Wolność może być żywiołem
Z Marzeną Brodą rozmawia Maria Kornatowska
Maria
Kornatowska: - Pani powieść "Nie dotykać Normana Hammera"*
jest dla mnie w jakiejś mierze powieścią o kondycji emigranta,
o sytuacji totalnego wyobcowania, choć, oczywiście, Pani bohater
emigrantem nie jest. Czytam jednak tę książkę jako metaforę.
Marzena Broda: - Jesteśmy przypisani do określonego
kraju, kultury, obyczajowości, literatury. Emigrant - człowiek
oderwany od swych korzeni - jeśli chce normalnie funkcjonować
- musi stworzyć nowy świat opierając się na własnym wnętrzu
i wyobraźni. Żyje w oddaleniu od ojczystego języka, ojczystej
mitologii i od znanych sobie realiów. Boli go poczucie nieprzystosowania.
Jego sytuacja jest konkretna, ale i metafizyczna. Układa się
w metaforę ludzkiego losu. I tak zamierzyłam opowieść o Normanie
Hammerze. O człowieku samotnym, rzuconym w obojętny świat,
w którym spotyka dziwnych ludzi, od których obecności odcina
się, odmawiając im swojego dotyku. Np. Maggie Tores, żyjącej
w domu przypominającym dom pogrzebowy, gdzie płoną świece,
a ona modli się do fotografii doktora Kevorkiana, wyciętej
z New York Timesa.
- Współczesna tzw. młoda polska literatura podejmując
problematykę ludzi młodych idzie raczej w innym kierunku,
w stronę swoistej socjologii, a przede wszystkim w stronę
brutalizowania rzeczywistości.
- Poszukuję w literaturze wartości uniwersalnych. Literatura
jest fikcją i choćby z tego zasadniczego powodu nie powinna
wkraczać na tereny zastrzeżone dla publicystyki. Socjologizowanie
nie jest domeną fikcji, bierze się z potrzeby dokumentowania
rzeczywistości. A ona sama z siebie jest dostatecznie brutalna.
Literatura rządzi się przekazem metaforycznym. Pisząc o sprawach
związanych z przemocą, na przykład - sublimuję je. Odrzucam
dosłowność. Przetwarzam rzeczywistość. Opisywany przeze mnie
świat Normana Hammera jest przeciwieństwem tego, co on przeżył.
Nie używam języka przemocy. To kwestia określonej estetyki.
Trudno w rzeczywistości, która nas otacza, odszukać jasne
punkty. Życie jest ciemne, ale trzeba w nim znaleźć okno,
przez które będzie wpadał promień światła.
- Czy dla Pani takim oknem jest język właśnie?
- Jestem poetką i kontakt z literaturą, ze światem nawiązywałam
poprzez poezję. Wychodzę do świata używając jej języka. Najpierw
były to poetyckie przestrzenie autorów odmiennych od siebie,
odległych również w czasie i w przestrzeni. Kochanowski, Mickiewicz,
Rilke, Hölderlin, Yourcenar, Frost, Bishop, Brodski,
Hopkins, Mandelsztam, Achmatowa i oczywiście Cwietajewa -
oni ukształtowali mój literacki smak, moją estetykę.
- Czy pobyt w Ameryce wpłynął w jakiś szczególny
sposób na Pani twórczość?
- Moja wcześniejsza twórczość również brała się z wyobraźni,
rozgrywała w wyobraźni. Właściwie mogłabym powiedzieć, że
w niej chroniłam się przed rzeczywistością, choć przecież
metafizyka jest nierozerwalnie złączona z realnym życiem,
gdzie ma swoje korzenie. W tradycji "wielkich poprzedników"
wzorem dla mnie był John Donne, świetnie osadzony w rzeczywistości.
Jestem dobrym obserwatorem, nawet jeśli mnie nie widać, to
nie znaczy, że mnie nie ma, a to krok od tego, by aktywnie
uczestniczyć w życiu. A może, po prostu, moja aktywność życiowa
jest właśnie tego rodzaju, że podróżuję razem z Ziemią, patrząc
przez okno.
- Ale Pani powieść jest przecież także powieścią
o Ameryce. Ameryce widzianej inaczej niż w dotychczasowej
polskiej literaturze. Znów jest to metafora, a nie obraz realistyczny.
Doświadczeniom swego bohatera, a zapewne i własnym, nadaje
Pani wymiar uniwersalny.
- Hammer jest outsiderem. Nie rzuca się w nurt życia. Nie
uczestniczy w nim w sposób istotny, na poziomie komunikacji
głębokiej. Ale społeczeństwo amerykańskie na pierwszy rzut
oka nie komunikuje się głęboko. Ludzie reagują na siebie raczej
powierzchownie, co nie znaczy, że tej głębi nie ma. Trzeba
się do niej dokopać. Taką głębię Hammer odnajduje w kontakcie
z Sharon i Frankiem Watersami. Staruszkami żyjących na uboczu,
w Pensylwanii. Ich wzajemny stosunek do siebie to czysta poezja.
- Źródło "choroby" Hammera tkwi w lęku przed bliskością.
Ten lęk nie pozwala mu żyć "normalnie". On stale ucieka przed
innymi, ale i, może w głównej mierze, przed sobą. W końcu
zabija się.
- Jeśli już, to w lęku przed bliskością z ludźmi, którzy
są dziwniejsi niż on sam. Oni również boją się dotyku, czyli
bliskiego kontaktu, ale ich lęk uzewnętrznia się inaczej.
Lęk przed bliskością dotyczy przecież każdego z nas i w pewnym
stopniu jest też bardzo amerykański. To widać zwłaszcza kiedy
poznaje się tzw. amerykańską prowincję. Jest to również jasne,
kiedy czyta się amerykańską literaturę, bo jest w niej wiele
na ten temat. Rzecz ciekawa, czytelnicy odrzucają myśl o śmierci
Normana. Pragną, by żył. Perspektywa dalszego ciągu jego życia
jest dla nich ważna, odnajdują w nim siebie, niezależnie od
różnicy doświadczeń. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety. To
było dla mnie zaskakujące. Czytelnicy niezmiennie pytają,
co się dzieje z Normanem, a przecież dalszy ciąg jego historii
zależy od nich samych. Dla mnie to znak, że mój bohater jest
prawdziwy i żyje życiem, na które nie mam już wpływu.
- A dlaczego Hammer opuszcza Louise? Dlaczego rezygnuje
z niej? Przecież jest mu w jakiś sposób bliska? "Są częścią
wspólnej całości. Rozłupaną bryłą. (...) odpowiadają swoim
wyobrażeniom".
- Hammer i Louise to rewers i awers. On ucieka przed dotykiem,
ona nie może bez niego żyć - jest rzeźbiarką. Kiedy się im
przyjrzymy, zobaczymy, że obydwoje chronią się we własnych
światach, ukształtowanych przez specyficzną wrażliwość, która
wyostrza empatię i nie pozwala poczuć się bezpiecznie w świecie
pełnym ludzi. W kontakcie z nimi Louise i Hammer wchłaniają
ich emocje, jak gąbka. To rani. Dlatego nawet miłość nie niesie
im nadziei na trwałą relację, choć jest to uczucie najpiękniejsze,
budujące. Miłość do Louise daje Hammerowi siłę do popełnienia
samobójstwa. Człowiek w stanie depresji nie zabija się. Brak
mu siły i woli działania. Spotkanie z Louise dało mu taką
siłę.
- Co jest, Pani zdaniem, najistotniejsze w kontakcie
z drugim człowiekiem?
- Bliskość i dotyk. Współodczuwanie, a następnie zrozumienie.
- Stylizacja językowa sprawia, że Pani powieść
estetyzuje cierpienie bohaterów, a zwłaszcza Normana, dystansuje
nas od niego emocjonalnie. To wszystko jest smutne, może i
tragiczne, ale przede wszystkim piękne.
- Dystansuje emocjonalnie? Przeczą temu reakcje czytelników.
Oni się z Hammerem utożsamiają. Pytają o jego dalsze losy.
Estetyzując chciałam obudzić w czytelniku współodczuwanie.
Nie chodziło o wywoływanie pierwotnych, instynktownych reakcji
emocjonalnych. Nie skłaniam się ku brutalizacji języka, wystarczająco
głośno brutalność, agresja rozbrzmiewają wokół. Za dużo ich,
by sycić tym literaturę i siebie. Do świata innego człowieka
trzeba zbliżać się szeptem, a czasami na palcach. Hammer właśnie
tak podchodzi do napotykanych ludzi. Jest nieinwazyjny i ciepły.
Czuły na każdą obecność. Ma maksymalnie rozwinięty zmysł empatii.
Jest ponadprzeciętnie wrażliwy. Ucieczka przed dotykiem to
jeden z jego mechanizmów obronnych, aby dotrwać do tego najważniejszego
momentu w życiu, jakim jest śmierć. Odsunąć ten moment w czasie,
bo on go już widzi w bocznym lusterku chevroleta, którym przemierza
Amerykę.
- W Pani powieści ważną rolę odgrywa natura.
- W Ameryce fascynuje mnie niemal organiczna bliskość natury.
Jej wszechobecność. To wciąż jeszcze kraj dziki, nieoswojony.
Ameryka działa na instynkt, rozbudza go. To czuje się w zachowaniach
ludzkich, w postawach społecznych. Coś zwierzęcego, a zarazem
opanowanego do perfekcji. Starałam się w powieści przekazać
ten mój odbiór amerykańskiej rzeczywistości. Choćby sposób
istnienia zwierząt, przenikania się świata ludzi i zwierząt.
To przejmujące, kiedy możemy podejść do sarny i dać jej jabłko,
a ona nie ucieka. Siłą Ameryki jest przestrzeń prawdziwej
wolności, gdzie w pełni może się realizować twórcza natura
ludzkiej jednostki. Choć to kraj wielkich nierówności, to
zasadniczo panuje w nim prawdziwa wolność, otwartość, a to
czasami w imię szeroko pojętej wolności może komplikować kontakt
z drugim człowiekiem. Amerykańska wolność jest dla mnie kolejnym
żywiołem natury.
- Mnie się wydaje, że nas, ludzi z ciasnej, przeludnionej
Europy, fascynuje w Ameryce przestrzeń. Nieogarniona. Ta przestrzeń
daje poczucie prawdziwej wolności. Jej wyrazem i symbolem
jest szybka jazda samochodem. Pisze Pani: "Chciał, by nic
go nie odrywało od wpływającej w niebo autostrady i powietrza,
pozwalającego swobodnie oddychać. (...) Wciskając gaz do dechy,
wyobrażał sobie nieskończoność". To bardzo znamienne. W Normanie
jest charakterystyczna dwoistość: lęk przed bliskością i tęsknota
do absolutnej wolności. Bolesne ograniczenie i pragnienie
nieskończoności. "Patologia" i metafizyka. Myślę, że trafia
Pani w istotę dylematów dzisiejszego człowieka. I stąd, być
może, biorą się zaskakujące reakcje czytelników.
- Moja opowieść o życiu Normana Hammera może być historią
każdego człowieka. Wszyscy przecież mamy chwile, kiedy osłaniamy
się przed dotykiem. Przed inną obecnością niż własna, mówiąc,
na przykład, "uraziłeś mnie. Nie zbliżaj się do mnie. Nie
dotykaj". To duże uproszczenie problemu, ale są takie chwile,
kiedy nie chcemy być blisko drugiego człowieka. Właśnie te
chwile, czasami dłuższe, a czasami nie, czy nie mogą być chwilami,
gdy marzymy o absolutnej wolności?... Ale nawet gdy taka chwila
się przedłuża, niewielu zdobywa się na radykalny krok, jak
Norman. On znalazł w sobie jakiś ostateczny powód do przemiany,
bo tak należy rozumieć jego zniknięcie. Józef Maria Bocheński
powiada, że jeśli tracimy wiarę i szanse na to, by nasze życie
nie sprawiało nam bólu, odmieniło się na lepsze, mamy prawo
powiedzieć Bogu "nie". W całym trudnym istnieniu Normana Hammera
najważniejsze chyba było, że udało mu się ocalić swoją duszę
w bardzo niełatwym świecie. Zachować moralny, etyczny pion,
który pozwolił mu odszukać miłość. Ona zaprowadziła go do
światła. A światło jest spokojem umysłu i serca.
--------------------
* Marzena Broda, Nie dotykać Normana Hammera,
Wydawnictwo Muza, Warszawa 2004, s. 153, cena 10 dol. plus
6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia
w Księgarni Nowego Dziennika).
|