TADEUSZ STYCZEŃ, SDS
18 maja minęła 85. rocznica urodzin Karola Wojtyły
Tajemnica pontyfikatu
Jana Pawła II
Na
pytanie, kim właściwie jest Jan Paweł II? autor jednej z pierwszych
książek o Papieżu Janie Pawle II, Juan Arias (L'Enigma
Wojtyla, Borla, Roma 1986 r.), udzielił osobliwej odpowiedzi:
"Papa-enigma", Papież-zagadka.
Odpowiedź ta zaskakuje, ponieważ oznacza rezygnację z próby
jej udzielenia. Może oznaczać także chęć wycofania odpowiedzi
udzielonej już wcześniej, jako udzielonej przedwcześnie, ujawniając
narastanie krytycznego dystansu wobec początkowej spontanicznej
akceptacji jako wyrazu nie dość krytycznej egzaltacji. Może
ona jednak oznaczać również chęć wstrzymania się w ogóle -
lub przynajmniej do pewnego czasu - z próbą jej udzielenia.
Ale może w końcu oznaczać przecież coś, co - odsłaniając się
naszemu spojrzeniu - rozbudza w nas coraz głębszą potrzebę
poznania, wyzwalając dalsze pytania...
Panowie! On był tajemnicą
Znam i głęboko cenię kapłana, który ściśle współpracował
z biskupem Karolem Wojtyłą, potem arcybiskupem i kardynałem.
Współpracował z nim od początku w jego krakowskiej kurii metropolitalnej
aż do dnia wyboru na papieża. Gdy nazajutrz po pamiętnej dacie
16 października 1978 roku kurię obległa rzesza dziennikarzy
z całego świata, zaciekawionych osobą nowo wybranego papieża,
Ojca Świętego Jana Pawła II, kapłan ten poczuł się głęboko
zakłopotany. Gdy bowiem niektórzy z bliskich mu współpracowników
mieli gotowe odpowiedzi na zadawane im przez dziennikarzy
pytania, jemu wydawała się najbliższa prawdy odpowiedź, która
mogła wielu spośród pytających zaskoczyć, a nawet rozczarować:
"Panowie! On był dla mnie tajemnicą".
Nie byłem tam wówczas, a przecież widzę dotąd oczyma wyobraźni
autora tych słów. Widzę zwłaszcza jego spokojne, badawcze
oczy, wpatrzone w głąb swego rozmówcy. Widzę go, jak z tej
nieprzeniknionej dla siebie głębi starał się z trudem - i
w poczuciu odpowiedzialności za wypowiadane słowo - wydobyć
to wszystko, na co było go wówczas stać, a co tak zwięźle
wysłowił: "On był dla mnie tajemnicą". Zauważmy, że wypowiedź
ta nie musi być wcale aż tak bardzo odległa od odpowiedzi
autora wspomnianej wyżej książki L'Enigma Wojtyla.
Czy zresztą każdy z nas także nie stwierdza raz po raz o
samym sobie, że stanowi sam dla siebie zagadkę, że bywa niekiedy
samym sobą zaskoczony? Czasami in plus, czasami in minus.
Co więcej, czy nie czuje, że nigdy sam nie jest do końca pewny
siebie w stosunku do... samego siebie? Tego prawdziwego siebie,
tego siebie, którego raz odkrywszy - olśniony blaskiem prawdy
o sobie - miałby moc zawsze potem potwierdzać i ocalać swymi
wolnymi decyzjami, wyborami...
Jakiej mocy potrzeba?
Rzecz godna zwrócenia uwagi. Sobór Watykański II, którego
jednym z głównych architektów był kardynał Karol Wojtyła,
głosi w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym
Gaudium et spes: "Tajemnica człowieka wyjaśnia się
naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa wcielonego" (nr 22). A
więc i tu pojawia się to słowo "tajemnica". Jakiej sprawy
w człowieku ono dotyczy? Czy nie znalazło się tam ono za sprawą
kardynała z Krakowa, co oczywiście wcale nie wyklucza istotnego
w tym udziału samego Ducha Świętego? Karol Wojtyła, który
wyrazi swe zdumienie nad wielkością człowieka językiem poezji:
"Szczytem był każdy człowiek [...] i każdy nim jest", nie
zapomni przecież nigdy widoku dymów nad Auschwitz i Birkenau.
A dymy te to nad wyraz diagnostyczna miara upadku kogoś, kto
sam dokonuje wyboru stoczenia się w przepaść ze "szczytu,
którym jest". Per opposita cognoscitur! Młody Karol
Wojtyła niejeden raz zapewne wpatrywał się bezradnie w to
zorganizowane ludziom przez ludzi widowisko symbiozy bestialstwa
z bohaterstwem. Wpatrywał się w tę tragedię człowieczeństwa
w człowieku już jako aktor zakonspirowanego Teatru Rapsodycznego
oraz student podziemnego Wydziału Teologii Uniwersytetu Jagiellońskiego
w Krakowie. Patrzył dręczony już wtedy pytaniem, jakiej mocy
by trzeba użyć i jaka by wystarczyła, aby tę przemoc przezwyciężyć?
Czy mocą tą może być również przemoc, skoro jej użycie niszczy
nie tylko tego, przeciwko komu jest skierowana, lecz uderza
przede wszystkim i najgłębiej - bo moralnie samobójczo! -
w tego, kto zdecydował się nią posłużyć? "Szczęśliwsza jest
ofiara mordu od swego mordercy" - powiedział już Sokrates.
I dodał: "Ofiara przestaje żyć, złoczyńca zaś sam siebie skazuje
na współżycie ze złoczyńcą w samym sobie przez resztę swego
życia".
Oto dlaczego doświadczenia i przeżycia owego czasu przemocy
staną się już wtedy głównym tematem refleksji Karola Wojtyły
nad sposobami ocalenia godności ludzkiej osoby; one też przygotują
jego rychłe, fundamentalne decyzje życiowe. Poprzez pasję,
z jaką wnika w zagadkę człowieka, staje się dla wielu - sam
wciąż jeszcze tak bardzo młody - coraz bardziej nieprzenikniony,
zagadkowy, tajemniczy. Czy nie dlatego rozstanie się wnet
ze sceną, czy nie dlatego z czasem rzuci nawet pióro poety,
wkraczając na drogę podobną do drogi bohatera dramatu Brat
naszego Boga? I czy w końcu nie uczyni tego wszystkiego
tylko dlatego, aby być możliwie najbliżej centrum tajemniczego
wydarzenia, mocą którego sam Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus,
wchodzi równie dyskretnie, co nieustępliwie w dzieje wolności
każdego człowieka na ten świat przychodzącego (por. 1 J, 9),
aby mu pomóc odkryć do końca swą niezwykłą godność i pomóc
mu ją ocalić poprzez niezwykłą cenę, jaką zapłaci za jej ocalenie?
Na sposób ocalenia człowieka Bóg-Człowiek wybiera bowiem czyn
stanowiący wśród tajemnic tajemnicę bodaj najtrudniejszą do
rozszyfrowania. Pascal, jeden z najgłębszych myślicieli chrześcijańskich,
użył na określenie tego czynu nazwy: "szaleństwo krzyża",
jakby nie dowierzając, iżby rzeczywiście był potrzebny aż
tak wielki okup ze strony Boga-Człowieka za ocalenie godności
człowieka. Kościół będzie jednak - wraz ze św. Pawłem - od
samego początku za ten okup, "głupstwem krzyża" przez świat
nazwany, Bogu dziękować i wszelką z nim wiązać nadzieję: Ave
crux, spes unica!
Przedziwny związek
Mądrość nabożnego ludu skupi naszą uwagę głównie na spokoju,
z jakim w słowa pieśni wielkopostnej wrazi i wyrazi w nich
swą pewność, wieszcząc, iż nie upadnie z boleści sercu zadanej
ten, kto krzyż odgadnie. Jakby chciała ufnie uwydatnić, że
skoro sam Bóg wybrał krzyż dla rozwiązania problemu zła w
człowieku, sam też zapewne postara się także o to, by człowiek
mógł zobaczyć nierozłączalną więź między cierpieniem Boga
a szansą własnego ocalenia. Istotnie, poznając sercem, lud
nabożny dostrzega, w Kim wyłącznie może złożyć swą nadzieję.
Dlatego dając wyraz temu, co wieści pieśnią, przede wszystkim
dziękuje Chrystusowi, że wszystko to, co zapowiedział: "Gdy
wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że ´Ja
jestemª" (J 8, 28) - wypełnił, cierpiąc dla nas "posłuszny
Ojcu aż do śmierci", aż po zwycięskie: "Wykonało się!" (J
19, 30). W ten sposób związek pomiędzy grzechem człowieka
a "przepaścią męki" Boga oraz Jego wolą pokonania zła wyłącznie
miłosierdziem staje się oczywisty. A cruce regnat Deus.
Dlaczegóż to bowiem Chrystus nie zstąpił z krzyża, prowokowany
do tego szyderczym wyzwaniem: "niechże teraz zejdzie z krzyża,
uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli
Go miłuje. Przecież powiedział: ´Jestem Synem Bożymª"
(Mt 27, 42-43)? Czy nie mógł tego uczynić? Mógł! Dlaczego
z tego zrezygnował? Czy nie dlatego, iż w ten tylko sposób
było możliwe Jego ostateczne: "Wykonało się!" - wobec woli
zbawczej Jego Ojca i wobec potrzeby najpilniejszej ze wszystkich
potrzeb Jego dziecka, człowieka?
Może więc tu także należy szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego
Jan Paweł II tak uporczywie trzymał się krzyża? Mówią jedni:
On wiedział, Kogo trzymał. Mówią drudzy: On wiedział, Kto
go trzymał. Czy nie jest tak, że jedni i drudzy dopiero łącznie
dotykają sedna sprawy?
W tym znaku zwyciężysz!
Stosunek do krzyża przyciągał w każdym razie i skupiał na
sobie uwagę wszystkich od samego początku jego pontyfikatu.
Gdy Ojciec Święty w czasie swej pierwszej drogi krzyżowej
w Rzymie umocował niesiony przez siebie z Koloseum krzyż na
pobliskim Wzgórzu Palatyńskim - było to w ów niezapomniany,
gwieździsty wieczór Wielkiego Piątku 13 kwietnia 1979 roku
- i wygłosił z jego wzniesienia przemówienie do ludu, kończąc
je słowami: Stat Crux, dum volvitur orbis! (Pośród
świata, który się zmienia, stoi krzyż!), ktoś z tłumu zawołał
donośnym głosem, przerywając nagle niezwykłą ciszę, jaka wokół
zaległa: Santo Padre! In hoc signo vinces! ("Ojcze
Święty! W tym znaku zwyciężysz!"). Okrzyk ten wyzwolił natychmiast
burzliwą, długo, bardzo długo niemilknącą owację wiernych.
A Jan Paweł II stał nadal przez cały ten czas nieruchomy,
jakby zastygły w milczącej adoracji znaku zbawienia świata.
Czy nie współadorował on, wraz z Synem Bożym przybitym do
krzyża, Boga Ojca w Jego akcie miłości "posłusznej aż do śmierci",
uczestnicząc w Chrystusowym: "Wykonało się!"? Ale czy również
i w reakcji ludu na słowo i gest Papieża nie wyczuwało się
najwyraźniej żywego współuczestnictwa w akcie jego adoracji
Boga Ojca przez Syna Bożego na krzyżu?
Lecz krzyż bywa - jak wiadomo - również "znakiem, któremu
sprzeciwiać się będą" (Łk 2, 34). Skądże wzięła się pełna
wyrzutu skarga, którą lud nabożny - na swoją chwałę! - włożył
samokrytycznie w usta Chrystusowi: Popule meus, quid feci
tibi?, "Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił, w czymem zasmucił
albo w czym zawinił?".
Wydaje się, że już tu dotykamy sedna tajemnicy pontyfikatu
Jana Pawła II.
|