Pomysł na życie
Z Elżbietą Czyżewską rozmawia Grażyna Drabik (dokończenie)
Grażyna
Drabik: - Sześć filmów pokazywanych w ramach Twojej
retrospektywy na Nowojorskim Festiwalu Filmów Polskich (NYPFF)
nakręciłaś w okresie zaledwie dwóch lat - 1963-64.
Elżbieta Czyżewska: - Obraz, który pojawia się na
ekranie, jest bardzo oderwany od rzeczywistości tamtych czasów.
Były one wtedy trudne. Życie skomplikowane, ciężkie. Dla mnie
to była przede wszystkim szalona, czasochłonna praca. Grałam
w kilku sztukach naraz. Po próbie w teatrze biegłam na próbę
do Teatru Telewizji, wspaniałej wówczas instytucji, gdzie
wszyscy graliśmy. Z telewizji wracałam na przedstawienie do
teatru. Potem pociąg do Łodzi. Rano zdjęcia. Charakteryzatornia.
O godzinie czwartej po południu samochód, żeby zdążyć do Warszawy
na przedstawienie do teatru, bo to zawsze było najważniejsze.
Wszystko robisz równolegle, nie zdając sobie wcale sprawy
w trakcie intensywnej pracy, że budujesz tak zwaną karierę
filmową: masz następny film i w nim grasz. On wchodzi na ekrany
później. Jakiś inny ma kłopoty z cenzurą, jest pocięty albo
odłożony na półkę. A ty już robisz następny. Jest takie powiedzenie
na planie: my umieramy, taśma pozostaje. Używaliśmy go odnosząc
do kręconej sceny. A ono wraca po latach w innym sensie. Jesteś
oceniany według tego zlepku, nad którym nigdy nie miałeś kontroli.
- Bardzo odmienny w tonie od Twoich pogodnych komedii jest
dramat Janusza Nasfetera.
- Niekochanej nigdy nie widziałam w Polsce, bo do
kin film trafił już po moim wyjeździe. Jakie to było wydarzenie,
kiedy Jadwiga Smosarska przyjechała na plan w Warszawie! Starzy
elektrycy, którzy pracowali jeszcze przed wojną, poznawali
ją wzruszeni. Wszyscy byliśmy przejęci. Ona zwróciła uwagę,
że mam za krótkie sukienki jak na rzecz, która się dzieje
w 1939 r.
- Dostaliście wyjątkowe pozwolenie na kręcenie sceny na Wawelu.
- W krypcie, gdzie leżą królowie. To było dla mnie wielkie
przeżycie, bo w tym miejscu byłam z wycieczką szkolną. Jako
mała dziewczynka z nabożnym przejęciem oglądałam sarkofag
królowej Jadwigi. Nagle znalazłam się w tej samej sali, wszędzie
światła, a ja siadam na rogu grobowca, bo trzeba przypudrować
twarz. Czułam się uwznioślona i świętokradcza. Niekochana
kojarzy mi się właśnie tak: pełno światła między królami.
- Parę lat później wróciłaś do Polski, żeby zagrać w filmie
o nieobecnym.
- Wszystko na sprzedaż nakręcaliśmy w strasznie trudnych
warunkach. To był 1968 rok. Film nie miał dopiętego scenariusza,
improwizowało się różne rzeczy. Rola, którą gra Andrzej Łapicki,
dokładnie oddaje to, z czym Andrzej Wajda męczył się robiąc
film o Zbyszku Cybulskim, którego już nie było. Robiąc fikcję,
a nie dokument. Opowiadanie o aktorze.
Tam jest scena, w której Elżbieta, jego żona, którą gram,
myśli, że on jest w domu, ponieważ w łazience leje się woda.
Pomysł pojawił się dopiero na dzień przed kręceniem. Jest
jedynym momentem, kiedy nieobecny naprawdę istnieje, ponieważ
wszystko jest tak prowadzone, że nam się wydaje, że on jest
w łazience...
- Powiedziałaś kiedyś, że w tym filmie "gramy samych siebie,
fikcyjnych, ale siebie".
- Gramy siebie, ponieważ gramy aktorów. Aktor gra reżysera,
ale w życiu sam jest reżyserem. Gramy pod własnymi imionami,
lecz postacie fikcyjne. Przecież nie gram prawdziwej żony
Zbyszka, która przez zbieg okoliczności też miała na imię
Elżbieta. Zacieramy granice między fikcją i rzeczywistością.
Scena zaczyna się od klapsa, ale potem zapominamy, że ona
nie jest prawdziwa, że jest fikcją w fikcji.
- Jak Ci się pracowało z Wajdą?
- Uwielbiam z nim pracować. Wszystko na sprzedaż jest
jedynym jego filmem, w jakim zagrałam, właściwie go nie kończąc,
ponieważ znowu musiałam wyjechać. Pracowałam natomiast z Wajdą
parę razy w teatrze. Najważniejsze w tej mojej historii jest
to, że dzięki Andrzejowi znalazłam się z powrotem na scenie
w Ameryce. A więc miał wpływ na moje życie teraz.
Jako aktorka byłam tu osobą nieznaną, a on obsadził mnie
w Biesach Dostojewskiego, które reżyserował w Yale
Repertory Theatre. I nikt tego nie zakwestionował. Dzięki
niemu znalazłam się na prawdziwej scenie w teatrze amerykańskim.
Przypominam sobie Andrzeja stojącego w tyle sali w czasie
chyba ostatniej z prób generalnych. Walczę ze Stawroginem,
on mnie popycha, ja mam żelazną sztabę na nodze, bo Maria
kuleje, upadam przypadkowo na scenę. Teatr jest pusty. Andrzej
przygląda się dekoracjom i kostiumom. Nagle widzi mnie z zahaczoną
o coś halką, z wyciągniętą ręką i krzyczy po polsku: "Posuwaj
się po przekątnej, wyrzucaj go tą nogą!". I tak zrobiliśmy.
Trzeba reżysera-artysty, reżysera filmowo-teatralnego, żeby
widzieć i natychmiast coś zmienić.
- Mówisz o pracy w teatrze amerykańskim, jakbyś powróciła
do swoich początków, do prawdziwego aktorstwa - to znaczy
do gry na scenie. Dla kogo grasz?
- Dla publiczności, która przychodzi na przedstawienie. Czy
mam kłopot z językiem, czy nie - to zakulisowa sprawa. Jeżeli
jestem obsadzona w roli, jestem częścią większej całości,
która ma swoją widownię, bo czy ja gram tę rolę czy inna osoba,
która miała szczęście ją dostać, widz w dużej mierze będzie
ten sam. Nie ma konkretnego widza. Jest widownia.
W Warszawie ludzie zaczęli przychodzić do teatru, żeby mnie
zobaczyć, bo znali mnie już z filmu czy telewizji. Jak tu
przyjechałam, jako aktorka straciłam moją publiczność i pozycję.
Musiałam się pogodzić z tym faktem. Byłam zupełnie nową osobą
w nowym miejscu.
- Lecz udało Ci się zachować ciągłość pracy w zawodzie, w
którym jest to praktycznie niemożliwe, szczególnie przy zmianie
języka.
- Już na pierwszym roku szkoły teatralnej zrozumiałam, że
to jest to, co potrafię i chcę robić. Wiedziałam, że znalazłam
się tam, gdzie powinnam być. Nie widzę powodu, żeby okoliczności
życiowe, polityka i reszta bałaganu światowego miały mnie
wyrzucić z mojego wybranego zawodu. Wykonuję go dobrze albo
nie tak dobrze, mam kłopoty i osiągnięcia.
- W tym świecie ciągle musisz się sprawdzać, udowadniać swą
wartość sobie i innym. Nawet jeśli dostaniesz rolę dziś, jutro
będziesz musiała się starać o następną.
- Uważam siebie za "pracującego aktora". Formułka amerykańska:
I am a working actor oznacza, że trzeba chodzić na
auditions, że trzeba się do nich przygotowywać. Moje
"gwiazdorstwo" gdzieś tam siedzi we mnie, bo kiedy dostaję
tekst, wydaje mi się, że już mam rolę i idę na audition,
jakbym szła na pierwszą próbę. Otwieram drzwi i widzę korytarz,
który jest pełen takich samych osób jak ja, przysłanych przez
inne agencje do tej samej roli. Widzę rzeczywistość. Czasami
zachwycasz kogoś i dostajesz rolę. Czasem ktoś cię obsadza,
bo pamięta z innej sztuki.
Przynależność do grona "pracujących aktorów" w Nowym Jorku,
gdzie jest nas szalenie wielu, oznacza także, i każdy aktor
to powtórzy, że trzeba sobie mówić: na każde moje "nieszczęście",
że jakiejś roli nie dostałam, jest 17 innych osób, które tak
samo cierpią, i ta jedna, która jest szczęśliwym wybrańcem.
- Jaka rola teatralna przyniosła Ci szczególne zadowolenie?
- Na pewno w Crowbar Maca Wellmana. I nie tylko dlatego,
że dostałam nagrodę Obie. To było dla mnie prawdziwe wyzwanie:
Wellman pisze skomplikowanym i bogatym językiem pełnym neologizmów,
łamiąc słowa i zdania. Dopracowanie w takim wypadku właściwego
rytmu i wymowy jest bardzo trudne nawet dla rodowitego Amerykanina.
- Widziałam Cię w tym przedstawieniu. Od tego czasu oglądałam
wiele innych sztuk i kreacji aktorskich. Lecz tamten wieczór
nadal żywo pamiętam. Mówię to z pewnym poczuciem winy wobec
Ciebie. Patrząc przez pryzmat lat, widzę wyraźnie, że to był
wyjątkowo pięknie zrobiony spektakl z Twoją wybitną kreacją,
a ja wtedy nie w pełni to doceniłam.
- Tak jest z teatrem. Istnieje tylko w pamięci. Mówimy o
filmach przy okazji retrospektywy, a zahaczamy o rzeczy, które
naprawdę minęły.
- Powiedz parę słów o nagrodzonej roli.
- Grałam Matyldę, która była duchem kochanki pana Belasco,
impresaria teatralnego. Graliśmy w starym teatrze Victory,
jeszcze nie w pełni odrestaurowanym, który dopiero co przestał
być kinem specjalizującym się w pokazach filmów karate. Publiczność
siedziała na scenie, ja grałam w loży.
Na przyjęciu po premierze powiedziałam właścicielowi budynku,
że chętnie bym wynajęła wielkie apartamenty pana Belasco.
On na serio potraktował mój żart i powiedział, że tego nie
może wynająć, ale ma inne, mniejsze... Tak znalazłam się w
samym środku Manhattanu, zgodnie z naukami mojego dziadka,
który przed pierwszą podróżą za granicę radził: "Pamiętaj,
dziecko, zawsze choćby najmniejszy pokój w najlepszym hotelu,
nigdy odwrotnie".
- Nowy Jork potrafi traktować nas ostro, po macoszemu.
- Może to i dobrze. Taki drobiazg: ludzie mnie rozpoznają
po głosie. Wracając z Polski do Nowego Jorku łapałam się na
tym, że głośniej mówiłam, głośniej o coś poprosiłam w sklepie.
To był odruch, bo spodziewałam się, że ludzie się usuną i
powiedzą, ależ proszę, pani Elżbieto. Na szczęście, już po
pierwszej próbie widziałam, jaki to absurd. Nowy Jork uczy
cię śmiać się z samej siebie.
- Anonimowość w tym mieście jednak często bardzo nam ciąży.
- W godzinie nieszczęścia anonimowość z przekleństwa może
stać się błogosławieństwem.
- Masz bogactwo doświadczeń. Potrafisz na swoje sukcesy i
porażki patrzeć z przymrużeniem oka, co jest bardzo atrakcyjną
perspektywą. Chcę wierzyć, że sama o tym napiszesz, choć myślę,
że raczej w wersji scenariusza filmowego.
- To dobrze brzmi. Ale ja jestem produktem SPATIF-u w Warszawie,
w którym wspaniali ludzie godzinami siedzieli przy stole i
opowiadali scenariusze filmowe. Tylko nikt ich nie spisywał
i tych filmów nie robił.
- Ale nie siedzisz teraz przy stoliku w SPATiF-ie. Jesteś
może w "najmniejszym pokoju", ale w "bardzo dobrym hotelu"
świata. Przywołałaś na początku Agnieszkę Osiecką, a więc
raz jeszcze odnieśmy się do jej słów. Ładnie wspominała Twoje
występy w STS-ie, Wasze wspólne konspiracje i eskapady.
Szczególnie wyraziście brzmi jej uznanie: "Imponowało mi
to, że Ela zawsze miała pomysł na życie".
- Bardzo dobrze powiedziane, i co z tym pomysłem Ela zrobiła?
- Znak zapytania jest dobrym początkiem. Po zakończeniu festiwalu
zabieraj się do pisania.
Nowy Jork, 3 maja 2005 r.
|