GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Wciąż
mam pod powiekami poszczególne sceny: w świetlnym kole wyznaczającym
niewielką "przestrzeń widzialnego" pojawia się wirujące ciało.
Znika w ciemności. Pojawia się następne. Znika. I następne,
choć to następne jest chyba tym samym, co pierwsze. Krążą
ku i krążą od. Tak szybko, że widać tylko ruch. Wir luźnej
szaty. Wir ramion. Wir pojedynczego ciała składający się we
wspólny wir koła. Sam wir - ruchu i śpiewu.
Kobieta! Mężczyzna! Dziecko! Dziewica! Poszczególni aktorzy
wykrzykują pojedyncze słowa i na moment układają dłonie i
ramiona w dramatyczny gest. Znak zapytania ciała przemienia
się w znaczący obraz: w wizualny odpowiednik czy symbol słowa.
Lekcja cheironomii, sztuki gestu, ciągnie się dalej: Świątynia!
Zagroda! Rozumiem! Nie rozumiem! Not understand! Oto
ciało w służbie słowa. Oto poszukiwanie gestu, który ma oddać
emocjonalny ładunek dźwięku. Zjednoczyć się ze słowem w spójną
jedność.
Scena uczty. Muzyka zachęca do tańca. Słychać śmiech. Śpiew.
Śpiew jednak jest zbyt głośny, taniec też jak w gorączce,
w coraz gwałtowniejszym rytmie. Wiesz, że ten bankiet źle
się skończy zanim się cokolwiek stanie. Groźnie bawią się
pijani. Śmiech gdzieś z brzucha, nie z serca. Głód wyuzdanego
tłumu. Ta młoda dziewczyna, prawie dziecko, zostanie skrzywdzona.
Teraz Elektra szlocha. Jej lament wznosi się jak modlitwa.
Inne dzieci ją pocieszają, lecz ona nie zazna pocieszenia.
Lament zamieni się w gniew, w żądzę zemsty. Skąd jednak wiem,
że to Elektra? Przecież gwałt nie jest częścią jej historii.
Przynajmniej nie tej starogreckiej, o rodowej zemście, o przekleństwie
ciążącym nad rodem Atreusza. Słyszę jednak szloch Elektry.
Jej szloch mnie porusza. Krąg świetlny, tak jak w pierwszej
scenie, przykuwa moją uwagę.
Na opustoszałej scenie pozostaje poeta. Jego powłóczyste
szaty są zbrukane, podarte. Ciało pochyla się w zmęczeniu.
Obwieszają go aktorskie maski. Oto Eurypides, ten co przywołał
na scenę Elektrę, Orestesa, Egista. Może tylko nadał kształt
echom mitu. Może dał życie marzeniu sennemu. Mocą słowa wywołał
postacie z cienia nie-bytu. Słowem oświetlił. Nadał osobowość.
Ale scena znowu się ożywia. Raz jeszcze wypełnia ciemność
tłum głosów, wir ciał, śpiewy. Postacie jedna po drugiej odzierają
Eurypidesa z masek. Wieszają je na stojących w głębi krzesłach-tronach.
Kiedy na końcu spektaklu rozświetlą scenę ostatnie reflektory,
zobaczymy tylko tyle: puste krzesła. Nieruchome maski. Cienie.
Kłaniających się nam aktorów.
Wielkie przedstawienie. Wielkie duchem i wielkie w wykonaniu.
Elektra, najnowszy spektakl przygotowany przez zespół
Gardzienice, ma skomplikowaną, wielopłaszczyznową strukturę.
Z jednej strony sugeruje kompozycję "otwartą", eksperyment
w ciągłym procesie tworzenia. Jest to szereg scen składających
się w podwójną opowieść, przedstawianą niechronologicznie:
o Elektrze i o Eurypidesie. Wyobrażam sobie, że zespół ciągle
jeszcze eksperymentuje z sekwencją scen. Włodzimierz Staniewski
nadal zmaga się z wątpliwościami co do przejrzystości przedstawienia.
Aktorzy dalej (Elektra pierwszy raz była grane publicznie
jesienią 2002 r.) pracują nad sztuką gestu, która ich fascynuje.
Coś dodają, coś zmieniają. Jeśli będę miała okazję zobaczyć
ich raz jeszcze, myślę, że będzie to już inny spektakl.
Z drugiej strony, jest to wyrazista i spójna całość, głęboko
przemyślana w zamierzeniach, wykonywana z imponującą precyzją.
Nic tu przypadkowego. Nic tu za mało czy za dużo. Główny efekt
wizualny stwarza ciało-w-ruchu, z minimalnym użyciem rekwizytów,
prawie bez dekoracji. W tym sensie Elektra zbliża się
do wizualnego odpowiednika muzycznej kompozycji. Przemawia
do nas fuzją obrazu z dźwiękiem. Apeluje logiką snu raczej,
niż racjonalnego dyskursu. Wciąga w fascynujący wir ciągłych
przemian. Z fragmentów różnych opowieści, z szybkiego ruchu,
z pulsu intensywnej muzyki, z rytmicznego jak oddech śpiewu,
z samego oddechu wreszcie składa tajemniczo niejednoznaczną
lecz potężną w ładunku emocjonalnym i bogactwie wizualnym
kompozycję. Oto roztańczone słowo.
Coś nowego w Gardzienicach się kluje, co wydaje mi się bardzo
ciekawe i pełne obietnic. (Pomocna jest tu książka Tadeusza
Kornasia Gardzienice, wydana przez Homini SC w 2004
r., w której można znaleźć bogactwo informacji o historii
zespołu, analizę poszczególnych przedstawień i ogólne przemyślenia
o naturze teatru.) Chyba nawet sam główny twórca nie jest
pewny, czego szuka. Parę razy Włodzimierz Staniewski powtarzał
w wywiadach, że jego zainteresowania przesuwają się ostatnio
od spraw między człowiekiem a Bogiem do spraw międzyludzkich.
Że fascynuje go spirala zbrodni. Szczególnie zaś pociąga tajemnica
natury kobiety, którą tak trudno mu zrozumieć.
Tak sobie myślę jednak, że tajemnice, o które tu chodzi,
to nie sprawy różnic płci. Nie tyle fascynująca i trudna do
zrozumienia jest szczególność psychiki kobiety, co w ogóle
paradoksalna natura człowieka. Określa nas przecież wyrazista
podwójność. Jestem - w tym konkretnym, jedynym ciele. Z pryszczem
na twarzy. Z uszkodzonym kolanem. Cielesna i stąpająca po
ziemi. Ale nie można mnie zamknąć w biologicznym bycie. Człowiek
to istota, która wymyka się takiemu ograniczeniu. Marzy o
wolnym locie. Tęskni za absolutem. Nieuchronnie osadzeni w
czasie i poddani działaniu czasu, mierzący siebie w rytmie
upływających lat, w godzinach i minutach jednocześnie potrafimy
wyobrazić sobie wieczność. Sięgamy ku gwiazdom.
Poszukiwania, którego wyrazem jest Elektra Gardzienic,
praca nad "alfabetem gestu", fascynacja słowem jako wielowarstwową
rzeczą, której pełne znaczenie ukrywa się w syntezie różnych
warstw - myśli, dźwięku i gestu - jest dla mnie symbolicznym
wyrazem tęsknoty za zrozumieniem tej właśnie paradoksalnej
natury człowieka. Nasze uduchowienie potrafimy wyrazić tylko
przez cielesność. Jak pokazać - to znaczy, uczynić widzialnym
(gest) - myśl? Jak wyśpiewać miłość? Jak oddać ruchem znaczenie
słowa strach? Jak zrozumieć (logika) i pogodzić się (uczucie)
z naszą śmiertelnością?
Przedstawienie nie tyle jest opowieścią o tragedii Elektry,
ani o jej okrutnym zwycięstwie w zemście. Opowiada przede
wszystkim o poecie. O człowieku jako twórcy. O procesie tworzenia
siebie. To taniec słowa o potędze sztuki.
*
Ostatnio mamy szczególny a zdumiewający renesans Tennessee
Williamsa. Nie jest to pisarz łatwy. Jego dramaty nie są atrakcyjnie
"pełne akcji" i iskry bożej. Ten piewca podskórnych smutków,
niespełnionych pragnień i emocjonalnych uwikłań niemożności
potrafi wyjątkowo udanie uchwycić beznadzieję małych klęsk,
które składają się na wielką życiową przegraną. Potrafi oddać
tak gorycz wyrzutu sumienia jak i smak tęsknoty za pocieszającym,
a niemożliwym błogosławieństwem rozgrzeszenia.
Szklana menażeria, wczesna sztuka Williamsa (z 1944
r.), przygląda się uważnie jednemu z wariantów jego głównego
tematu indywidualnych konfliktów w kontekście szerszych rodzinnych
problemów. Rodzina Wingfieldów, wyrzucona przez Wielki Kryzys
poza nawias swojego naturalnego środowiska zasobnej plantacji
na Południu USA, wegetuje na marginesie miejskiej biedy. Nikt
z jej członkównie potrafi się przystosować do nowej rzeczywistości.
Nikt nie może odnaleźć gruntu pod nogami.
Wybór, jaki widzi przed sobą młody Tom jest podobny do wyboru
rodzaju egzekucji przez skazańca. Pozostanie w "rodzinnej
pułapce", starając się spełnić odpowiedzialność za byt matki
i ułomnej siostry, do czego wydaje się organicznie niezdolny.
Albo z domu ucieknie, wpadając w pułapkę wiecznej ucieczki
i niemożności znalezienia przystani. Pójdzie w ślady nieobecnego
ojca, który poddał się tęsknocie za "szerokim horyzontem".
Poetycko melancholijna sztuka pamięci - przyglądamy się dramatowi
przez pryzmat wspomnień starszego Toma, z daleka w czasie
i w przestrzeni od tamtych dramatycznych decyzji - doczekała
się wyjątkowo udanej, poetyckiej inscenizacji. Na ogólny efekt
w niemałym stopniu złożyła się sugestywna scenografia Toma
Pye'a i subtelna gra świateł Natashy Katz.
Lecz główną siłą przedstawienia jest wyśmienita gra zespołu.
Reżyser David Leveaux zaryzykował dobierając aktorów znanych
z kreacji filmowych raczej niż teatralnych. Ryzyko jednak
zaowocowało nadzwyczajnie. Jessica Lange stworzyła fascynującą
Amandę, kobietę żyjącą przeszłością i wspomnieniem siebie
z innego czasu - beztroskiej młodości, wygody i wdzięku, eleganckich
balów. Jest beznadziejnie niepraktyczna. Zachłanna na uczucia.
Piekielnie denerwująca i pochłaniająca naszą uwagę. Posiada
dar Szeherezady.
Tylko o ile Szeherezada słowem co noc oddalała od siebie
śmierć, Amanda słowem nic nie zaczaruje. Może jednak spowodować,
że i my widzimy ją w dwóch wymiarach równocześnie: tak jak
jest i tak jak "powinno być". Zbiedniałą i prawie pokonaną.
W fantazji broniącą się wszelkimi siłmi przez utratą iluzji.
Wcale nie jesteśmy pewni, czy te iluzje należy rozproszyć.
Ciekawą kreację proponuje także Christian Slater. Jego Tom
jest beznadziejnie zagubiony wobec nierealistycznych oczekiwań
matki, wobec braku jakichkolwiek oczekiwań ze strony siostry
(wdzięcznie delikatna Sarah Paulson), wobec własnych sprzecznych
potrzeb. Dylemat Toma budzi naszą sympatię.
Otóż i problem. Wszyscy budzą naszą sympatię. Przypatrujemy
się bezsilnie sytuacji, gdzie nie ma winnych i gdzie nie ma
wyjścia. Nawet przypadkowy dżentelmen, który jak emisariusz
"prawdziwej rzeczywistości" wkracza na chwilę w tę rodzinną
nierzeczywostość poczuje się pokonany.
-------------------------------------------------------
Gardzienice, Elektra. Adaptacja tekstu,
reżyseria i dramaturgia gestu: Włodzimierz Staniewski we współpracy
z Mariuszem Gołajem; adaptacja starożytnych pieśni: Maciej
Rychły i Anna-Helena McLean; dźwięk: Aleksander Luber; animacja:
Daniel Tumanowicz i Rafał Tumanowicz. Występują: Anna Dąbrowska,
Mariusz Gołaj, Joanna Holcgreber, Anna-Helena McLean, Agnieszka
Mendel, Marcin Mrowca, Grzegorz Podbiegłowski, i in. Przedstawienia
7 - 24 kwietnia, La MaMa.
Tennessee Williams, The Glass Menagerie.
Reżyseria: David Leveaux; scenografia i kostiumy: Tom Pye;
oświetlenie: Natasha Katz; dźwięk: Jon Weston, muzyka: Dan
Moses Schreier. Występują: Jessica Lange (Amanda Wingfield),
Josh Lucas (The Gentleman Caller), Sarah Paulson (Laura Wingfield)
oraz Christian Slater (Tom Wingfield). Premiera 15 marca,
spektakle do 17 lipca. Ethel Barrymore Theatre, 243 W. 47
St. przy Broadwayu.
|