PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 6 maja 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Latające kufle
i inne aluzje

Majówkę postanowiłem spędzić samotnie na tak zwanym łonie przyrody. W Bieszczadach spotkałem dziki tłum, depczący deptaki połonin, Polańczyka, Ustrzyk Dolnych i Górnych. Uciekłem więc w doliny, zwane - nie wiadomo, dlaczego - "dołami" Jasielsko-Sanockimi, by spotkać podobne tłumy na deptakach Iwonicza i Rymanowa. Spróbowałem więc poszukać azylu na pustym przez rok Boży lotnisku w Krośnie, ale tam zastałem tłum większy niż w Disneylandzie, ujeżdżający karuzelę o swojsko brzmiącej nazwie Crazy Wave, ciuchcię o nazwie wypierającej niemodny dziś Orient - Canada Express, oblepiający żywym obrusem stoliki z parasolami o dziwnie w tym towarzystwie brzmiącej nazwie Żywiec oraz słuchający wycia zespołów o nazwach bardziej wpadających w ucho niż ich muzyka, na przykład wyraźnie aluzyjna politycznie Utracona Prawda, czy wyraźnie kryproleklamiarska Tortellini Blues Machine. Nie jestem wielbicielem pierożków tortellini, być może dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego toruńska kapela nie postępuje i występuje bardziej patriotycznie, reklamując toruńskie pierniki.

Tylko nieliczni przedstawiciele natchnionego tłumu w przerwach między jednym a drugim plastikowym kuflem zauważali majestatycznie sunące po niebie kolorowe narzędzia do wozduchopławanija - jak pięknie mówią Rosjanie o puszczaniu się balonem. Uwagę wielbicieli złocistego napoju mogły przykuć dwa aerostaty w kształcie wielkich kufli. Latające kufle jakoś dziwnie aluzyjnie startowały najbliżej tak zwanej betonki, czyli pasa startowego wybudowanego przez Niemca, knującego od początku wspólnie z Rosjanami rozpoczętej wojny inwazję na sojusznika. Wszyscy znamy zamiłowanie naszych zachodnich sąsiadów do chmielu, ale żeby aż tak robić ich w balona, przypominając dwoma kuflami okrągłą rocznicę przegrania przez nich II wojny?

Na tej aluzyjnej betonce lądowali i Hitler, i Mussolini. Dzisiaj została z niej już tylko zapowiedź lotniska, bo władze województwa podkarpackiego od dawna myślą o zatarciu ostatnich śladów obecności faszystów na tych ziemiach, a razem z nimi starciu z mapy i całego aerodromu. Wielu miejscowym "bizinesmanom" (tak o sobie mówią: bi-zi-nes) marzą się tu bloki i supermarkety, bo po co komu na podkarpackiej prowincji lotnisko? Czasy globalizacji, rosnącego ruchu turystycznego czy prywatnych lotów na Księżyc najwyraźniej nie dotyczą tej części Galicji. Broni się ona przed cywilizacją rękami i nogami, a zwłaszcza rękami, wyciągniętymi po złote runo doraźnych zysków. Ciągniętych ze złotego chmielu, rzecz jasna (jak małe jasne).

Do wyobraźni władz Podkarpacia nie przemawia chyba pamięć o Janie Pawle II, który na tymże lotnisku odprawił w 1997 r. mszę świętą dla pół miliona wiernych, gratulując pięknego pola wzlotów, także duchowych. Odkąd zabrakło Ojca Świętego, światli krośnianie, skupieni między innymi w powołanym właśnie Stowarzyszeniu Rozwoju Lotniska, upatrują zbawienia lotniska w Benedykcie XVI, bo kto wie, może zdąży zlecieć i na ten piękny szmat ziemi, zanim zaleją go asfaltem? Papież niemieckiego pochodzenia może uratować poniemiecką betonkę, a w konsekwencji i całe polskie lotnisko - niebywałe zrządzenie niebios, jak wszystko, co związane z Karolem Wojtyłą.

Dziwnie się w tym kraju porobiło, że krajanie kroją i dzielą swój zagon z nadzieją szybkich zysków, a obcy chcą go ochraniać i restaurować. Na terenach bliskich niemieckiej granicy domy remontują przeważnie przybysze z zachodu Europy, kupujący ziemię z myślą o osiedlaniu się w pięknej polskiej dziedzinie. Miejscowi myślą cokolwiek inaczej, by nie powiedzieć: całkiem śmiesznie. Sąsiedzi Olgi Tokarczuk, zamieszkałej w okolicach Nowej Rudy, wyłożyli mi kawa na ławę swoją filozofię: nie remontują poniemieckich domów, bo jeszcze, panie, Niemce wrócą, to i po co? Na południowym wschodzie kraju, tam, gdzie akcja "Wisła" jedną potężną miotłą wymiotła w kraj i za granicę dziesiątki tysięcy rodowitych mieszkańców tych gór, jest już inaczej: rosną jak grzyby po deszczu murowane maszkary, obliczone na agroturystów, czyli wszelkiej maści noclegownie, restauracje, bary i sklepy. Życie płynie w Bieszczady rzeką żywca, a Rysiek Kominiarz z Baligrodu, przygrywający na harmoszce w Solinie, jest już reliktem czasów minionych.

Gdy zjeżdżam w Bieszczady, jeszcze tylko czytanie Stanisława Vincenza przywraca mi przeszły klimat tej ziemi. Ta wspaniała proza dotyczy co prawda Pokucia i Huculszczyzny, ale można ją zastosować i do naszej góralszczyzny, tym bardziej że nie mamy w naszej literaturze równie pięknej i wiernej pochwały Tatr i góralskiego życia, co dał Vincenz Bukowinie, Gorganom i Hucułom w Na wysokiej połoninie. Lektura tego dzieła uczy zasady dobrego pisarstwa: to trzeba kochać. I zawód, i kraj, i człowieka, którego opisujemy. Wspaniała pamięć Vincenza, która pozwoliła mu na emigracji w Chamonix dokończyć zaczętą przed wojną karpacką trylogię, była jak naładowany akumulator umiłowania stron ojczystych. Jego piórem wodziła ta sama tęsknota, która pozwoliła Adamowi Mickiewiczowi napisać w Paryżu Pana Tadeusza, ba - oddać w szczegółach obrazy, barwy, zapachy, nazwy i całe frazy zapamiętane na ojcowiźnie.

Nasi praojce świetną mieli pamięć, podczas gdy nasza? Piszę te słowa 2 maja, czyli w miesiąc po śmierci Papieża, i widzę raczej powszechny powrót do niepamięci. Nawyk szybkiego zapominania o naszych wielkich i ich dokonaniach jest równie silny, jak potrzeba tłumnych zgromadzeń w świątyniach oraz miejscach bogatych w napoje procentowe. "Polska zerka w przyszłość, żyje do przodu, nie do tyłu" - jak usłyszałem z okazałych, a pełnych ust pewnej poetki, sączącej na lotnisku przeznaczonym do rozbiórki piwo rurką, w celu bardziej skutecznego wchłonięcia złotego runa przez organizm pożądający natchnienia jak zbawienia. Czego jej życząc z niemałą ulgą oddaliłem się w kierunku pustawej w porze majowego weekendu Warszawy.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail