PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 13 maja 2005


Pomysł na życie

Z Elżbietą Czyżewską rozmawia Grażyna Drabik (dokończenie)

Grażyna Drabik: - Sześć filmów pokazywanych w ramach Twojej retrospektywy na Nowojorskim Festiwalu Filmów Polskich (NYPFF) nakręciłaś w okresie zaledwie dwóch lat - 1963-64.

Elżbieta Czyżewska: - Obraz, który pojawia się na ekranie, jest bardzo oderwany od rzeczywistości tamtych czasów. Były one wtedy trudne. Życie skomplikowane, ciężkie. Dla mnie to była przede wszystkim szalona, czasochłonna praca. Grałam w kilku sztukach naraz. Po próbie w teatrze biegłam na próbę do Teatru Telewizji, wspaniałej wówczas instytucji, gdzie wszyscy graliśmy. Z telewizji wracałam na przedstawienie do teatru. Potem pociąg do Łodzi. Rano zdjęcia. Charakteryzatornia. O godzinie czwartej po południu samochód, żeby zdążyć do Warszawy na przedstawienie do teatru, bo to zawsze było najważniejsze.

Wszystko robisz równolegle, nie zdając sobie wcale sprawy w trakcie intensywnej pracy, że budujesz tak zwaną karierę filmową: masz następny film i w nim grasz. On wchodzi na ekrany później. Jakiś inny ma kłopoty z cenzurą, jest pocięty albo odłożony na półkę. A ty już robisz następny. Jest takie powiedzenie na planie: my umieramy, taśma pozostaje. Używaliśmy go odnosząc do kręconej sceny. A ono wraca po latach w innym sensie. Jesteś oceniany według tego zlepku, nad którym nigdy nie miałeś kontroli.

- Bardzo odmienny w tonie od Twoich pogodnych komedii jest dramat Janusza Nasfetera.

- Niekochanej nigdy nie widziałam w Polsce, bo do kin film trafił już po moim wyjeździe. Jakie to było wydarzenie, kiedy Jadwiga Smosarska przyjechała na plan w Warszawie! Starzy elektrycy, którzy pracowali jeszcze przed wojną, poznawali ją wzruszeni. Wszyscy byliśmy przejęci. Ona zwróciła uwagę, że mam za krótkie sukienki jak na rzecz, która się dzieje w 1939 r.

- Dostaliście wyjątkowe pozwolenie na kręcenie sceny na Wawelu.

- W krypcie, gdzie leżą królowie. To było dla mnie wielkie przeżycie, bo w tym miejscu byłam z wycieczką szkolną. Jako mała dziewczynka z nabożnym przejęciem oglądałam sarkofag królowej Jadwigi. Nagle znalazłam się w tej samej sali, wszędzie światła, a ja siadam na rogu grobowca, bo trzeba przypudrować twarz. Czułam się uwznioślona i świętokradcza. Niekochana kojarzy mi się właśnie tak: pełno światła między królami.

- Parę lat później wróciłaś do Polski, żeby zagrać w filmie o nieobecnym.

- Wszystko na sprzedaż nakręcaliśmy w strasznie trudnych warunkach. To był 1968 rok. Film nie miał dopiętego scenariusza, improwizowało się różne rzeczy. Rola, którą gra Andrzej Łapicki, dokładnie oddaje to, z czym Andrzej Wajda męczył się robiąc film o Zbyszku Cybulskim, którego już nie było. Robiąc fikcję, a nie dokument. Opowiadanie o aktorze.

Tam jest scena, w której Elżbieta, jego żona, którą gram, myśli, że on jest w domu, ponieważ w łazience leje się woda. Pomysł pojawił się dopiero na dzień przed kręceniem. Jest jedynym momentem, kiedy nieobecny naprawdę istnieje, ponieważ wszystko jest tak prowadzone, że nam się wydaje, że on jest w łazience...

- Powiedziałaś kiedyś, że w tym filmie "gramy samych siebie, fikcyjnych, ale siebie".

- Gramy siebie, ponieważ gramy aktorów. Aktor gra reżysera, ale w życiu sam jest reżyserem. Gramy pod własnymi imionami, lecz postacie fikcyjne. Przecież nie gram prawdziwej żony Zbyszka, która przez zbieg okoliczności też miała na imię Elżbieta. Zacieramy granice między fikcją i rzeczywistością. Scena zaczyna się od klapsa, ale potem zapominamy, że ona nie jest prawdziwa, że jest fikcją w fikcji.

- Jak Ci się pracowało z Wajdą?

- Uwielbiam z nim pracować. Wszystko na sprzedaż jest jedynym jego filmem, w jakim zagrałam, właściwie go nie kończąc, ponieważ znowu musiałam wyjechać. Pracowałam natomiast z Wajdą parę razy w teatrze. Najważniejsze w tej mojej historii jest to, że dzięki Andrzejowi znalazłam się z powrotem na scenie w Ameryce. A więc miał wpływ na moje życie teraz.

Jako aktorka byłam tu osobą nieznaną, a on obsadził mnie w Biesach Dostojewskiego, które reżyserował w Yale Repertory Theatre. I nikt tego nie zakwestionował. Dzięki niemu znalazłam się na prawdziwej scenie w teatrze amerykańskim.

Przypominam sobie Andrzeja stojącego w tyle sali w czasie chyba ostatniej z prób generalnych. Walczę ze Stawroginem, on mnie popycha, ja mam żelazną sztabę na nodze, bo Maria kuleje, upadam przypadkowo na scenę. Teatr jest pusty. Andrzej przygląda się dekoracjom i kostiumom. Nagle widzi mnie z zahaczoną o coś halką, z wyciągniętą ręką i krzyczy po polsku: "Posuwaj się po przekątnej, wyrzucaj go tą nogą!". I tak zrobiliśmy. Trzeba reżysera-artysty, reżysera filmowo-teatralnego, żeby widzieć i natychmiast coś zmienić.

- Mówisz o pracy w teatrze amerykańskim, jakbyś powróciła do swoich początków, do prawdziwego aktorstwa - to znaczy do gry na scenie. Dla kogo grasz?

- Dla publiczności, która przychodzi na przedstawienie. Czy mam kłopot z językiem, czy nie - to zakulisowa sprawa. Jeżeli jestem obsadzona w roli, jestem częścią większej całości, która ma swoją widownię, bo czy ja gram tę rolę czy inna osoba, która miała szczęście ją dostać, widz w dużej mierze będzie ten sam. Nie ma konkretnego widza. Jest widownia.

W Warszawie ludzie zaczęli przychodzić do teatru, żeby mnie zobaczyć, bo znali mnie już z filmu czy telewizji. Jak tu przyjechałam, jako aktorka straciłam moją publiczność i pozycję. Musiałam się pogodzić z tym faktem. Byłam zupełnie nową osobą w nowym miejscu.

- Lecz udało Ci się zachować ciągłość pracy w zawodzie, w którym jest to praktycznie niemożliwe, szczególnie przy zmianie języka.

- Już na pierwszym roku szkoły teatralnej zrozumiałam, że to jest to, co potrafię i chcę robić. Wiedziałam, że znalazłam się tam, gdzie powinnam być. Nie widzę powodu, żeby okoliczności życiowe, polityka i reszta bałaganu światowego miały mnie wyrzucić z mojego wybranego zawodu. Wykonuję go dobrze albo nie tak dobrze, mam kłopoty i osiągnięcia.

- W tym świecie ciągle musisz się sprawdzać, udowadniać swą wartość sobie i innym. Nawet jeśli dostaniesz rolę dziś, jutro będziesz musiała się starać o następną.

- Uważam siebie za "pracującego aktora". Formułka amerykańska: I am a working actor oznacza, że trzeba chodzić na auditions, że trzeba się do nich przygotowywać. Moje "gwiazdorstwo" gdzieś tam siedzi we mnie, bo kiedy dostaję tekst, wydaje mi się, że już mam rolę i idę na audition, jakbym szła na pierwszą próbę. Otwieram drzwi i widzę korytarz, który jest pełen takich samych osób jak ja, przysłanych przez inne agencje do tej samej roli. Widzę rzeczywistość. Czasami zachwycasz kogoś i dostajesz rolę. Czasem ktoś cię obsadza, bo pamięta z innej sztuki.

Przynależność do grona "pracujących aktorów" w Nowym Jorku, gdzie jest nas szalenie wielu, oznacza także, i każdy aktor to powtórzy, że trzeba sobie mówić: na każde moje "nieszczęście", że jakiejś roli nie dostałam, jest 17 innych osób, które tak samo cierpią, i ta jedna, która jest szczęśliwym wybrańcem.

- Jaka rola teatralna przyniosła Ci szczególne zadowolenie?

- Na pewno w Crowbar Maca Wellmana. I nie tylko dlatego, że dostałam nagrodę Obie. To było dla mnie prawdziwe wyzwanie: Wellman pisze skomplikowanym i bogatym językiem pełnym neologizmów, łamiąc słowa i zdania. Dopracowanie w takim wypadku właściwego rytmu i wymowy jest bardzo trudne nawet dla rodowitego Amerykanina.

- Widziałam Cię w tym przedstawieniu. Od tego czasu oglądałam wiele innych sztuk i kreacji aktorskich. Lecz tamten wieczór nadal żywo pamiętam. Mówię to z pewnym poczuciem winy wobec Ciebie. Patrząc przez pryzmat lat, widzę wyraźnie, że to był wyjątkowo pięknie zrobiony spektakl z Twoją wybitną kreacją, a ja wtedy nie w pełni to doceniłam.

- Tak jest z teatrem. Istnieje tylko w pamięci. Mówimy o filmach przy okazji retrospektywy, a zahaczamy o rzeczy, które naprawdę minęły.

- Powiedz parę słów o nagrodzonej roli.

- Grałam Matyldę, która była duchem kochanki pana Belasco, impresaria teatralnego. Graliśmy w starym teatrze Victory, jeszcze nie w pełni odrestaurowanym, który dopiero co przestał być kinem specjalizującym się w pokazach filmów karate. Publiczność siedziała na scenie, ja grałam w loży.

Na przyjęciu po premierze powiedziałam właścicielowi budynku, że chętnie bym wynajęła wielkie apartamenty pana Belasco. On na serio potraktował mój żart i powiedział, że tego nie może wynająć, ale ma inne, mniejsze... Tak znalazłam się w samym środku Manhattanu, zgodnie z naukami mojego dziadka, który przed pierwszą podróżą za granicę radził: "Pamiętaj, dziecko, zawsze choćby najmniejszy pokój w najlepszym hotelu, nigdy odwrotnie".

- Nowy Jork potrafi traktować nas ostro, po macoszemu.

- Może to i dobrze. Taki drobiazg: ludzie mnie rozpoznają po głosie. Wracając z Polski do Nowego Jorku łapałam się na tym, że głośniej mówiłam, głośniej o coś poprosiłam w sklepie. To był odruch, bo spodziewałam się, że ludzie się usuną i powiedzą, ależ proszę, pani Elżbieto. Na szczęście, już po pierwszej próbie widziałam, jaki to absurd. Nowy Jork uczy cię śmiać się z samej siebie.

- Anonimowość w tym mieście jednak często bardzo nam ciąży.

- W godzinie nieszczęścia anonimowość z przekleństwa może stać się błogosławieństwem.

- Masz bogactwo doświadczeń. Potrafisz na swoje sukcesy i porażki patrzeć z przymrużeniem oka, co jest bardzo atrakcyjną perspektywą. Chcę wierzyć, że sama o tym napiszesz, choć myślę, że raczej w wersji scenariusza filmowego.

- To dobrze brzmi. Ale ja jestem produktem SPATIF-u w Warszawie, w którym wspaniali ludzie godzinami siedzieli przy stole i opowiadali scenariusze filmowe. Tylko nikt ich nie spisywał i tych filmów nie robił.

- Ale nie siedzisz teraz przy stoliku w SPATiF-ie. Jesteś może w "najmniejszym pokoju", ale w "bardzo dobrym hotelu" świata. Przywołałaś na początku Agnieszkę Osiecką, a więc raz jeszcze odnieśmy się do jej słów. Ładnie wspominała Twoje występy w STS-ie, Wasze wspólne konspiracje i eskapady. Szczególnie wyraziście brzmi jej uznanie: "Imponowało mi to, że Ela zawsze miała pomysł na życie".

- Bardzo dobrze powiedziane, i co z tym pomysłem Ela zrobiła?

- Znak zapytania jest dobrym początkiem. Po zakończeniu festiwalu zabieraj się do pisania.

Nowy Jork, 3 maja 2005 r.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail