PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 13 maja 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Morderstwo
na Morduchu

Gdy poniższy felieton sięgnie druku, nad zaspanym Nowym Jorkiem wstanie trzynasty dzień maja, w dodatku piątek. Nie należę do osób przesadnie przesądnych ani za bardzo lękliwych (o czym świadczyć może szaleństwo pisania zamiast zarabiania), tym niemniej staram się nie opuszczać domowych pieleszy w takich dniach. Szanownym Czytelnikom, którzy z narażeniem życia udali się w piątek trzynastego do polskiego sklepu na Greenpoincie czy kiosku na Manhattanie w celu nabycia Nowego Dziennika, składam niniejszym wyrazy najwyższego szacunku, pomieszane z nutką zazdrości.

Niestety, tak łatwo wykazuję się bohaterstwem. Mieszkanie w Warszawie nie łączy się z żadnym ryzykiem. Spokojne ulice stolicy zastawione są straganami z książkami, przy których zatrzymują się spokojni, bo nieco głodni przechodnie, aby popatrzeć na polskie lasy przerobione na papier. Nieliczni dokonują zakupów towaru, uważanego powszechnie za zbytkowny i zbyteczny, bo nienadający się do zjedzenia. Nawet książki Manueli Gretkowskiej, jakkolwiek smakowite w treści, nie posiadają cech jadalnych. Zatrute owoce wyobraźni innych autorów, takich jak na przykład znany amerykański felietonista Janusz Głowacki, zadają warszawskim przechodniom retoryczne pytanie już samym tytułem Jak być kochanym.

Nie lepiej niż na ulicach jest w pomieszczeniach zamkniętych. Pałac Kultury i Nauki ostrzega plakatami przed nadciągającymi hordami wystawców i wydawców. Nie można nawet spokojnie wypić kawy w "Literatce", bo zaraz ciągną cię do Pen Clubu na spotkanie z pisarzem o podejrzanym nazwisku Pollack. Nie jest ci on żadnym Polakiem, a jedynie Austriakiem, który napisał książkę o tytule Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna.

Każde dziecko w polskiej szkole dziennikarstwa wie dobrze, kim był Philippe Halsman - fotograf Einsteina, Dalego, Marilyn Monroe, Hitchcocka. Zwłaszcza Alfred Hitchcock jest tu ważny. Otóż Martin Pollack z sobie tylko wiadomych powodów postanowił napisać powieść sensacyjno-sądową o konstrukcji tak dobrze znanej z filmów mistrza grozy. Jest jak u Hitchcocka - zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli zabójstwa, a potem napięcie stale już tylko rośnie, do ostatniej linijki powieści nie dając odpowiedzi na pytanie, kto i dlaczego zamordował Morducha Maxa Halsmanna.

Zakończenie brzmi wręcz prowokacyjnie: "Wszelako pytanie, kto we wrześniu 1928 roku rzeczywiście popełnił morderstwo w Dolinie Ziller, musi pozostać bez odpowiedzi". Po co więc popełnił Pollack długą powieść, skoro nie udziela odpowiedzi na podstawowe pytanie? Nie napisał też tej książki, by oczyścić z zarzutu późniejszego mistrza fotografii, skazanego przez zaślepione antysemityzmem austriackie sądy za ojcobójstwo. Tak postąpiłby niejeden szanujący się pisarz polski czy żydowski.

Pollack przeciwnie, jął się wręcz rozliczania braci Austriaków za faszyzm. Wskazał na źródła narodzin powszechnej miłości do nazizmu pośród traktowanego do dziś w charakterze ofiary narodu austriackiego. Wychłostał mu skórę na historycznym kolanie, używając jako pretekstu afery z Halsmannem - i co? I nic. Co więcej, ten na czarno odmalowany (a wydany przez wydawnictwo nomen omen Czarne) obraz rzekomo pokojowych Tyrolczyków - zatwardziałych esesmanów i faszystów, zakochanych w swym rodaku Hitlerze, miłujących jak bohaterów narodowych zbrodniarzy wojennych austriackiego pochodzenia - został przyjęty w Austrii z entuzjazmem. Książka przez pół roku nie schodziła z list bestsellerów, autor natomiast uniknął losu Morducha Halsmanna i nie został strącony z tyrolskiej - niczym tyrtejskiej - skały w odmęty potoku, czytaj: zapomnienia.

Próbowano nieco wcześniej załatwić go w Polsce. Martin Pollack nie został do ojczyzny swego imienia wpuszczony na strajki sierpniowe 1980 r. Czujne władze połapały się w niemieckich knowaniach i zawróciły austriackiego korespondenta Spiegla z lotniska. Nie pomógł mu nawet austriacki ambasador, wykazujący się postawą z Metternicha: władza ma zawsze rację, choćby i komunistyczna. Ale Pollack się nie zniechęcił, tylko zabrał za... naukę polskiego i tłumaczenie polskiej literatury. Zaczął od Cesarza Ryszarda Kapuścińskiego. Przypomniała o fortelu Pollacka obu rozbawionym pisarzom - Kapuścińskiemu i Pollackowi - Bożena Dudko z wydawnictwa W.A.B., cytując... nieopublikowane fragmenty wywiadu Włodzimierza Kalickiego z Martinem Pollackiem, jaki poszedł był tylko w połowie w Gazecie Wyborczej. Dlaczego? Teraz takie czasy, że mądre (i ciekawe!) przegrywa z krótkim i głupim, na przykład (e, zmilczę...).

Pollack: "W 1985 roku pomyślałem sobie: spróbuję wjechać za pomocą książki Kapuścińskiego. Wziąłem świeżo wydanego po niemiecku Cesarza i poleciałem. Na Okęciu młody wopista w budce pyta: co pan tu ma zamiar robić? Wyciągam Cesarza, pokazuję mu swoje nazwisko jako tłumacza i mówię, że jestem bardzo ważną osobistością, tłumaczem Kapuścińskiego na niemiecki. A wopista na to: Ryszard Kapuściński, ach, ja go bardzo lubię. I nawet nie zaglądając pod pulpit z rozmachem wbija mi pieczątkę w paszporcie. Przechodzę na drugą stronę i jestem w Warszawie - ale nie do końca (...) stoję i stoję, czekając aż moja walizka wyjedzie na taśmie. I po kwadransie słyszę przez megafon: pan Pollack proszony do informacji. Udaję, że nie słyszę, ale kątem oka widzę, że idzie do mnie dwóch, w mundurach: ten młody, z budki, czerwony jak burak i jakiś wyższy oficer. Oficer nie odezwał się słowem. Tylko młody wykrztusił: panie Pollack, jest pan osobą niepożądaną, proszę za mną. I tym samym samolotem, którym przyleciałem, wróciłem wieczorem do Wiednia".

Przytoczyłem ten cytat wiedziony nadzieją, że Czytelnicy, którzy w piątek, i to trzynastego, z narażeniem życia opuścili nowojorskie mieszkania w celu nabycia Nowego Dziennika, przeczytają w nim to, czego nie było dane przeczytać topniejącym rzeszom wielbicieli gazety, rzeczywiście ostatnio "wybiórczej".

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail