|
Nakładem wydawnictwa "Twój Styl" ukazała się niedawno
książka kanadyjskiej autorki Ewy Stachniak pt. Konieczne
kłamstwa (tyt. oryg. Necessary Lies). Powieść
ta została uznana za najlepszy debiut powieściowy Kanady
w roku 2000. O tłumaczeniu, trudnych powrotach do historii
oraz emigracji rozmawia z autorką Eliza Sarnacka-Mahoney.
|
Odkrywanie prawdy
Eliza
Sarnacka-Mahoney: - Pierwsze, co od Pani usłyszałam
nawiązując do polskiego tłumaczenia książki, brzmiało: "Bardzo
dużo pracy, momentami może nawet za dużo". Tłumaczenie było
aż takie trudne?
Ewa Stachniak: - Powroty są trudne. Niełatwo jest
wrócić po latach do własnej książki, wejść ponownie w życie
bohaterów, zaakceptować ich istnienie.
Z Katarzyną Bogucką-Krenz, tłumaczką powieści, zgodziłyśmy
się już na samym początku pracy, że naszym celem będzie nie
tylko wierne oddanie tekstu, ale stworzenie takiego tłumaczenia,
które byłoby "moim". Dla tłumaczki oznaczało to rezygnację,
oczywiście tylko do pewnego stopnia, z autonomii, konieczność
sprawdzania, czy nasze językowe odczucia zgadzają się, i stałą
gotowość do dyskusji nad tymi fragmentami, w których nasze
odczucia gdzieś się rozmijały. Czasami dostawałam stronę,
na której tłumaczone fragmenty tekstu pojawiały się w kilku
wersjach, a ja miałam wybrać te najbardziej mi odpowiadające.
W rezultacie każdy rozdział wędrował kilka razy między nami
tak długo, aż obie byłyśmy zadowolone.
Trzeba też pamiętać, że w angielskiej wersji książka skierowana
była do czytelnika, który o Polsce i jej historii ma mgliste
pojęcie i któremu trzeba wpływ tej historii na polską rzeczywistość
przybliżyć. Przecież patrząc na Warszawę czy Wrocław w 1991
roku, Anna, bohaterka mojej powieści, widzi nie tylko teraźniejszość,
ale także przeszłość tych miast, lata wojny, powstania, zgliszcza.
- Polakom nie trzeba tego tłumaczyć...
- Właśnie, dlatego zmiana perspektywy oznaczała konieczne
cięcia i przekształcenia w tekście. Wiele fragmentów można
było w polskiej wersji pominąć, inne trzeba było przeredagować
lub wręcz dopisać, by zachować autentyzm szczegółów i wiarygodność
faktów. Kiedy cytuję fragment wrocławskiej ulotki z 1968 roku,
którą Anna i Piotr trzymają w ręku, to chcę, żeby to była
jedna z ulotek z Wrocławia, a nie np. z Warszawy. Angielskie
słowo communist tłumaczy się inaczej w zależności od
okresu historycznego, w którym było użyte: w 1968 roku Piotr
mówi o "partyjnych", w 81 roku Anna pamięta "komunistów",
a w 91 roku jej brat używa słowa "komuch". W wersji angielskiej
tzw. cichą rewolucję w Quebecu lat 1960-66 można było określić
jednym zdaniem, polskiemu czytelnikowi trzeba było dodać kilka
wyjaśnień.
- "Konieczne kłamstwa" to powieść, którą czyta się
warstwami. Motywem przewodnim jest historia pewnej emigrantki,
ale nie tylko. Można wręcz odnieść wrażenie, że emigracja
to jedynie tło.
- Emigracja interesuje mnie jako kulturowe wyzwanie, jako
diametralna zmiana spojrzenia na własne kulturowe wartości.
To nowe spojrzenie albo wartości te potwierdza, albo zmusza
do ich rewizji. Ale oczywiście Konieczne kłamstwa to
także powieść o miłości i zdradzie. O Polce i Niemcu, którzy
muszą się zmierzyć z historycznym balastem swoich kultur,
o powrocie do miejsca, skąd wyruszyliśmy w naszą życiową podróż.
Jest to powieść o Wrocławiu, mieście magicznym, tajemniczym,
mieście, gdzie przeszłości trzeba szukać. To powieść o Kanadzie,
gdzie emigracyjne losy wtapiają się w nowy kraj.
- A oddalenie od ojczyzny staje się pretekstem do "obrachunków"
z przeszłością. Na jakie "obrachunki" może liczyć czytelnik
Pani książki?
- Jestem wrocławianką. Urodziłam się w poniemieckim mieście,
w poniemieckim domu, więc z mojego punktu widzenia te "obrachunki"
nie mogą obejść się bez powrotu do polsko-niemieckich stosunków
XX wieku.
W mieście Mississauga, w którym do niedawna mieszkałam, moją
sąsiadką była Jutta, Niemka z Breslau. Jej matka z czterema
córkami uciekła z płonącego Breslau w styczniu 1945. Jutta
opowiadała mi o swoim mieście, pokazywała fotografie, dzieliła
się wspomnieniami. Dzięki tym opowieściom zaczęłam czytać
pamiętniki wypędzonych, przesiedlonych, Polaków i Niemców.
Zaczęłam studiować wrocławską historię, podwójną historię
mojego miasta. Odkrywać kolejne warstwy przeszłości...
- A przy tym rozprawić się ze skomplikowaną historią
miasta i ogólniej - "ziem odzyskanych". Co w tym było najtrudniejsze?
- Myślę o historii Wrocławia w kategoriach objawień niż trudności.
Do dziś zastanawia mnie, dlaczego dopiero po wyjeździe z Wrocławia
udało mi się zauważyć, jak ważne i symbolicznie ciekawe jest
to miasto, ze swoją polsko-niemiecką przeszłością, ze swoim
"powrotem do macierzy", z ruinami, z pionierami, z przesiedleńcami.
W dzieciństwie zazdrościłam dzieciom z Krakowa czy Warszawy,
że mieszkają w miastach, gdzie niemalże każdy kamień ma swoją
udokumentowaną historię. We Wrocławiu mojego dzieciństwa nie
było historii, poza piastowską, gdzieś tam w mroku dziejów.
Przeszłość była przecedzona, ocenzurowana. Niemal każdy kamień
był kamieniem nieznanym. Ta historyczna amnezja sprawiła,
że zawsze czułam się we Wrocławiu obco. To miasto wydawało
mi się uboższe, niepełne, nie moje.
Wrocław odkryłam i zrozumiałam w Montrealu. To chyba było
najtrudniejsze, bo jak już odkryłam, to musiałam się tym odkryciem
podzielić z innymi.
- Obraz Wrocławia i Polski budzących się z komunistycznego
letargu i przechodzących na stronę demokracji jest dość krytyczny.
Zmieniło się coś w Pani poglądach przez ponad 10 lat, które
minęły od czasów, w jakich toczy się akcja książki?
- Naprawdę krytyczny? Czy taki wydaje się Annie, wracającej
po latach do Polski? Proszę pamiętać, że moja bohaterka potrzebuje
berlińskiej rozmowy ze swoją rywalką, niemiecką fotografiką
Ursulą, by w pełni zrozumieć siebie i własną przeszłość. Wizyta
w Polsce, we Wrocławiu, jest etapem na tej drodze. Te gorzkie
wrocławskie rozmowy Anny z byłym mężem, bratem, rodzicami
- to rozmowy niedokończone, to dopiero początek wielu powrotów.
To był trudny okres. Okres odmrażania starych postaw, wyciągania
z lamusa narodowej historii wielu stereotypów. Ale też i okres
optymistyczny, pełen energii, nowych możliwości. Teraz przyjazdy
do Polski nie mają posmaku powrotu z innego świata. To samo
w sobie jest bardzo optymistyczne.
- Czy gdyby pisała Pani tę książkę po polsku, byłoby
w niej czegoś więcej, czegoś mniej?
- Proces pisania zaczyna się od jakiejś fascynacji,
jakiegoś nierozwiązanego problemu. W Kanadzie zafascynowała
mnie pamięć emigranta i stymulowany przez nią mechanizm: ciągłe
filtrowanie rzeczywistości tak, by te przefiltrowane wydarzenia
i stany pasowały do jakiegoś wcześniej przyjętego systemu.
Taka ciągła osobista i narodowa narracja o tym, o czym chcemy
pamiętać, a o czym chcemy czy powinniśmy zapomnieć. Jakie
krzywdy można wybaczyć i kiedy wybaczenie nie jest możliwe?
Czy są kłamstwa konieczne? Czy wszystkie kłamstwa trzeba bezwarunkowo
konfrontować z rzeczywistością? Co osiągniemy przez taką konfrontację,
co stracimy?
Gdybym pisała tę książkę we Wrocławiu, pewnie zafascynowałoby
mnie coś innego. Może pisałabym więcej o samym mieście, o
życiu w nim raczej niż o wyjeździe i powrocie.
- To pytanie paść musi: na ile historia głównej
bohaterki Anny jest historią Pani życia?
- Historia Anny jest historią emigrantki. Tak jak dla niej,
dla mnie moment przyjazdu do Kanady stał się początkiem nowego
etapu w życiu. Tak jak i ona, pracowałam na wrocławskiej anglistyce,
pisałam pracę doktorską i dość dla mnie niespodziewanie dostałam
propozycję wyjazdu do Kanady. Był czerwiec 1981 roku i musiałam
zdecydować się w ciągu kilku minut. We wrześniu 1981 roku
byłam już w Montrealu, na Uniwersytecie McGilla. Mój mąż i
czteroletni wtedy synek przyjechali do Kanady rok później.
Nie była to wtedy jeszcze emigracja, tylko wyjazd na studia
doktoranckie. Na emigrację zdecydowaliśmy się już w Montrealu,
razem z mężem, dwa lata po ogłoszeniu stanu wojennego. Powodów
było wiele. W moim przypadku najważniejsza chyba była nieodparta
potrzeba życia w innej kulturze. Potrzeba dystansu do narodowej
przeszłości, potrzeba codziennej konfrontacji z inną kulturową
tradycją.
Emigracja fascynuje mnie od dawna, nie tyle sama decyzja
wyjazdu czy jej powody, ale jej codzienne konsekwencje, codzienne
rozmowy z ludźmi, których nigdy by się w tym przedemigracyjnym
życiu nie spotkało. Fascynuje mnie, jak radzimy sobie z kalejdoskopem
kulturowych wartości często tak odmiennych od naszych: czy
przyjmujemy je w zachwycie, czy zmuszeni jesteśmy przyznać,
że są one fundamentalnie sprzeczne z naszymi przekonaniami.
Interesuje mnie, czy wpadamy w takie same historyczne i kulturowe
pułapki, czy może odnajdujemy inne światy i inne przeznaczenie.
Interesuje mnie to, tym bardziej że mówimy tu nie o jednostkowym
doświadczeniu ale, jak to było w moim przypadku, o doświadczeniu
fali, pokolenia emigracji solidarnościowej.
Konieczne kłamstwa powstały z takiego właśnie doświadczenia,
mojego, mojej rodziny, przyjaciół, doświadczenia pokolenia,
które obserwowałam od chwili emigracji do Kanady. Rzeczywistość
stała się materiałem, który poddał się wyobraźni.
Podczas spotkań z kanadyjskimi czytelnikami często słyszę,
że udało mi się oddać doświadczenia pokolenia emigracji lat
80., doświadczenia powrotów po latach, konfrontacji z przeszłością.
I to nie tylko doświadczenie polskie. Pamiętam, jak podczas
spotkania w jednej z torontońskich bibliotek młoda Rosjanka
oświadczyła, że moja powieść dała jej klucz do zrozumienia
własnych przeżyć. Że dzięki mojej powieści jest w stanie głębiej
spojrzeć na proces emigracji i na własną kulturę.
- Jak czuje się autor, który bierze do ręki książkę
przemawiającą do niego i świata językiem, w którym sam się
wychował? Opowiedziana historia staje się jeszcze ważniejsza
czy może na odwrót - oddala się?
- Przede wszystkim czułam radość, że dzięki doskonałemu tłumaczeniu
Katarzyny Krenz udało mi się przeczytać moją książkę po polsku.
Cieszyłam się, że zaistniała na nowo, że przeczytają ją osoby
nieznające angielskiego, że moje emigracyjne przemyślenia
dotrą do tych, którzy nie mogli ich przeczytać w oryginale.
To, co mnie najbardziej interesuje, to reakcje polskich czytelników.
W powieści pisanej z pozycji emigracji polski czytelnik zwróci
uwagę na inne rzeczy niż czytelnik kanadyjski. Na jednym
z poziomów narracji Konieczne kłamstwa to przecież
zapis wrażeń powrotu do kraju po latach emigracji, tego pierwszego
powrotu, pierwszych wrażeń wędrowca, który konfrontuje zapamiętane
obrazy z rzeczywistością, wędrowca, który patrzy na Polskę
z pozycji swoich kanadyjskich, emigracyjnych doświadczeń.
Czytelnik polski zobaczy bohaterkę powieści, Annę Nowicką,
podobnie jak nasze rodziny i przyjaciele widzieli nas w tych
pierwszych latach wolności, emigrantów przyjeżdżających po
latach do rodzinnego domu. Opowiedziana historia odkryje swoje
inne strony.
- W tym roku transatlantyckie wydawnictwo Harper
Collins wyda Pani kolejną powieść. Zupełnie różną od tej pierwszej.
Uchyli Pani rąbka tajemnicy?
- Powieść Garden of Venus ukazała się już w Anglii,
Australii, Nowej Zelandii i Grecji. Na kanadyjskie wydanie
muszę poczekać do czerwca.
Jest to powieść historyczna, oparta na motywach życia Zofii
Potockiej Celice, pięknej Greczynki, która z biednej utrzymanki
polskiego ministra w Istambule przeistoczyła się w polską
arystokratkę, żonę Szczęsnego Potockiego, jednego z współtwórców
Targowicy. Jej barwne życie jest tłem mojej powieści, na którym
rozgrywa się dramat ostatnich tygodni jej życia. Nie zdradzę
fabuły, ale mogę powiedzieć, że w tych ostatnich tygodniach
życia hrabinie Zofii towarzyszy francuski chirurg i polska
panna do towarzystwa, córka polskiego bohatera, który stracił
majątek i życie, broniąc narodowych ideałów.
- A plany na przyszłość?
- Nowe książki. Pracuję nad powieścią opartą na epizodach
z życia synowej Zofii Potockiej, Delfiny Potockiej, muzy polskiego
romantyzmu. Następnie wrócę do Kanady, do zapomnianego epizodu
polsko-kanadyjskiej historii, gdy niedobitki polskich legionów,
po upadku Santo Domingo, zasiliły szeregi kolonistów Red River.
Czeka mnie dużo pracy w kanadyjskich archiwach... Już się
na nią cieszę.
|