Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Teczka
innego koloru
Tegoroczne obchody 65. rocznicy zbrodni katyńskiej spotęguje
znacznie żałoba po śmierci Papieża. O wiele pełniej i dobitniej
zabrzmią głosy polityków i historyków w kontekście rozważań
Jana Pawła II o naturze zła. Nieoczekiwanie Polacy otrzymali
potężną dawkę materiałów pomocniczych w masowych nakładach
książek Ojca Świętego, w których rozprawia się on z największymi
plagami XX wieku - faszyzmem i komunizmem. Inaczej także patrzymy
dziś na zbrodnię rosyjskiego ludobójstwa, mając w pamięci
rolę Papieża-Polaka w "wydarciu piekłu ofiary" - polskiej,
ale i nie tylko polskiej - poprzez "zduszenie centaura", jakim
był sowiecki komunizm. Może dlatego trudniej jest dziś wypełniać
chrześcijański nakaz przebaczenia win?
Nie pomoże także zapewne niezwykle wymowne zestawienie dat.
Ale je zestawię, bo są naprawdę zastanawiające. 1 i 2 kwietnia
1940 r. z I Wydziału Specjalnego NKWD wyszły do obozu ostaszkowskiego
pierwsze listy śmierci. 2 kwietnia podpisano dalszych 7 list
i przekazano je do obozu w Kozielsku. Każda z nich zawierała
około stu polskich nazwisk i równała się rozkazowi natychmiastowego
rozstrzelania. Rozstrzeliwanie jeńców rozpoczęto najprawdopodobniej
2 kwietnia.
Jednym słowem, zbrodnia katyńska rozpoczęła się dokładnie
co do dnia, a może i godziny, 65 lat przed śmiercią Papieża-Polaka.
Nie mam wieszczych ambicji dorównania Juliuszowi Słowackiemu,
który przepowiedział Papieża-Słowianina, ja tylko zestawiam
daty.
Obie stanowią słupy milowe w historii narodu polskiego. Po
Katyniu Polska długo musiała czekać na swoje pięć minut w
historii świata. Pięć minut trwało ćwierć wieku. "Teraz radzić
musimy sobie sami" - pisze Timothy Garton Ash, mając na myśli
społeczność globalną, nie tylko Polaków.
Świat różnie ocenia rolę Papieża w "urwaniu łba czerwonej
hydrze". Dla piszącego niniejsze pewnym jest, że gdyby nie
ten pontyfikat, Polska nie wyrwałaby się z więzienia narodów
bez rozlewu krwi, a mur berliński stałby nadal dumnie niczym
chiński. Ludzie nabierają świadomości "bliskości" zdarzeń,
nie tylko współczesnych: NKWD próbowało zabić Papieża, tak
samo jak zabijało w kwietniu 1940 r. polskich oficerów, lekarzy,
prawników, urzędników. Z kolei obchody rocznicy odkrycia grobów
katyńskich - w połowie kwietnia 1943 r. - odbędą się niejako
w cieniu tego największego z pogrzebów wszech czasów.
Motywu bliskości Papieża i sprawy katyńskiej doświadczyłem
już w orwellowskim roku 1984, gdy wyemigrowałem z Polski rządzonej
przez bezpośrednich podwładnych sowieckiego NKWD. Trafiłem
z rodziną do Halifaxu w Nowej Szkocji. W trzy miesiące później
wylądował tam Jan Paweł II w swej pierwszej kanadyjskiej pielgrzymce.
Nigdy nie zapomnę kilku zdań, jakie zamieniłem z Jego Świątobliwością
w miejscowej katedrze. W miesiąc później znalazłem się niedaleko
katedry, na Saint Mary's University, w gabinecie profesora
Stanisława Swianiewicza.
Rozmowa ze Swianiewiczem była równie spokojna, pogodna, przepełniona
dobrocią, jak ta z Papieżem. Pamiętam, że zapytał, czy "po
Wojtyle widać ślady zamachu". Zaprzeczyłem. Wtedy Jan Paweł
II szybko doszedł do siebie. Dziś wiemy, że gdyby nie zamach
na jego życie, żyłby o wiele dłużej. Profesor już wtedy był
przekonany, że Papież-Polak poświęci swój pontyfikat na "sklejenie"
Polski z Zachodem. Pamiętam dywagacje na temat "sowieckich
metod", wyrażających się w zamachu z 13 maja 1981 r. Wybitny
znawca sowieckiego świata, a także więzień sowieckich łagrów,
nie miał najmniejszych wątpliwości, że ręką Agcy kierować
musiało NKWD.
W rozmowie z profesorem nie czuło się zupełnie żadnej misji
"świadka historycznej zbrodni", jak o nim wielokrotnie pisano.
Zaznaczał skromnie, że świadkiem nie był, bo go zabrali prawie
spod rewolwerów enkawudzistów i zamknęli najpierw w Smoleńsku,
a potem na Łubiance i w Butyrkach, by po kilkumiesięcznych
przesłuchaniach wysłać do łagru na półwyspie Komi. Miał wyrok
8 lat zsyłki. Sowieci próbowali od niego wyciągnąć - ale bez
powodzenia, dlatego przeżył - wszystko, co wiedział o gospodarce
faszystowskich Niemiec, która rozwijała się w piorunującym
tempie. Nie obchodziła ich za bardzo ich własna, bo, jak żartował,
"wszyscy wiedzieliśmy to samo: że ledwo dycha". Był uznanym
ekspertem-sowietologiem, studiował najpierw na Uniwersytecie
Moskiewskim, potem pracował na Uniwersytecie Wileńskim im.
Stefana Batorego, zajmował się gospodarkami totalitarnymi
zawodowo. To uratowało go przed strzałem w tył głowy.
Przed spotkaniem przeczytałem łapczywie dzieło profesora
W cieniu Katynia - pamiętnik wydany przez Instytut
Literacki w Paryżu w 1976 r. - wyrywając książkę z półki nowo
poznanych polskich emigrantów. Pamiętam, że obok tej półki
wypinała groźnie przezroczystą pierś ozdobna, oszklona szafa,
wypełniona kolekcją broni. Stały, wisiały i leżały tam w powabnych
pozach wszelkiej maści karabiny, pistolety, sztucery, rewolwery,
nawet lśniąca świeżą farbą rosyjska pepesza. Gospodarz był
niezwykle dumny ze swego zbioru, dlatego w celu uprowadzenia
mu na jedną noc W cieniu Katynia musiałem poznać w
szczegółach zalety tej - nomen omen - kolekcji śmierci.
Profesor Swianiewicz nie tylko zajmował się naukowo analizą
gospodarki sowieckiej. Przeszedł całą kampanię wrześniową.
Po bitwie pod Krasnobrodem dostał się do sowieckiej niewoli.
29 kwietnia 1940 r. został wsadzony w Kozielsku do transportu.
Zauważył, że jego teczka była innego koloru. Na stacji Gniezdowo
pozostawiono go w pociągu, podczas gdy kolegów wepchnięto
do prymitywnych autobusów, z oknami zamalowanymi na biało.
Pojechali na rozstrzelanie do Katynia.
Swianiewicz nie wiedział wtedy, że był "trzy ćwierci od śmierci"
- jak wyznał. Powiedział, że nieudany zamach na Papieża będzie
kosztował Sowiety "bardzo dużo". Gdy zapytałem, jak dużo,
powtórzył tajemnicze: "bardzo dużo".
|
|