Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Siłacz Pana Boga
Polska w tych dniach niezwykłych jest znów niezwykłym krajem.
Wydaje się, że ludzie tu nagle wydorośleli, spoważnieli, zmądrzeli.
Widać to w rozbrykanych na co dzień mediach i na ulicach.
Chodzę po Warszawie, a jakbym był w Ziemi Świętej. Przekraczam
rzędy zapalonych wprost na chodnikach świec, pomieszanych
z naręczami kwiatów, kładzionych mu do stóp, na jego ukochaną
ziemię, ale czuję, że to ludzie ludziom kładą te kwiaty na
drodze. W tych dniach niezwykłych Polacy są na powrót przyjazną
sobie, wyrozumiałą rodziną. Powrócił na tę ziemię duch solidarności
i ją odnowił. Na jak długo? Zobaczymy.
Polska w tych dniach niezwykłych jest znów krajem z duszą.
Rozdartą, obolałą, nieukojoną, ale duszą. Człowiek krzyczący,
pijany, otwarcie wrogo usposobiony do otoczenia - nagle gdzieś
zniknął. Zapadł się pod ziemię. Ta cisza na ulicach, w domach,
w restauracjach, wyraźny brak opętanych złem zmusza do zadumy.
Miejsce głośnych zajęli "cisi ludzie" z wiersza Miłosza. Głośność
jest postrzegana jak śmiech w kościele podczas Podniesienia.
Oczywiście, zdarzają się odstępstwa, awantury, zwykłe łajdactwa
też - ale dobrze, bo na ich tle widać lepiej istotę tego duchowego
uniesienia narodu. Marzenie i skryte życzenie każdego obserwatora,
patrzącego na Polskę, wydaje się być jedno: oby tak zostało.
A przynajmniej - oby tak trwało. Jak najdłużej.
Polska w tych dniach niezwykłych jest znów krajem pierwszoplanowym.
Światowe media mówią o Polsce kilka razy więcej niż za czasów
Solidarności i stanu wojennego razem wziętych. Może dlatego
Polacy zdali sobie nagle sprawę, co przegrali, co przegraliśmy
wspólnie, i w kraju, i na emigracji w czasach tego prawdziwie
cudownego zrządzenia, jakim był pontyfikat Papieża-Polaka.
Nie umieliśmy sprostać temu wyzwaniu i tej szansie. Papież
rządził na Stolicy Piotrowej ledwo kilkanaście lat, a w Polsce
znów zaczęli rządzić komuniści. Właściwie nigdy nie oddali
władzy, bo nikt jej im nie zabierał. W czasie kolejnych wyborów
ludzie szli tłumnie do kościołów, ale po sumie nie szli głosować
"na swoich". Papieża musiało to boleć. Podczas kolejnych pielgrzymek
upominał, przypominał Polakom o podmiotowości, o godności,
o tożsamości. Jak grochem o ścianę.
Ta niereformowalność naszego społeczeństwa przekładała się
w świecie na znikomą jego ważkość - pomimo istnienia najlepszego
rzecznika polskich interesów w dziejach. Nie potrafiliśmy
wykorzystać danej nam szansy, a przynajmniej za mało się wszyscy
o to staraliśmy, popełniając stale jeden i ten sam grzech
zaniedbania. Nie wiedzieliśmy, jak umiejętnie spożytkować
mannę z nieba, jaka w postaci życzliwości i woli do współpracy
sypała się na Polskę we wszystkich zakątkach globu, gdziekolwiek
Papież-Pielgrzym docierał. W większości z tych 132 krajów,
które odwiedził, o Polsce już nie pamiętają, bo Polacy sami
o to nigdy nie zadbali. Wydawało nam się, że nasz niespożyty
Siłacz Pana Boga załatwi za nas wszystko, a zwłaszcza raz
na zawsze rozwiąże problem polskich kompleksów. Na pewno przerósł
swój wiek i swoich rodaków, których kochał jak własne dzieci,
ale których i karcił jak krnąbrne, niezborne stadko, sypiące
w piaskownicy świata piaskiem we własne i cudze oczy. Pomimo
zabiegów i wysiłków Papieża świat często odwracał oczy od
Polaków, dziwiąc się nierzadko, że tak wybitny człowiek jest
synem tak dziwnego narodu.
Polska w tych dniach niezwykłych jest znów krajem prawdziwie
chrześcijańskim. Kościoły są znowu pełne ludzi, którzy przyszli
szukać w modlitwie pokrzepienia, pomocy, ulgi. Wielu idzie
tam teraz po to, by pobyć z innymi, zaczerpnąć dobrej energii,
jaką daje ten wielki tłum, który odkrył naraz własną twarz
i otworzył zbiorowe serce - na siebie nawzajem. To są dni
zaiste wyjątkowe. Mam to szczęście, że razem z innymi przeżywam
to zbiorowe katharsis. Stojąc godzinami w zamyślonym,
skupionym, rozmodlonym tłumie, czuję się znów cząstką tej
społeczności. Na pewno wielu emigrantów, którzy odwiedzili
w tych dniach Polskę, myśli o powrocie tu na stałe. Takiej
Polski nie widuje się na co dzień. Aż żal z niej wyjeżdżać.
Polska w tych dniach niezwykłych jest znów krajem prawdziwie
wolnym. Obywatele wszystkich wyznań modlą się znowu pospołu,
choć każdy do swojego Boga - i nikomu to nie przeszkadza.
Kibice na trybunach zmuszają najpierw sędziego do przerwania
meczu, a potem gromadzą się na stadionie, zamieniając go w
jedyny swego rodzaju kościół, otwarty jak kielich ku niebu.
A niebo Polakom sprzyja w ten czas trudny a wzniosły i piękny.
Jest ciepło, bezdeszczowo. Padają tylko ciche łzy, gdy pod
niebem Warszawy niesie się zbiorowa pieśń. Coś się może stało,
o czym jeszcze nie wiemy? Może jesteśmy świadkami początku
nowej ery w dziejach Polski, a może i świata, kto wie? W powietrzu
czuć nie tylko woń milionów kadzideł; Polska wygląda teraz
jak w czas Wszystkich Świętych. Ale jest tylko jeden, kolejny
święty. Proces beatyfikacyjny Jana Pawła II już się rozpoczął:
wystarczy rozejrzeć się po twarzach ludzi na całym świecie.
Polska w tych dniach niezwykłych jest znów krajem natchnionym.
Przyglądam się twarzom tysięcy; już dawno, od czasów Solidarności,
nie widziałem tylu rodaków tak blisko siebie. Polska jest
dzisiaj jedną wielką halą Oliwii w Gdańsku podczas pamiętnego
zjazdu Solidarności; tam też wisiał portret Papieża, a każdy
dzień rozpoczynaliśmy od mszy, klękając na gołym betonie.
Zupełnie jak teraz, na placu Piłsudskiego, w kościołach i
na chodnikach przed świątyniami, przed pomnikami. Wszędzie
widać pogrążonych w modlitwie albo głębokiej zadumie ludzi,
patrzących gdzieś w dal, przed siebie.
Nie wiem, co tam widzą. Powiem za siebie. Odszedł człowiek,
który był dla mnie więcej niż papieżem Kościoła katolickiego.
Był papieżem człowieka, a dokładniej - rzecznikiem ludzi,
zwłaszcza tej biedniejszej, milczącej, spychanej na margines
większości. To ona czuje się najbardziej osierocona, pozbawiona
steru, wiosła i żagla. I ja razem z nią.
|
|