PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 29 kwietnia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Fart,
czyli fatum

Po dniach smutku i paraliżującego poczucia straty, osierocenia i bezradności nadchodzą dla Polski dni zasłużonego wypoczynku. I to dzień po dniu, jakby kalendarz pragnął nam wynagrodzić z nawiązką dni żalu i beznadziei: Święto Pracy, Dzień Polonii (obchodzony, chyba nie bez powodu, w rocznicę wybuchu trzeciego powstania śląskiego) oraz święto Konstytucji 3 maja. No tak, ale jak spojrzymy na pierwsze trzy dni maja bez entuzjazmu, chłodnym okiem, nawet nieuzbrojonym w mędrca szkiełko - dostrzeżemy bez trudu, że nie ma się znowu z czego cieszyć.

Święto Pracy nigdy nie było świętem pracy, a świętem partii - przynajmniej w PRL-u. Dzień Polonii jest kolejną okazją do wyciągania z portfela nieuregulowanego nigdy rachunku krzywd, poniesionych przez przymusowych najczęściej emigrantów. Chwalebna rocznica Konstytucji 3 maja ciągnie za sobą długą smugę cierpień - począwszy od klęski w wojnie z Rosją, usiłującą odzyskać dominację w Rzeczypospolitej. A potem to już tylko jedno długie pasmo nieszczęść, poczynając od przystąpienia króla Stanisława Augusta do konfederacji targowickiej. Konstytucja, a raczej jej ustalenia prawne i pozaprawne zostały zniweczone. Innymi słowy - przestała obowiązywać, stała się - jak większość szczytnych ideałów każdej kolejnej Rzeczypospolitej - li tylko symbolem.

Nie będę przywoływał wyświechtanego nieco przykładu Solidarności (bo właśnie to zrobiłem), ale gdyby się dokładniej wsłuchać w szepczącego schorowanymi płucami tego "ideała" - jak mawiają na Żoliborzu - ślady przegranej wojny po wygranej bitwie zarysowały się już po trzecim rozbiorze i całkowitej rozbiórce I Rzeczypospolitej. Ba, widać je już w straconej wiktorii grunwaldzkiej.

Coś dziwnego jest w naszym narodzie, jakaś skaza genetyczno-historyczna, która każe nam niszczyć owoce własnych sukcesów, jakbyśmy się lękali życia udanego. Chorobliwe polskie utyskiwanie na swój los zbyt chyba głęboko weszło w charakter narodowy. Żyć i pracować w Polsce współczesnej z twarzą zadowoloną, dobrym słowem dla współobywateli - jest grubym nietaktem. Powszechnie za to akceptowane jest kultywowanie idei braku historycznego, geopolitycznego, i w ogóle - życiowego fartu. Na miejsce fartu wstawiliśmy fatum i dobrze nam z tym, oj, dobrze.

Dwa tygodnie narodowej żałoby, jakie przeżyliśmy po odejściu najlepszego z nas, zachwiały na krótką historyczną chwilę stereotypem Polaka-ofiary historii. Lekko skrzywieni siadamy teraz przed telewizorami, gdzie nam pokazują, że jednak Ormianie cierpieli od nas jakby bardziej i wcześniej. Niedawno wziąłem udział w ożywionej dyskusji na temat: jak i przez kogo dostatecznie poinformować świat o miejscach i okolicznościach, datach i sprawcach polskich kaźni narodowych. Nieśmiało zauważyłem, że świat nie jest tym specjalnie zainteresowany, bo ma na głowie ważniejsze jakby i bardziej przerażające tragedie niż nasza własna, z naszego, subiektywnego punku widzenia horrendalna i okropna. Ofuknięto mnie jako "kosmopolitę", a może i "kosmitę", a ja broniłem się argumentem mojego 7-letniego niegdyś syna, którego zapytano w polskim domu, w czasie wakacyjnego w Polsce bytowania, co wie o Katyniu. Odpowiedział zgodnie z prawdą, że nic, bo w kanadyjskiej szkole ich o tym nie uczyli. Pełne przygany spojrzenia moich przyjaciół nakazywały mi natychmiast uzupełnić historyczną wiedzę moich dzieci o narodowe tragedie. Jakby wiedza o nich miała te dzieci, żyjące w innym świecie, uczynić bardziej szczęśliwymi mieszkańcami planety dzieciństwa. Wtedy zrobiłem unik i kupiłem dzieciom angielskojęzyczne wydanie Bożego igrzyska Normana Daviesa.

Teraz czytam w Polityce ciekawą rozmowę Jacka Żakowskiego z profesorem Daviesem, przeprowadzoną dziesięć dni po śmierci Papieża. Oto jej fragment. Davies: "Dziś jestem w Oksfordzie po miesiącu spędzonym w Krakowie. Wróciłem i nie umiem się znaleźć w moim własnym domu, już nie rozumiem sąsiadów, nie wiem, co tu się dzieje, więc mam wobec Polski same dobre uczucia. Tydzień temu powiedziałbym: Polska to znak zapytania. Jaka się teraz stanie? Ale gdyby mnie pan zapytał dwa tygodnie temu, tobym powiedział: polactwo". Żakowski: "Czyli?". Davies: "Cwaniactwo. Chamstwo. Rozpychanie się łokciami. Brak szacunku dla innych. Na przykład mówią mi: 'Pan profesor jest w programie konferencji. Program już rozesłany'. 'Ja o tym pierwsze słyszę!?'. 'Ale nam zależy...'. Ja nie wierzę, że istnieje stały charakter narodowy, ale jednak w różnych miejscach świata ludzie różnie się zachowują, bo przeżywali różne stresy, dramaty czy nadzieje. Polacy, żeby przeżyć, pewnie musieli się rozpychać łokciami...". I dalej: "(...) społeczeństwa się różnią. Ale też się zmieniają. Dziś Polacy są tacy. Za 10 lat będą inni. Nic przecież nie jest wieczne".

Norman Davies powiedział rzecz podstawową, która tu i ówdzie przewija się w komentarzach, ale nie tak wyraziście - o wiele uważniej słuchamy przecież opinii ludzi Zachodu niż własnych: "Ojciec Święty (...) wyleczył wielką psychiczną ranę, która długo gniła. Całe powojenne pokolenie w Polsce było upośledzone, poniżone. Stąd się brała z jednej strony polska megalomania - 'my jesteśmy najlepsi' - a z drugiej jakiś kompleks, że sobie nie radzimy, że jesteśmy gorsi. I nagle Polak siada na tron św. Piotra. To było doskonałe lekarstwo dla polskiej zbolałej duszy. Polak się udał na niesłychaną skalę! To były potężne, najgłębsze emocje. A teraz go nie ma... Polacy muszą sobie radzić bez tego oparcia".

Jak sobie poradzą, jak sobie poradzimy - jeszcze nie wiemy. Na razie czeka nas długi, majowy weekend, który wielu z nas po prostu prześpi, odsypiając stresy, nocne czuwania, lęki i smutki codzienności, w której się przebudziliśmy z długiego letargu bez błogiej już obecności dzielnego człowieka, który w polskiej zbiorowej świadomości "pilnował" naszych spraw wobec świata. I Boga także...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail