Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Wiosenne
rozbiory
Święta spędziłem nad manuskryptem autobiografii przyjaciela,
którą podjąłem się przygotować do druku. Każdy, kto wie, czym
jest redagowanie tekstów przyjaciół, i to tekstów sumujących
życie, mógłby zacząć mi współczuć. Nie w tym przypadku. Wielusetstronicowy
tekst zaczyna się od zdanka obiecującego atrakcyjną lekturę:
"Kiedy miałem siedem lat, ugryzł mnie wściekły pies". A dalej
już jest według recepty Hitchcocka: zaczynamy od trzęsienia
ziemi, a potem stopniowo zwiększamy napięcie.
Mój przyjaciel poznał życie we wszystkich jego kolorach,
zanim jeszcze skończył 17 lat. Miał bowiem wątpliwe szczęście
urodzić się w drugiej RP, rzucającej swe najlepsze dziatki
na żer największej z wojen. III RP swym synom i córkom może
co najwyżej zaoferować przedwczesny zawalik, zabójstwo w celach
rabunkowych, ostrzał w Iraku lub spektakularny wypadek na
strzeżonym przejeździe kolejowym. Na koniec świątecznego weekendu
telewizję ogarnął triumfalizm: tego roku w "wielkanocnych
wypadkach" - jak usłyszałem - zginęło "tylko" 20 osób; przed
rokiem było o sześciu denatów więcej.
Myśmy za to wrócili cali i zdrowi z kilkukilometrowego spaceru
wokół rozmarzającego jeziorka. Udało nam się nie ześlizgnąć
po błocie do lodowatej wody, nie rozjechał nas też żaden z
kierowców, zażywających świeżego, nadwiślańskiego powietrza
zza swego zaczarowanego kółka. A swoją drogą trudno się dziwić
tym ludziom, że na wiosenny spacer brzegiem rzeki czy jeziora
zabierają ze sobą samochód. Minęliśmy kilka tak zwanych działek,
ogrodzonych, ale pozbawionych bram, które skradziono, jak
mnie poinformował dobrze poinformowany mój przyjaciel, trudniący
się niegdyś także zawodem dziennikarza. Całe bramy, a także
całe ogrodzenia, zasiliły, po upłynnieniu, kieszenie pracowników
najszybciej rosnącej we współczesnej Polsce gałęzi przemysłu:
złomiarstwa. Na działkach zionęły otwarte paszcze letnich
domków, z wyłamanymi zimową porą drzwiami i oknami. Jemu samemu
plądrowano domek regularnie co roku, a nawet częściej, dopóki
nie wziął się na sposób i nie wprowadził na własną działkę
na stałe, budując solidną, rodzinną siedzibę.
Wiosenne polskie rozbiory to w Polsce tradycja stara jak
heterogeniczne małżeństwo. Przy czym namiętność do rozbierania
Polek nie może się tu równać polskiej namiętności do rozbierania
Polski. Punkty skupu złomu rosną wszędzie jak na drożdżach,
a nowa klasa społeczna zbieraczy dumnie pręży pierś na ulicach
polskich miast i miasteczek, taszcząc na spracowanych plecach
worki pełne skradzionych zawiasów, kłódek, klamek, linii wysokiego
napięcia, fragmentów szyn kolejowych - ciętych skradzionymi
palnikami na kawałki mieszczące się w skradzionej walizce.
Socjologowie oraz psycholodzy badający nastroje i stan umysłowy
naszego społeczeństwa powinni częściej zaglądać do punktów
skupu złomu i metali kolorowych. Znajdą tam płaskorzeźby z
podobiznami niegdysiejszych autorytetów, odlany w brązie Dekalog
skradziony z kościoła, orzełki kradzione z rogatywek, nie
mówiąc o ułańskiej szabli skradzionej razem z ułanem i koniem.
Znajdą też odpowiedź na złowieszcze pytania, stawiane już
przez wieszczów: gdzie pędzisz, rodacze?
Jedna z odpowiedzi brzmi: na zebranie Związku Artystów Scen
Polskich, wybrać nowego prezesa. Został nim niezłomny obrońca
stanu wojennego Ignacy Gogolewski. W czasach, gdy jego koledzy
z zawieszonego ZASP-u opuszczali telewizję, a niektórzy kraj,
on manifestował poparcie i występował w najlepsze, przyprawiając
sobie gębę na całe życie. Jak z tego wynika - przyprawianie
sobie gęby popłaca, skoro Mistrz dostaje dziś poparcie od
kolegów-aktorów nie mniejsze od poparcia, jakiego udzielił
generałowi Jaruzelskiemu i wojskowej radzie.
Wniosek z tego wyboru na kilka miesięcy przed wyborami płynie
także inny: zapotrzebowanie na metale i ludzi szlachetnych,
na złom, ale i niezłomnych - nie słabnie. Możemy spać spokojnie,
na emigracji i w kraju: wybiorą, jak zawsze, najlepszych z
najlepszych. Natomiast narzekania Zofii Kucówny na krótką
pamięć jej kolegów, którzy rzekomo zapomnieli o roli życia
Gogolewskiego, popierającego swym niezłomnym talentem i charakterem
niezłomnych obrońców obcych interesów, psu na budę się zdają.
Budę, ma się rozumieć, wykonaną z żeliwnej budki suflera-czołgisty.
Idąc brzegiem dostrzegliśmy jeden jedyny, w pełni metalowy
przedmiot, który obronił się przed złomiarzami, choć nikt
w nim nie siedział w charakterze kierowcy, stróża czy sternika:
poniemiecką łódź desantową, służącą także do budowy saperskich
przepraw. Uchowała się ponad pół wieku dzięki niemieckiej
solidności wykonania. Większość łódek miejscowej produkcji,
zbijanych z desek i oblewanych smołą, została zdewastowana
przez czas i wandali. Nieopodal poniemieckiej łodzi jakiś
bogaty mieszkaniec ściął na opał dwie ogromne, kilkusetletnie
wierzby. Ale płakać nad płaczącymi wierzbami nie będziemy,
gdyż spełniły swój patriotyczny obowiązek i dumnie spłonęły
w kominku rodaka. W końcu ukradł swoje, a nie cudze, polskie
drzewa, rosnące na swojej, polskiej ziemi, a nie cudzej.
Na tej samej ziemi dorastał mój przyjaciel, właściciel przebogatej
biografii, którą mógłby obdzielić wielu bohaterów współczesności.
Wnioski z lektury jego tekstu są podobne do wniosków wypływających,
jak woda spod lodu naszego jeziorka, z jednego spaceru wokół
akwenu. Nasz mały, polski świat, jak i świat cały, choruje
na przewlekłą wściekliznę. Każdy, kto dostał serię bolesnych
zastrzyków po ugryzieniu przez nieznane zwierzę, może nie
wierzyć w to, co teraz zwierzę - za moim przyjacielem. Wyznała
mu pewna Cyganka, że mimo zastrzyków, co siedem lat jednak
grozi mu wścieklizna. Obserwacje czynione na co dzień utwierdzają
mnie tylko w przekonaniu, że była w błędzie: wścieklizna jest
w naszych czasach chorobą codzienną, jak życie.
Marek Kusiba
|
|