Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Fart,
czyli fatum
Po dniach smutku i paraliżującego poczucia straty, osierocenia
i bezradności nadchodzą dla Polski dni zasłużonego wypoczynku.
I to dzień po dniu, jakby kalendarz pragnął nam wynagrodzić
z nawiązką dni żalu i beznadziei: Święto Pracy, Dzień Polonii
(obchodzony, chyba nie bez powodu, w rocznicę wybuchu trzeciego
powstania śląskiego) oraz święto Konstytucji 3 maja. No tak,
ale jak spojrzymy na pierwsze trzy dni maja bez entuzjazmu,
chłodnym okiem, nawet nieuzbrojonym w mędrca szkiełko - dostrzeżemy
bez trudu, że nie ma się znowu z czego cieszyć.
Święto Pracy nigdy nie było świętem pracy, a świętem partii
- przynajmniej w PRL-u. Dzień Polonii jest kolejną okazją
do wyciągania z portfela nieuregulowanego nigdy rachunku krzywd,
poniesionych przez przymusowych najczęściej emigrantów. Chwalebna
rocznica Konstytucji 3 maja ciągnie za sobą długą smugę cierpień
- począwszy od klęski w wojnie z Rosją, usiłującą odzyskać
dominację w Rzeczypospolitej. A potem to już tylko jedno długie
pasmo nieszczęść, poczynając od przystąpienia króla Stanisława
Augusta do konfederacji targowickiej. Konstytucja, a raczej
jej ustalenia prawne i pozaprawne zostały zniweczone. Innymi
słowy - przestała obowiązywać, stała się - jak większość szczytnych
ideałów każdej kolejnej Rzeczypospolitej - li tylko symbolem.
Nie będę przywoływał wyświechtanego nieco przykładu Solidarności
(bo właśnie to zrobiłem), ale gdyby się dokładniej wsłuchać
w szepczącego schorowanymi płucami tego "ideała" - jak mawiają
na Żoliborzu - ślady przegranej wojny po wygranej bitwie zarysowały
się już po trzecim rozbiorze i całkowitej rozbiórce I Rzeczypospolitej.
Ba, widać je już w straconej wiktorii grunwaldzkiej.
Coś dziwnego jest w naszym narodzie, jakaś skaza genetyczno-historyczna,
która każe nam niszczyć owoce własnych sukcesów, jakbyśmy
się lękali życia udanego. Chorobliwe polskie utyskiwanie na
swój los zbyt chyba głęboko weszło w charakter narodowy. Żyć
i pracować w Polsce współczesnej z twarzą zadowoloną, dobrym
słowem dla współobywateli - jest grubym nietaktem. Powszechnie
za to akceptowane jest kultywowanie idei braku historycznego,
geopolitycznego, i w ogóle - życiowego fartu. Na miejsce fartu
wstawiliśmy fatum i dobrze nam z tym, oj, dobrze.
Dwa tygodnie narodowej żałoby, jakie przeżyliśmy po odejściu
najlepszego z nas, zachwiały na krótką historyczną chwilę
stereotypem Polaka-ofiary historii. Lekko skrzywieni siadamy
teraz przed telewizorami, gdzie nam pokazują, że jednak Ormianie
cierpieli od nas jakby bardziej i wcześniej. Niedawno wziąłem
udział w ożywionej dyskusji na temat: jak i przez kogo dostatecznie
poinformować świat o miejscach i okolicznościach, datach i
sprawcach polskich kaźni narodowych. Nieśmiało zauważyłem,
że świat nie jest tym specjalnie zainteresowany, bo ma na
głowie ważniejsze jakby i bardziej przerażające tragedie niż
nasza własna, z naszego, subiektywnego punku widzenia horrendalna
i okropna. Ofuknięto mnie jako "kosmopolitę", a może i "kosmitę",
a ja broniłem się argumentem mojego 7-letniego niegdyś syna,
którego zapytano w polskim domu, w czasie wakacyjnego w Polsce
bytowania, co wie o Katyniu. Odpowiedział zgodnie z prawdą,
że nic, bo w kanadyjskiej szkole ich o tym nie uczyli. Pełne
przygany spojrzenia moich przyjaciół nakazywały mi natychmiast
uzupełnić historyczną wiedzę moich dzieci o narodowe tragedie.
Jakby wiedza o nich miała te dzieci, żyjące w innym świecie,
uczynić bardziej szczęśliwymi mieszkańcami planety dzieciństwa.
Wtedy zrobiłem unik i kupiłem dzieciom angielskojęzyczne wydanie
Bożego igrzyska Normana Daviesa.
Teraz czytam w Polityce ciekawą rozmowę Jacka Żakowskiego
z profesorem Daviesem, przeprowadzoną dziesięć dni po śmierci
Papieża. Oto jej fragment. Davies: "Dziś jestem w Oksfordzie
po miesiącu spędzonym w Krakowie. Wróciłem i nie umiem się
znaleźć w moim własnym domu, już nie rozumiem sąsiadów, nie
wiem, co tu się dzieje, więc mam wobec Polski same dobre uczucia.
Tydzień temu powiedziałbym: Polska to znak zapytania. Jaka
się teraz stanie? Ale gdyby mnie pan zapytał dwa tygodnie
temu, tobym powiedział: polactwo". Żakowski: "Czyli?". Davies:
"Cwaniactwo. Chamstwo. Rozpychanie się łokciami. Brak szacunku
dla innych. Na przykład mówią mi: 'Pan profesor jest w programie
konferencji. Program już rozesłany'. 'Ja o tym pierwsze słyszę!?'.
'Ale nam zależy...'. Ja nie wierzę, że istnieje stały charakter
narodowy, ale jednak w różnych miejscach świata ludzie różnie
się zachowują, bo przeżywali różne stresy, dramaty czy nadzieje.
Polacy, żeby przeżyć, pewnie musieli się rozpychać łokciami...".
I dalej: "(...) społeczeństwa się różnią. Ale też się zmieniają.
Dziś Polacy są tacy. Za 10 lat będą inni. Nic przecież nie
jest wieczne".
Norman Davies powiedział rzecz podstawową, która tu i ówdzie
przewija się w komentarzach, ale nie tak wyraziście - o wiele
uważniej słuchamy przecież opinii ludzi Zachodu niż własnych:
"Ojciec Święty (...) wyleczył wielką psychiczną ranę, która
długo gniła. Całe powojenne pokolenie w Polsce było upośledzone,
poniżone. Stąd się brała z jednej strony polska megalomania
- 'my jesteśmy najlepsi' - a z drugiej jakiś kompleks, że
sobie nie radzimy, że jesteśmy gorsi. I nagle Polak siada
na tron św. Piotra. To było doskonałe lekarstwo dla polskiej
zbolałej duszy. Polak się udał na niesłychaną skalę! To były
potężne, najgłębsze emocje. A teraz go nie ma... Polacy muszą
sobie radzić bez tego oparcia".
Jak sobie poradzą, jak sobie poradzimy - jeszcze nie wiemy.
Na razie czeka nas długi, majowy weekend, który wielu z nas
po prostu prześpi, odsypiając stresy, nocne czuwania, lęki
i smutki codzienności, w której się przebudziliśmy z długiego
letargu bez błogiej już obecności dzielnego człowieka, który
w polskiej zbiorowej świadomości "pilnował" naszych spraw
wobec świata. I Boga także...
|
|