dla mnie postać
najważniejsza, został zupełnie osamotniony. Uważam, iż powstał
w ten sposób lepszy jego wizerunek, niż portrety robione w
jego pracowni, gdzie zawsze było tłumnie. Goście chcieli czegoś
od niego, a Henio (jak go popularnie nazywano) siedział, fajkę
popalał, ale właściwie był zawsze bardzo samotny wśród tego
tłumu.
Z pozoru jest to zdjęcie przedstawiające Stażewskiego wśród
grupy ludzi i wszyscy tak je będą widzieć, zmyleni osobami
wokół niego. Kiedy się jednak wytrze te postaci, to widać,
że tkwi w tym jeszcze mocniejszy efekt - człowiek w świecie
duchów. Stażewski to jedyna istota naprawdę w widmowym świecie
pozorów, ułudy. Na granicy niebytu trzyma się istnienia. Jest.
Stażewski był w istocie szalenie samotny. To banał: samotność
artysty w tłumie, gdy się o tym mówi. Ale pokazać tę sytuację,
to właśnie sztuka.
Technika wymazywania innych postaci na fotografii doskonale
wychwytuje samotność w tłumie albo indywidualność osoby. Na
zatłoczonej plaży rodzina zupełnie ginie, jest zgoła niezauważalna;
po zamazaniu wszystkich pozostałych osób osiąga się pożądany
efekt. Wtedy ta rodzina jakby krzyczy do nas: "Przecież jesteśmy,
istniejemy tutaj!". Czasami ludzie nawet wymachują ręką lub
chusteczką, by ich zauważyć, by się wyodrębnić.
Aparat fotograficzny chwyta znacznie więcej, niż zdołamy
zobaczyć. Tak jak na zdjęciu przedstawiającym ładną dziewczynę
na plaży, którą zainteresował się młody człowiek. Na "normalnej"
fotografii tego nie widzimy, oni giną w tłumie. Dopiero przez
wydobycie ich widzimy, ile sensów, ile znaczeń zawiera każda
najzwyklejsza nawet fotografia. Tylko trzeba umieć na nią
patrzeć. Przez te swoje eksperymenty wydobywam to, co w nich
jest już zawarte, tylko jakby utajnione.
- Czyli weszła Pani na "drugie piętro" swojej sztuki -
fotografii z fotografii, a nie z rzeczywistości.
- Ale nadal pytam o rzeczywistość, tylko szukam odpowiedzi
na nią w gotowych już, dawno zrobionych i często lekceważonych
zdjęciach. W reakcjach ludzi na kamerę, kiedy mają świadomość,
że zostają uwiecznieni. Niekiedy oglądając takie zdjęcia mam
wrażenie, jakby anioł przeleciał nad grupą i zamachał nad
nią skrzydłami.
- Tkwi w nich jakaś tajemnica?
- Człowiek wygląda zupełnie inaczej, gdy jest sam, odmiennie
w parze, jeszcze inaczej w trójkę, w czwórkę itp.
Poświęciłam temu jedną z wystaw, gdzie zaprezentowałam powiększone
twarze dzieci. Wzięłam je ze zdjęcia szkolnego zrobionego
w Charbinie. Dopisałam do niego tekst, że mróz, że sople,
że śnieg, że rączki schowane, bo zimno. Na pewno kazano im
siedzieć przez chwilę nieruchomo, ale kilkoro dzieci zdobyło
się nawet na uśmiech. Ale nie w pierwszym rzędzie. Tutaj siedzą
niezwykle odpowiedzialne.
Nie dokonuję żadnych manipulacji, jedynie czasem wymazuję
tło po to, by usunąć elementy, które mogłyby współdominować
na moich powiększeniach. Tymczasem chcę przede wszystkim wydobyć
z nich ludzi, ich niepowtarzalny charakter.
Jak na tym zdjęciu ludzi na plaży. Panuje na niej taki tłok,
że mamy do czynienia z kłębowiskiem ciał. Jak się jednak dobrze
zdjęciu przypatrzeć, można dostrzec relacje między osobami,
nieraz nawet dość oddalonymi od siebie. Jak się więc wymaże
ów tłum, wydobędzie się na jaw i wyeksponuje związek, jaki
istnieje, albo tylko zawiązał się między młodym człowiekiem
a piękną dziewczyną.
Na innym zdjęciu, z pozoru niesamowicie nudnym, jakaś grupka
absolwentów technikum z uroczystymi minami, w garniturach,
zrobiła sobie zdjęcie. Byli przejęci, bo właśnie otrzymali
dyplom. Przez zwykłe wykadrowanie pokazałam tylko ich nogi
- w jednakim rozkroku, w jednakim czarnym obuwiu, w niemal
identycznych, ciemnych, mocno zaprasowanych spodniach. Wszyscy
trzymają tak samo ręce z przodu, w "urzędniczym" stylu, bo
oto przecież ci młodzi ludzie przechodzą z poziomu robotników
do kadry zarządzającej. I już nabierają kulturowej pozy związanej
z tym podwyższonym statusem. Chciałam podkreślić element "urawniłowki",
jaki kryje się za procesem społecznym. Twarze są różne, ale
reszta - identyczna.
Analiza zdjęć wzbogaca nasze życie. Ciągle chcemy czegoś
nowego, zapatrzeni w przyszłość pozostawiamy za sobą, wręcz
odrzucamy przeszłość. Tymczasem zawiera ona tyle tajemnic,
tyle się z niej zachowało. Można się z niej wiele dowiedzieć.
O sobie, o świecie, o ludziach. Nie chcę już utrwalać rzeczywistości.
Zarejestrowano z niej już dostatecznie dużo i właśnie sam
ów proces utrwalania powoduje, że przestaliśmy patrzeć, zauważać,
dostrzegać. Dążymy ciągle do czegoś nowego, tymczasem trzeba
wrócić i przyjrzeć się temu, co zostało zachowane.
Dokończenie
|