GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Zanim
jeszcze cokolwiek zdąży się wydarzyć na scenie, widownia pulsuje
energią oczekiwań prawie pewnych swego spełnienia. Baśniowa
oprawa, zaproponowana z nutką ironii przez Tima Hatleya, podbudowuje
oczekiwania. Zaś podwójna "uwertura" - skoczny wstęp do opowieści
niby to rozgrywającej się w Finlandii oraz pseudonaukowe wprowadzenie
bardzo poważnego i bardzo zagubionego Historyka (Christian
Borle) - podnosi temperaturę sali do białej gorączki.
Kiedy przy postukiwaniu skorupek kokosa udających stukot
kopyt wjeżdża wreszcie na scenę bezkonny Król Artur (świetny
Tim Curry rozgrywający rolę z pełną powagą i niezachwianym
dobrym humorem) razem ze swym wiernym sługą Patsy (Michael
McGrath smakowicie zbyt inteligentny na tak pokornie usłużną
pozycję), publiczność wybucha gromkim a szczęśliwym śmiechem.
Ten szczęśliwy śmiech będzie do samego końca towarzyszył Królowi
Arturowi i jego rycerzom-nieudacznikom: wzniosłemu Lancelotowi
(Hank Azaria, który dodaje godności nawet najgłupszej scenie),
próżnemu Galahadowi (Christopher Sieber wymowny w gestach),
Bedevere (Steve Rosen, który potrafi zagrać naiwnego durnia
bez uszczerbku na honorze). Śmiech będzie wyprzedzał absurdalne
konkluzje ich antyheroicznych przygód. Punktował z satysfakcją
galimatiasy antydialogów. Nagradzał kąśliwe czy pogodne refreny
piosenek.
Że większość gagów powtarza żywcem albo odbija echem swojskie
sceny z Monty Python and the Holy Grail, filmu sprzed trzydziestu
lat? Nieważne. Że wątek narracyjny jest cieniutki i błahy?
Nic nie szkodzi. Że z szóstki natchnionych komediantów tworzących
zwariowany kabaret - pięciu Brytyjczyków (John Cleese, Graham
Chapman, Terry Jones, Michael Palin i Eric Idle) oraz jednego
Amerykanina (Terry Gilliam) - ostała się tylko dwójka? Trudno,
ale za to jaka energiczna! Idle troi się jako autor tekstów,
kompozytor i ogólny animator projektu przeniesienia komedii
z małego i dużego ekranu na scenę. Cleese przemawia z zaświatów
donośnym głosem Pana Boga. Łączą zaś swe siły z doświadczeniem
Mike'a Nicholsa oraz z licznym a udanie dobranym zespołem
(gdzie między innymi popisuje się niespodziewanym komicznym
talentem David Hyde Pierce, znany z roli neurostanicznego
psychiatry Nilesa Crane'a w serialu Frasier). Zespół
z niespożytą energią najwyraźniej ma zamiar zabawiać nie tylko
publiczność, ale i samych siebie. Że artystom udaje się to
w pełni? Wiwat!
Podstawą tego tryumfu jest ogromny zapas sympatii, jaką Monty
Python zbudował sobie przed laty anarchistyczno-absurdalnym
programem telewizyjnym "Latający cyrk" oraz filmami Święty
Graal i Życie Briana. Nostalgia za tamtą Arkadią
towarzyszyła samym twórcom od początku projektu. Eric Idle
wspomina w programie, jak pewnego razu John Cleese zajrzał
do teatru w czasie prób: "Siedzieliśmy obaj w łzach, bo było
coś wzruszającego, wspaniałego i podbudowującego w przyświadczaniu,
jak aktorzy odgrywają zabawne skecze, które napisaliśmy 30
lat temu. No i istnieją one znowu teraz, w innej formie -
ale równie zabawne. Wydaje mi się, że nam wszystkim ´Pythonomª
to widowisko przyniesie dużo wzruszenia i radości".
Dodam jeszcze, że na szczęście Spamalot jest nie tylko
nostalgicznym wspomnieniem i odgrzewaniem starych gagów. Nowej
energii dodają teatralnej wersji dwie innowacje. Po pierwsze,
krąg samych mężczyzn przerwała Panna Wodna. Jej ziemskim wcieleniem
jest Sara Ramirez - szeroko roześmiana, niewinna i pikantna
zarazem, prosto z baśni i z szelmowskiej kpiny. Panna wyśniona
przez Króla Artura, ale i królowa we własnej domenie, przewodząca
bandzie energicznych "Laker Girls".
Po drugie, do dawnego wątku antyprzygód Rycerzy Okrągłego
Stołu został zgrabnie włączony drugi: poszukiwanie "świętego
graala" w postaci sukcesu na Broadwayu. Pozwala to na szereg
żartów-odnośników do chwytów typowych dla dzisiejszych musicali,
na satyrę ze sztampy i pretensjonalności.
I tak otrzymujemy rzadkość nad rzadkościami: dobrą zabawę,
która nie wymaga całkowitego zawieszenia umiejętności myślenia.
Komedię, która bawi nie raniąc oka brzydotą blichtru i wulgarności.
Musical otwarcie wyśmiewający się z konwencji musicalu.
*
Całkowitą klęską było przedziwne widowisko pod pretensjonalnym
tytułem A Very Naughty Greek Play (Utopia Parkway).
P. W. Meineck i Robert Richmond, kierujący Aquila Theatre
Company (brytyjskim zespołem osiadłym na stałe w Manhattanie),
obiecywali złote góry złośliwości i zabawy w uwspółcześnionej
wersji antycznej komedii Osy. Z satyry Arystofanesa
ostało się tu niewiele. Natomiast zaroiło się od monotonnie
wulgarnych żartów, głównie odnoszących się w tej czy innej
formie do męskiego przyrodzenia oraz do ogólnoludzkiej tylnej
części poniżej pleców.
Jedynym powodem, dla którego w ogóle wspominam o tym nie-wydarzeniu
jest to, że grupa inteligentnych w końcu ludzi, czytających,
piszących, ambitnych, może wymyślić i doprowadzić do realizacji
czegoś tak głupiego, bez wdzięku i bez sensu. Nawet aktorzy
wydawali się zażenowani przypisanymi im rolami. Oprócz wygłaszania
miernych kwestii, musieli strasznie się uwijać fikając koziołki,
tłukąc się nawzajem różnymi rekwizytami, oraz co chwila nawołując
publiczność do sloganowych okrzyków lub do innych form niby
współudziału. Straszne. (Aquila Theatre Company, przedstawienia
3-20 marca, Baruch Performing Arts Center.)
*
Ze szczególną przyjemnością zwrócę uwagę raz jeszcze na twórczość
Stephena Adly Guirgisa i uparte działanie Philipa Seymoura
Hoffmana. Ich ostatnie wspólne przedsięwzięcie - The Last
Days of Judas Iscriot w The Public Theatre - jest nie
w pełni udane, lecz mimo tego nadzwyczaj ciekawe.
Już sam fakt, że sztuka Guirgisa bierze na kanwę problemy
religijne i etyczne jest wyjątkowy. A to, że traktuje je z
powagą, wręcz z pewną wzniosłością, jest zdumiewający. Nie
pamiętam, kiedy miałam okazję w Nowym Jorku oglądać na scenie
postacie z Nowego Testamentu przedstawiane nie po to, by je
postawić pod pręgierzem śmiechu, ani by wydawać nad nimi osąd.
A tutaj, bez ironii i bez oskarżeń zaroiło się od świętych
Piłatów, Judaszów, Marii Magdalen... Jezus pochyla się nad
grzesznikiem. Jego pełen pokory i czułości gest taki właśnie
ma być: pokorny i czuły. Czy naprawdę widzę to na scenie?
Czy to nie majaki?
Sztuka rozgrywa się na trzech poziomach - nieba, czyśćca
i piekła, z padołem ziemskim przywoływanym we wspomnieniach.
Gdzieś w czyśćcowych czeluściach odbywa się sąd nad Judaszem.
Oskarżycielem pewnym nieuchronnego zwycięstwa jest Yusef El-Fayoumy
(Yul Vazquez), prokurator z piekła rodem, sprytnie schlebiający
silnym, uwodzicielski wobec słabszych, wykrętnie manipulujący
każdym. Jego świadkami będą Poncjusz Piłat, Kajfasz i sam
Szatan (bardzo ciekawie, gładko i nonszalancko zagrany przez
Erica Bogosiana). Obrońcą, Fabiana Aziza Cunningham (Callie
Thorne), odpokutowująca swe ziemskie ekscesy w czyśćcowym
oczekiwaniu. Ona z kolei będzie liczyć na świadectwo matki
Judasza, na wstawiennictwo św. Moniki, na potwierdzenie przez
Kajfasza, że Judasz żałował swego gestu, że pragnął wycofać
się z zawartego zdradzieckiego porozumienia.
Wszystkiego jest tu za dużo, za hałaśliwie, za ambitnie.
Połowa aktorów ma kłopoty z dykcją. Zderzają się przeróżne
akcenty - aktorów hiszpańsko-języcznych, afroamerykańskich,
standardowo angielskich. Św. Monika przeklina jak energiczna
przekupka. Św. Teresa jest uparcie głucha. Freud plącze się
zadufany w swoich racjach. Judasz (w trudnej, niewdzięcznej
roli sprawdza się Sam Rockwell) pozostaje tajemnicą, zamknięty
w swoim milczeniu...
Sztuka pęka pod naporem emocji i elokwencji sprzecznych racji.
Inscenizacja nie w pełni zamyka się w klamrach spójności.
A mimo tego, Ostatnie dnie Judasza Iskariota są najlepszym
przedstawieniem, jakie oglądałam w tym roku. Chodzi w niej
bowiem o coś naprawdę ważnego. Nierozstrzygnięty do końca
spór pozostawia nas z otwartym pytaniem. Piękny gest Jezusa
pocieszającego Judasza odbija się echem wzruszenia. Jedna
taka względna "klęska" jest więcej warta niż setka gładkich
i zgrabnych błyskotek.
------------------------------------
Monty Python's Spamalot,
scenariusz i słowa piosenek: Eric Idle, muzyka: John De Prez
i Eric Idle, reżyseria: Mike Nichols, choreografia: Casey
Nicholaw, scenografia i kostiumy: Tim Hatley, oświetlenie:
Hugh Vanstone, dźwięk: Acme Sound Partners, efekty specjalne:
Gregory Meeh, oprawa muzyczna: Todd Ellison, Larry Hochman
i Glen Kelly. Występują: Hank Azaria (Lancelot i in.), Christian
Borle (Prince Herbert i in.), Tim Curry (King Arthur), Michael
McGrath (Patsy i in.), David Hyde Pierce (Sir Robin i in.),
Sara Ramirez (The Lady of the Lake), Steve Rosen (Sir Bedevere
i in.), Christopher Sieber (Sir Denis Galahad i in.). Premiera
17 marca, Shubert Theatre, 225 W. 44 St. przy Broadwayu.
Stephen Adly Guirgis, The Last Days of Judas
Iscariot. Reżyseria: Philip Seymour Hoffman, scenografia:
Andromache Chalfant, kostiumy: Mimi O'Donnell, oświetlenie:
Japhy Weidman, dźwięk: Darron I. West. Występują: Eric Bogosian
(Satan), Liza Colon-Zayas (Gloria, Mother Teresa), Jeffrey
De Munn (Judge i in.), Yetta Gottesman (Mary Magdalene i in.),
Craig "Mums" Grant (Matthias of Galilee i in.), Salvatore
Inzerillo (Simon the Zealot i in.), Stephen McKinley Henderson
(Pontius Pilate), Adrian Martinez (Sigmund Freud i in.), John
Ortiz (Jesus of Nazareth), Sam Rockwell (Judas Iscariot),
Elizabeth Rodriguez (Saint Monica i in.), Deborah Rush (Henrietta
Iscariot), Yul Vazquez (Yusef El-Fayouny). Przedstawienia
do 3 kwietnia, The Public Theatre, 425 Lafayette St.
|