PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 27 maja 2005


Czytając zdjęcia

Z Jagodą Przybylak rozmawia Czesław Karkowski (część I)

Każdemu się wydaje, że jak już przyjechał do tak wyjątkowego miasta jak Nowy Jork - mówi Jagoda Przybylak - to chwyci za aparat fotograficzny i zacznie trzaskać zdjęcia. Bywa i tak, ale nie w moim przypadku. Nowy Jork raczej mnie oszołomił, przytłoczył, onieśmielił i odebrał ochotę do fotografowania. Chłonęłam to miasto.

- Architekturę czy ludzi?

- Wszystko - mówi Jagoda Przybylak, z którą rozmawiam po raz trzeci w jej mieszkaniu na Greenponcie. Na ścianie wisi mapa Azji Środkowej z wyeksponowanym Kazachstanem. - Skończyłam architekturę, pracowałam w tej dziedzinie dość krótko. Praca była dość monotonna. Zaczęłam szukać nowych możliwości: ognisko plastyczne, kursy reklamy, nowe środowisko. I tak zawędrowałam do pracowni wydawniczej w biurze konstrukcyjnym. Tu opanowałam technikę fotograficzną. Kręciłam się więc wśród artystów fotografików. Zamarzyłam, aby się dostać do Związku Polskich Artystów Fotografików, co nie było łatwe.

- A po co się trzeba było dostawać ZPAP-u?

- Żeby być "artystą". Bo "artysta" miał zapewnioną pracę i przydział na własną pracownię. Udało mi się ją zdobyć na Starym Mieście w Warszawie.

Jako niezależna już "artystka" z innym artystą, Januszem Bąkowskim, pod okiem naszego mistrza Zbigniewa Dłubaka robiliśmy prace zlecone dla instytucji, w tym na przykład dla banku, który zlecił nam wykonanie plakatu ze zdjęciem złotej monety wprost z mennicy. Cały czas towarzyszył nam strażnik z karabinem i nie spuszczał nas z oka.Takie były czasy.

Staraliśmy się, aby nasze zdjęcia były jak najciekawsze i ceniono nas za to. Co z tego, kiedy wszystkie fotografie - pomysłowe i standardowe - nagradzano jednakowo i nie płacono za wydatki ekstra. A przy tym nie zaspokajało to naszych ambicji twórczych. Nadszedł czas na dalsze poszukiwania, spotkania z artystami, żarliwe dyskusje o sztuce i udział w wystawach, tak ważnych jak "Fotografia polska 1839-1979" w International Center of Photography w Nowym Jorku, w muzeum w Chicago i w Londynie.

Szczególnie interesowały mnie zdjęcia reporterskie. Obserwowałam ludzi w wielkich zbiorowiskach, lecz także sprawdzałam możliwości kamery, robiąc wielką liczbę zdjęć tego samego przedmiotu. Powstała z tego wystawa "100 x siatka", dowodząca nieograniczonych wprost możliwości obrazowania danego obiektu.

Robiłam fotoreportaże dla Poznaj Świat, typowo krajoznawczego pisma; miałam kontakty z podróżnikami (sama trochę jeździłam) i dla Ty i ja - magazynu robionego niezmiernie starannie od strony plastycznej. Założył je Roman Juryś z Trybuny Ludu, gorący komunista od przedwojennych czasów, co oczywiście przysporzyło mu kłopotów z władzami PRL. Żywot tego pisma był krótki. Wcześniej jednak usunięto Jurysia z redakcji oraz zwolniono jego żonę, która także pracowała dla Ty i ja. Juryś z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru mawiał wtedy: "Ale ja mam jeszcze psa...".

- Jak sobie Pani tutaj poradziła?

- Nigdy nie myślałam, żeby w Ameryce przebić się przez mur konkurencji i robić zdjęcia reklamowe. Tu, gdzie jest tylu wspaniałych fachowców i gdzie przede wszystkim kwitnie fotografia komercyjna.

- Więc jak się Pani odnalazła jako artystka?

- Zaczęłam od tego, że ściągnęłam swoje prace z Polski i wystawiałam je głównie na uniwersytetach - Temple, w Filadelfii, na Columbii w Nowym Jorku, w St. Norbert College w Wisconsin. Najważniejsza okazała się wystawa w New York Institute of Technology, ponieważ zaowocowała propozycją zajęć na wydziale sztuki. Miałam uczyć fotografii na wyższych latach studiów. Zaczynałam z duszą na ramieniu i przez 11 lat zarażałam studentów swoją fotograficzną pasją.

- A Pani własna twórczość?

- Wiele obrazów Nowego Jorku jest wprost nie do uchwycenia, bo miasto wprost zadławia mnie ilością wrażeń, których nie można zanotować...

- Zanotować? Aparatem fotograficznym?

- Tak. Jeśli mogę nawiązać kontakt z przypadkowym modelem, chcę to utrwalić. Kiedyś, na przykład, na północnym krańcu Central Parku usiadłam na ławce obok stylowej damy. "Pięknie tu - zagadnęłam. - Dotąd znałam tylko front parku". Na to patriotka Harlemu z oburzeniem: "Jak to front?! Tutaj jest właśnie front!".

Robię więc notatki, wyławiam ludzi z tłumu na plaży, w parku, na Piątej Alei i to jest mój prywatny zapis, a nie dokumentacja miasta.

- I co z tych notatek wynika?

- Jakby na przekór współczesnym tendencjom, coraz większa rodziła się we mnie tęsknota za prawdziwą, szczerą fotografią, taką, jaką robili nasi dziadkowie. Zaczęłam trochę kolekcjonować stare zdjęcia grupowe, pamiątkowe. Zajęłam się "wyciąganiem" ludzi z tych już gotowych zdjęć. Na przykład, znalazłam zdjęcie z Wieliczki z 1921 r. Po odzyskaniu niepodległości było to dla Polaków modne miejsce wycieczek. Zaczęłam zastanawiać się, jak ci uwiecznieni ludzie tam się znaleźli, co czuli i myśleli, w jaki sposób oglądali to zdjęcie, jak się nim cieszyli. Podzieliłam więc tę fotografię na równe części i każdą osobno powiększyłam. Zaczęłam szukać powiązań między przedstawionymi ludźmi. Z tego powstała cała wystawa.

Po latach oglądania zaczęłam nawet pisać teksty do tych fotografii. Wszyscy pozują wpatrzeni w obiektyw, a tylko w jednym miejscu powstało małe zamieszanie - jedna osoba akurat przechodziła z miejsca na miejsce; napisałam: "Po co przeszła właśnie teraz! Zamazała siebie i mnie. Widać tylko mój kapelusz, jedno ucho i wąs. Prawie mnie nie ma, a przecież byłem". Bliższe przyjrzenie się fotografii ujawnia nie tylko ruch, zamieszanie wywołane całą sytuacją, powiązania między portretowanymi ludźmi, a także i skryte emocje: moment ów był dla kogoś bardzo ważny i pech - został zamazany. Miał szansę zaistnieć, a nie zaistniał, nie przeszedł do historii.

Dla mnie ważny był jeszcze mały chłopiec. Wszyscy siedzą tak normalnie, grzecznie, ale on jest wyraźnie zażenowany, więc napisałam: "Kazali nie ruszać się, wbić oczy w czarne pudło, jakby z tego pudła mieli strzelać. A ja się nie dam. Ani im, ani tobie".

Później inne zdjęcia - z demonstracji w 1905 r. na Krakowskim Przedmieściu. Idzie olbrzymi pochód, ludzie niosą sztandary, są skupieni, wszystkie oblicza są wyraźnie widoczne. Nie ma tu kobiet ani dzieci. Wybrałam najlepiej widoczne twarze i najbardziej charakterystyczne, żeby je wyciągnąć z tłumu, pokazać jakąś ich niesłychaną energię, chciałam, żeby je zapamiętano.

Demonstracja to anonimowy tłum. Na zdjęciu widać twarze jak kropeczki, ale ci ludzie przecież wciąż żyją, mają duszę. Chciałam się więc jak najbardziej do nich zbliżyć, wyłowić najciekawsze twarze, powiększyć, pokazać jako indywidualne osoby.

- Taki fotoreportaż z przeszłości...

- Nie tylko z dawnych czasów. Na plenerze w Osiekach, pod pretekstem, iż chcę zrobić pamiątkowe zdjęcie artystom, ustawiłam całą grupę, po naciśnięciu spustu migawki powiedziałam "dziękuję", ludzie zaczęli się rozchodzić, ale aparat dalej robił zdjęcia. Zaczęły powstawać grupki, a Henryk Stażewski, dla mnie postać najważniejsza, został zupełnie osamotniony. Uważam, iż powstał w ten sposób lepszy jego wizerunek, niż portrety robione w jego pracowni, gdzie zawsze było tłumnie. Goście chcieli czegoś od niego, a Henio (jak go popularnie nazywano) siedział, fajkę popalał, ale właściwie był zawsze bardzo samotny wśród tego tłumu.

Z pozoru jest to zdjęcie przedstawiające Stażewskiego wśród grupy ludzi i wszyscy tak je będą widzieć, zmyleni osobami wokół niego. Kiedy się jednak wytrze te postaci, to widać, że tkwi w tym jeszcze mocniejszy efekt - człowiek w świecie duchów. Stażewski to jedyna istota naprawdę w widmowym świecie pozorów, ułudy. Na granicy niebytu trzyma się istnienia. Jest. Stażewski był w istocie szalenie samotny. To banał: samotność artysty w tłumie, gdy się o tym mówi. Ale pokazać tę sytuację, to właśnie sztuka.

Technika wymazywania innych postaci na fotografii doskonale wychwytuje samotność w tłumie albo indywidualność osoby. Na zatłoczonej plaży rodzina zupełnie ginie, jest zgoła niezauważalna; po zamazaniu wszystkich pozostałych osób osiąga się pożądany efekt. Wtedy ta rodzina jakby krzyczy do nas: "Przecież jesteśmy, istniejemy tutaj!". Czasami ludzie nawet wymachują ręką lub chusteczką, by ich zauważyć, by się wyodrębnić.

Aparat fotograficzny chwyta znacznie więcej, niż zdołamy zobaczyć. Tak jak na zdjęciu przedstawiającym ładną dziewczynę na plaży, którą zainteresował się młody człowiek. Na "normalnej" fotografii tego nie widzimy, oni giną w tłumie. Dopiero przez wydobycie ich widzimy, ile sensów, ile znaczeń zawiera każda najzwyklejsza nawet fotografia. Tylko trzeba umieć na nią patrzeć. Przez te swoje eksperymenty wydobywam to, co w nich jest już zawarte, tylko jakby utajnione.

- Czyli weszła Pani na "drugie piętro" swojej sztuki - fotografii z fotografii, a nie z rzeczywistości.

- Ale nadal pytam o rzeczywistość, tylko szukam odpowiedzi na nią w gotowych już, dawno zrobionych i często lekceważonych zdjęciach. W reakcjach ludzi na kamerę, kiedy mają świadomość, że zostają uwiecznieni. Niekiedy oglądając takie zdjęcia mam wrażenie, jakby anioł przeleciał nad grupą i zamachał nad nią skrzydłami.

- Tkwi w nich jakaś tajemnica?

- Człowiek wygląda zupełnie inaczej, gdy jest sam, odmiennie w parze, jeszcze inaczej w trójkę, w czwórkę itp.

Poświęciłam temu jedną z wystaw, gdzie zaprezentowałam powiększone twarze dzieci. Wzięłam je ze zdjęcia szkolnego zrobionego w Charbinie. Dopisałam do niego tekst, że mróz, że sople, że śnieg, że rączki schowane, bo zimno. Na pewno kazano im siedzieć przez chwilę nieruchomo, ale kilkoro dzieci zdobyło się nawet na uśmiech. Ale nie w pierwszym rzędzie. Tutaj siedzą niezwykle odpowiedzialne.

Nie dokonuję żadnych manipulacji, jedynie czasem wymazuję tło po to, by usunąć elementy, które mogłyby współdominować na moich powiększeniach. Tymczasem chcę przede wszystkim wydobyć z nich ludzi, ich niepowtarzalny charakter.

Jak na tym zdjęciu ludzi na plaży. Panuje na niej taki tłok, że mamy do czynienia z kłębowiskiem ciał. Jak się jednak dobrze zdjęciu przypatrzeć, można dostrzec relacje między osobami, nieraz nawet dość oddalonymi od siebie. Jak się więc wymaże ów tłum, wydobędzie się na jaw i wyeksponuje związek, jaki istnieje, albo tylko zawiązał się między młodym człowiekiem a piękną dziewczyną.

Na innym zdjęciu, z pozoru niesamowicie nudnym, jakaś grupka absolwentów technikum z uroczystymi minami, w garniturach, zrobiła sobie zdjęcie. Byli przejęci, bo właśnie otrzymali dyplom. Przez zwykłe wykadrowanie pokazałam tylko ich nogi - w jednakim rozkroku, w jednakim czarnym obuwiu, w niemal identycznych, ciemnych, mocno zaprasowanych spodniach. Wszyscy trzymają tak samo ręce z przodu, w "urzędniczym" stylu, bo oto przecież ci młodzi ludzie przechodzą z poziomu robotników do kadry zarządzającej. I już nabierają kulturowej pozy związanej z tym podwyższonym statusem. Chciałam podkreślić element "urawniłowki", jaki kryje się za procesem społecznym. Twarze są różne, ale reszta - identyczna.

Analiza zdjęć wzbogaca nasze życie. Ciągle chcemy czegoś nowego, zapatrzeni w przyszłość pozostawiamy za sobą, wręcz odrzucamy przeszłość. Tymczasem zawiera ona tyle tajemnic, tyle się z niej zachowało. Można się z niej wiele dowiedzieć. O sobie, o świecie, o ludziach. Nie chcę już utrwalać rzeczywistości. Zarejestrowano z niej już dostatecznie dużo i właśnie sam ów proces utrwalania powoduje, że przestaliśmy patrzeć, zauważać, dostrzegać. Dążymy ciągle do czegoś nowego, tymczasem trzeba wrócić i przyjrzeć się temu, co zostało zachowane.

Dokończenie


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail