PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 20 maja 2005


TADEUSZ STYCZEŃ, SDS

18 maja minęła 85. rocznica urodzin Karola Wojtyły

Tajemnica pontyfikatu
Jana Pawła II

Na pytanie, kim właściwie jest Jan Paweł II? autor jednej z pierwszych książek o Papieżu Janie Pawle II, Juan Arias (L'Enigma Wojtyla, Borla, Roma 1986 r.), udzielił osobliwej odpowiedzi: "Papa-enigma", Papież-zagadka.

Odpowiedź ta zaskakuje, ponieważ oznacza rezygnację z próby jej udzielenia. Może oznaczać także chęć wycofania odpowiedzi udzielonej już wcześniej, jako udzielonej przedwcześnie, ujawniając narastanie krytycznego dystansu wobec początkowej spontanicznej akceptacji jako wyrazu nie dość krytycznej egzaltacji. Może ona jednak oznaczać również chęć wstrzymania się w ogóle - lub przynajmniej do pewnego czasu - z próbą jej udzielenia. Ale może w końcu oznaczać przecież coś, co - odsłaniając się naszemu spojrzeniu - rozbudza w nas coraz głębszą potrzebę poznania, wyzwalając dalsze pytania...

Panowie! On był tajemnicą

Znam i głęboko cenię kapłana, który ściśle współpracował z biskupem Karolem Wojtyłą, potem arcybiskupem i kardynałem. Współpracował z nim od początku w jego krakowskiej kurii metropolitalnej aż do dnia wyboru na papieża. Gdy nazajutrz po pamiętnej dacie 16 października 1978 roku kurię obległa rzesza dziennikarzy z całego świata, zaciekawionych osobą nowo wybranego papieża, Ojca Świętego Jana Pawła II, kapłan ten poczuł się głęboko zakłopotany. Gdy bowiem niektórzy z bliskich mu współpracowników mieli gotowe odpowiedzi na zadawane im przez dziennikarzy pytania, jemu wydawała się najbliższa prawdy odpowiedź, która mogła wielu spośród pytających zaskoczyć, a nawet rozczarować: "Panowie! On był dla mnie tajemnicą".

Nie byłem tam wówczas, a przecież widzę dotąd oczyma wyobraźni autora tych słów. Widzę zwłaszcza jego spokojne, badawcze oczy, wpatrzone w głąb swego rozmówcy. Widzę go, jak z tej nieprzeniknionej dla siebie głębi starał się z trudem - i w poczuciu odpowiedzialności za wypowiadane słowo - wydobyć to wszystko, na co było go wówczas stać, a co tak zwięźle wysłowił: "On był dla mnie tajemnicą". Zauważmy, że wypowiedź ta nie musi być wcale aż tak bardzo odległa od odpowiedzi autora wspomnianej wyżej książki L'Enigma Wojtyla.

Czy zresztą każdy z nas także nie stwierdza raz po raz o samym sobie, że stanowi sam dla siebie zagadkę, że bywa niekiedy samym sobą zaskoczony? Czasami in plus, czasami in minus. Co więcej, czy nie czuje, że nigdy sam nie jest do końca pewny siebie w stosunku do... samego siebie? Tego prawdziwego siebie, tego siebie, którego raz odkrywszy - olśniony blaskiem prawdy o sobie - miałby moc zawsze potem potwierdzać i ocalać swymi wolnymi decyzjami, wyborami...

Jakiej mocy potrzeba?

Rzecz godna zwrócenia uwagi. Sobór Watykański II, którego jednym z głównych architektów był kardynał Karol Wojtyła, głosi w Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes: "Tajemnica człowieka wyjaśnia się naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa wcielonego" (nr 22). A więc i tu pojawia się to słowo "tajemnica". Jakiej sprawy w człowieku ono dotyczy? Czy nie znalazło się tam ono za sprawą kardynała z Krakowa, co oczywiście wcale nie wyklucza istotnego w tym udziału samego Ducha Świętego? Karol Wojtyła, który wyrazi swe zdumienie nad wielkością człowieka językiem poezji: "Szczytem był każdy człowiek [...] i każdy nim jest", nie zapomni przecież nigdy widoku dymów nad Auschwitz i Birkenau. A dymy te to nad wyraz diagnostyczna miara upadku kogoś, kto sam dokonuje wyboru stoczenia się w przepaść ze "szczytu, którym jest". Per opposita cognoscitur! Młody Karol Wojtyła niejeden raz zapewne wpatrywał się bezradnie w to zorganizowane ludziom przez ludzi widowisko symbiozy bestialstwa z bohaterstwem. Wpatrywał się w tę tragedię człowieczeństwa w człowieku już jako aktor zakonspirowanego Teatru Rapsodycznego oraz student podziemnego Wydziału Teologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Patrzył dręczony już wtedy pytaniem, jakiej mocy by trzeba użyć i jaka by wystarczyła, aby tę przemoc przezwyciężyć? Czy mocą tą może być również przemoc, skoro jej użycie niszczy nie tylko tego, przeciwko komu jest skierowana, lecz uderza przede wszystkim i najgłębiej - bo moralnie samobójczo! - w tego, kto zdecydował się nią posłużyć? "Szczęśliwsza jest ofiara mordu od swego mordercy" - powiedział już Sokrates. I dodał: "Ofiara przestaje żyć, złoczyńca zaś sam siebie skazuje na współżycie ze złoczyńcą w samym sobie przez resztę swego życia".

Oto dlaczego doświadczenia i przeżycia owego czasu przemocy staną się już wtedy głównym tematem refleksji Karola Wojtyły nad sposobami ocalenia godności ludzkiej osoby; one też przygotują jego rychłe, fundamentalne decyzje życiowe. Poprzez pasję, z jaką wnika w zagadkę człowieka, staje się dla wielu - sam wciąż jeszcze tak bardzo młody - coraz bardziej nieprzenikniony, zagadkowy, tajemniczy. Czy nie dlatego rozstanie się wnet ze sceną, czy nie dlatego z czasem rzuci nawet pióro poety, wkraczając na drogę podobną do drogi bohatera dramatu Brat naszego Boga? I czy w końcu nie uczyni tego wszystkiego tylko dlatego, aby być możliwie najbliżej centrum tajemniczego wydarzenia, mocą którego sam Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus, wchodzi równie dyskretnie, co nieustępliwie w dzieje wolności każdego człowieka na ten świat przychodzącego (por. 1 J, 9), aby mu pomóc odkryć do końca swą niezwykłą godność i pomóc mu ją ocalić poprzez niezwykłą cenę, jaką zapłaci za jej ocalenie? Na sposób ocalenia człowieka Bóg-Człowiek wybiera bowiem czyn stanowiący wśród tajemnic tajemnicę bodaj najtrudniejszą do rozszyfrowania. Pascal, jeden z najgłębszych myślicieli chrześcijańskich, użył na określenie tego czynu nazwy: "szaleństwo krzyża", jakby nie dowierzając, iżby rzeczywiście był potrzebny aż tak wielki okup ze strony Boga-Człowieka za ocalenie godności człowieka. Kościół będzie jednak - wraz ze św. Pawłem - od samego początku za ten okup, "głupstwem krzyża" przez świat nazwany, Bogu dziękować i wszelką z nim wiązać nadzieję: Ave crux, spes unica!

Przedziwny związek

Mądrość nabożnego ludu skupi naszą uwagę głównie na spokoju, z jakim w słowa pieśni wielkopostnej wrazi i wyrazi w nich swą pewność, wieszcząc, iż nie upadnie z boleści sercu zadanej ten, kto krzyż odgadnie. Jakby chciała ufnie uwydatnić, że skoro sam Bóg wybrał krzyż dla rozwiązania problemu zła w człowieku, sam też zapewne postara się także o to, by człowiek mógł zobaczyć nierozłączalną więź między cierpieniem Boga a szansą własnego ocalenia. Istotnie, poznając sercem, lud nabożny dostrzega, w Kim wyłącznie może złożyć swą nadzieję. Dlatego dając wyraz temu, co wieści pieśnią, przede wszystkim dziękuje Chrystusowi, że wszystko to, co zapowiedział: "Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że ´Ja jestemª" (J 8, 28) - wypełnił, cierpiąc dla nas "posłuszny Ojcu aż do śmierci", aż po zwycięskie: "Wykonało się!" (J 19, 30). W ten sposób związek pomiędzy grzechem człowieka a "przepaścią męki" Boga oraz Jego wolą pokonania zła wyłącznie miłosierdziem staje się oczywisty. A cruce regnat Deus. Dlaczegóż to bowiem Chrystus nie zstąpił z krzyża, prowokowany do tego szyderczym wyzwaniem: "niechże teraz zejdzie z krzyża, uwierzymy w Niego. Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział: ´Jestem Synem Bożymª" (Mt 27, 42-43)? Czy nie mógł tego uczynić? Mógł! Dlaczego z tego zrezygnował? Czy nie dlatego, iż w ten tylko sposób było możliwe Jego ostateczne: "Wykonało się!" - wobec woli zbawczej Jego Ojca i wobec potrzeby najpilniejszej ze wszystkich potrzeb Jego dziecka, człowieka?

Może więc tu także należy szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego Jan Paweł II tak uporczywie trzymał się krzyża? Mówią jedni: On wiedział, Kogo trzymał. Mówią drudzy: On wiedział, Kto go trzymał. Czy nie jest tak, że jedni i drudzy dopiero łącznie dotykają sedna sprawy?

W tym znaku zwyciężysz!

Stosunek do krzyża przyciągał w każdym razie i skupiał na sobie uwagę wszystkich od samego początku jego pontyfikatu. Gdy Ojciec Święty w czasie swej pierwszej drogi krzyżowej w Rzymie umocował niesiony przez siebie z Koloseum krzyż na pobliskim Wzgórzu Palatyńskim - było to w ów niezapomniany, gwieździsty wieczór Wielkiego Piątku 13 kwietnia 1979 roku - i wygłosił z jego wzniesienia przemówienie do ludu, kończąc je słowami: Stat Crux, dum volvitur orbis! (Pośród świata, który się zmienia, stoi krzyż!), ktoś z tłumu zawołał donośnym głosem, przerywając nagle niezwykłą ciszę, jaka wokół zaległa: Santo Padre! In hoc signo vinces! ("Ojcze Święty! W tym znaku zwyciężysz!"). Okrzyk ten wyzwolił natychmiast burzliwą, długo, bardzo długo niemilknącą owację wiernych. A Jan Paweł II stał nadal przez cały ten czas nieruchomy, jakby zastygły w milczącej adoracji znaku zbawienia świata. Czy nie współadorował on, wraz z Synem Bożym przybitym do krzyża, Boga Ojca w Jego akcie miłości "posłusznej aż do śmierci", uczestnicząc w Chrystusowym: "Wykonało się!"? Ale czy również i w reakcji ludu na słowo i gest Papieża nie wyczuwało się najwyraźniej żywego współuczestnictwa w akcie jego adoracji Boga Ojca przez Syna Bożego na krzyżu?

Lecz krzyż bywa - jak wiadomo - również "znakiem, któremu sprzeciwiać się będą" (Łk 2, 34). Skądże wzięła się pełna wyrzutu skarga, którą lud nabożny - na swoją chwałę! - włożył samokrytycznie w usta Chrystusowi: Popule meus, quid feci tibi?, "Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił, w czymem zasmucił albo w czym zawinił?".

Wydaje się, że już tu dotykamy sedna tajemnicy pontyfikatu Jana Pawła II.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail