PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 1 kwietnia 2005


PRZEMYSŁAW GULDA

Śląski desant
kulturalny

 

Ubiegły rok należał do nich! I wygląda na to, że to dopiero początek, że grupa młodych twórców związanych ze Śląskiem pokaże w najbliższym czasie, jak duży tkwi w nich potencjał.

Wielki szum medialny wokół całej sprawy powstał bardzo szybko. Ale też i nie bezpodstawnie. Pierwszym sygnałem, że dzieje się coś ważnego, był deszcz nagród, jakie spadły na film Pręgi na zakończonym we wrześniu Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, w tym - najważniejszy laur imprezy - Złote Lwy. W parę dni później laureatem Nagrody Nike, jednej z najbardziej prestiżowych, a z pewnością - najgłośniejszej we współczesnym polskim życiu literackim został Wojciech Kuczok, autor powieści Gnój, na podstawie której powstały Pręgi. Sam Kuczok był zresztą autorem scenariusza do tego filmu, w którym pojawiły się także wątki z jego wcześniejszych opowiadań.

W mediach zaroiło się od wywiadów z obojgiem laureatów, którzy konsekwentnie podkreślali, że chcą współpracować ze sobą w przyszłości, że mają ambicję stworzenia wokół siebie grupy współpracowników, że - na dodatek - silnie eksponują swoje związki ze Śląskiem. Niezwykle ważne okazało się poparcie i otwarta sympatia, którą okazywał im na każdym kroku Kazimierz Kutz - istny patron śląskiej kultury. To wszystko wystarczyło, żeby pojawiło się hasło o śląskim desancie na polską kulturę. Desancie, który już nieźle się popisał, ale ma jeszcze ambitniejsze plany.

Dokumenty, proszę

Magda Piekorz, osoba spośród całej tej grupy wysunięta zdecydowanie przez media na pierwszy plan, choć niezwykle młoda, ma już całkiem okazały dorobek filmowy. Ale jak do tej pory mało kto o tym wiedział, bo specjalizowała się przede wszystkim w filmie dokumentalnym, a więc tej odmianie sztuki filmowej, która w Polsce jest bardzo niedoceniana i niedowartościowana.

Praktycznie całe jej życie związane jest z Katowicami, tu dorastała, tu studiowała - skończyła śląski odpowiednik słynnej łódzkiej filmówki, a więc Wydział Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Już w trakcie studiów zabrała się za realizację filmowych dokumentów - z wielkim powodzeniem: jej prace pokazywane były w publicznej telewizji, w popularnym cyklu "Czas na dokument", zyskiwały nagrody najważniejszych festiwali poświęconych tej formie sztuki filmowej. Za debiutancki obraz Dziewczyny z Szymanowa otrzymała Brązowego Lajkonika XXXI Ogólnopolskiego Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Krótkometrażowych w Krakowie, za Przybyszów - Grand Prix Festiwalu Euroshorts w roku 1999.

Potem artystka pracowała za granicą - jej kolejne filmy to owoc wędrówek po Europie (Jugosławia, Istria) i po Stanach Zjednoczonych - tu, dla polskiej telewizji TVN, powstał 25-odcinkowy serial dokumentalny Chicago, którego Piekorz była współreżyserką.

Wreszcie nadszedł czas na debiut fabularny. Piekorz wzięła się za barki z bardzo trudnymi tematami: przemoc domowa, trauma dzieciństwa, dziedziczenie zła. I - jak przekonują wszystkie pozytywne recenzje, które zyskało to dzieło i spora liczba nagród, które przyniosło - poradziła sobie znakomicie. Mroczny, ciężki film rozgrywa się w dwóch planach czasowych. Pierwszy to lata 80. ub. wieku i bolesna historia ojca, który - choć nie pozbawiony swoistej rodzicielskiej miłości - krzywdzi na każdym kroku swego kilkuletniego syna: mocnym słowem, ciężką ręką albo skórzanym pasem. Drugi wymiar filmu to współczesna historia tego samego chłopca, który staje na progu dorosłości i okazuje się, że nosi w sobie zalążki tych samych cech, których nienawidził u swego ojca. Żyje samotnie, unika bliskich kontaktów z innymi ludźmi, chroni się przed jakąkolwiek bliskością ucieczką do pustego i smutnego domu oraz - w symboliczne wręcz w tym kontekście hobby, którym są wędrówki po jaskiniach.

Gorzki film kończy się jednak bardzo optymistycznie - siłą wyzwalającą bohatera z psychicznej pułapki okazuje się miłość. Reżyserka wielokrotnie podkreślała, jak bardzo zależało jej na pozytywnym, niosącym optymizm zakończeniu. Do tego stopnia, że namówiła autora scenariusza do zmiany początkowych planów, w myśl których ta historia wcale nie miała zmierzać w kierunku światełka w tym tunelu przenoszonego z pokolenie na pokolenie zła.

Jeden za wszystkich...

Reżyserka z łatwością porozumiała się ze scenarzystą - nie dość, że pochodzili z tego samego zakątka Polski, to ich drogi przypadkowo stykały się ze sobą kilkakrotnie, by wreszcie spleść się na dobre w oryginalnym związku artystycznym.

Wojciech Kuczok wywodzi się ze Śląska i choć za sprawą studiów przez dłuższy czas mieszkał w Krakowie, ostatnio dzieli swój czas między stolicę Małopolski a krainę kopalń.

Kuczok debiutował tomikiem prozy Opowieści samowite, później były zbiory opowiadań, a wreszcie - powieść Gnój. Dzieło od samego początku zbierało bardzo pozytywne opinie zarówno wśród krytyków, jak i czytelników. Szybko pojawiły się liczne nagrody, spośród których najcenniejsza jest wspomniana wcześniej Nike.

Pisarz chętnie zgodził się na współpracę z Piekorz, przygotowując scenariusz na podstawie motywów ze swoich opowiadań i powieści, uzupełnionych o nowe wątki i postacie.

Po oszałamiającym wprost sukcesie ekranizacji Pręg para artystów kontynuowała współpracę. Jej wynikiem był przygotowany na scenie warszawskiego teatru Centrum Sztuki Studio monodram Doktor Haust - mroczna niemal tak samo jak Pręgi opowieść o psychoterapeucie, który próbuje leczyć ludzi, ale sam jest chory - jest nałogowym alkoholikiem. Spektakl, powstały na podstawie jednego z opowiadań Kuczoka, adaptowanego przezeń na potrzeby sceny, był odważnym wejściem do teatru grupy twórców, którzy w sensie profesjonalnej współpracy nigdy nie mieli z nim do czynienia. Doktor Haust spotkał się raczej z chłodnym przyjęciem ze strony krytyki, ale to bynajmniej nie ostudziło entuzjazmu jego twórców do dalszych wspólnych działań.

Nie miałyby one sensu, gdyby nie jeszcze kilka współpracujących z Piekorz i Kuczokiem osób. Na plan pierwszy wysuwa się oczywiście aktor, który zagrał najważniejsze role zarówno w filmie, jak i spektaklu - Michał Żebrowski. Sam co prawda jest warszawiakiem z krwi i kości, ale znakomicie czuje się w otoczeniu śląskich artystów.

- Przecież wiadomo, że nie jest ważne, skąd kto pochodzi, ale jaka jest sztuka, którą tworzy - wyjaśnia aktor. - Podziwiam odwagę tych ludzi, podziwiam w nich to, że nigdy nie idą na skróty. Współpraca z nimi jest prawdziwą przyjemnością, a zarazem artystycznym wyzwaniem. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję coś wspólnie z nimi zrobić.

Żebrowski może zawdzięczać współpracy z Piekorz i Kuczokiem przede wszystkim wyrwanie się z coraz bardziej mu chyba uwierającej szufladki mistrza pierwszoplanowych ról w kinie skrojonym z lektur szkolnych. Taką pozycję zapewniły mu przede wszystkim adaptacje wiekopomnych dzieł, w których zagrał - w oczach krytyki - dość papierowe role w Panu Tadeuszu Andrzeja Wajdy i Ogniem i mieczem Hoffmana. Wielu recenzentów podkreślało, pisząc o Pręgach, że w tym filmie Żebrowski wreszcie mógł pokazać swój aktorski kunszt i mnogość środków aktorskiego warsztatu.

Innym niezwykle ważnym współtwórcą tych działań jest operator Marcin Koszałka.

On także, podobnie jak Piekorz, kończył studia na Wydziale Radia i Telewizji w Katowicach - i zupełnie tak samo jak ona - zaczynał od filmów dokumentalnych. Jego samodzielny debiut z 1999 roku, autobiograficzny film Takiego pięknego syna urodziłam, sprawił wiele zamieszania, przede wszystkim za sprawą bardzo odważnej ekranowej wiwisekcji własnego życia osobistego autora, a zwłaszcza jego stosunków z rodzicami. Potem Koszałka skupił się jednak bardziej na sztuce operatorskiej, czego wynikiem są bardzo wysoko oceniane zdjęcia do filmu Pręgi.

Katowice, moja miłość

Cała ta grupa, wspierana jeszcze przez kilku innych współpracowników, nadal pozostaje ze sobą w ścisłym kontakcie. Wspierają się nawzajem i w miarę możliwości wspólnie przygotowują swe kolejne prace. DarkLight Film Studio - bo pod taką nazwą oficjalnie występuje grupa młodych artystów - ma już na koncie jedną ważna produkcję - drugi film dokumentalny Koszałki, Jakoś to będzie, podobnie jak pierwszy, niemal autobiograficzny, będący swoistą kontynuacją Takiego pięknego syna urodziłam.

- Łączy nas przede wszystkim to, że podobnie myślimy, podobnie czujemy, a przede wszystkim chcemy razem pracować - opowiada Magda Piekorz. - Ale jednocześnie ważną nicią przebiegającą gdzieś między nami jest przywiązanie do Śląska. To taki wspólny mianownik. I nie chodzi tylko o to, że urodziliśmy się w tym samym miejscu czy że tu się kształciliśmy. Do tego dodać jeszcze trzeba zbliżone podejście do własnej pracy: konsekwentne i poważne, a przede wszystkim: podobny sposób odczuwania świata. Specyficzny śląski klimat bez wątpienia ma na nas znaczny wpływ.

Takie myślenie o wspólnej pracy opiera się w przypadku tej specyficznej grupy na dwóch fundamentach, wywodzących się jeszcze z lat 70. ub. wieku. Pierwszą inspiracją, do której zresztą członkowie grupy chętnie się przyznają, są działające w tamtych czasach w Polsce zespoły filmowe - grupy ludzi, zajmujących się wspólnie tworzeniem filmów, ludzi, między którymi zawiązywała się zupełnie niepowtarzalna więź oparta na wspólnocie przeżyć, uczuć i sposobów patrzenia na świat. Te związki owocowały bardzo często oryginalnymi, głębokimi filmami, w których widać było pasję, zaangażowanie, a zarazem - wzajemne zrozumienie między ich współtwórcami.

Nic więc dziwnego, że producentem Pręg był Krzysztof Zanussi, szef zespołu filmowego "Tor", wykładowca na WRiTV i wybitny reżyser, który stał się także opiekunem filmu. To zresztą on skojarzył artystycznie swoją byłą studentkę i młodego pisarza, to za jego sprawą wizje Piekorz i Kuczoka mogły się spotkać.

Drugim źródłem inspiracji, a zarazem nieformalnym patronem tej grupy stał się Kazimierz Kutz, jeden z najważniejszych artystów polskiego kina, związany bardzo silnie ze Śląskiem i wspierający ten region w każdy możliwy sposób - czy to dziełami artystycznymi, czy też działaniami politycznymi, które w tej chwili zdają się być bliższe twórcy zasiadającemu w fotelu wicemarszałka Senatu RP.

- Kiedy ta grupa się pojawiła, nikt się jej chyba nie spodziewał - mówi Kutz - ale od jakiegoś czasu wyraźnie widać powrót wzmożonej tożsamości regionalnej w tej części kraju. Nic dziwnego - to przecież rejon bardzo bogaty w oryginalną tradycję, uwolnioną niedawno przez demokrację. Najważniejsze jest to, że ci artyści są na tyle oryginalni i utalentowani, że tworzą dzieła z jednej strony głęboko zakorzenione w regionalnej tradycji, ale jednocześnie uniwersalne.

A ci, tak honorowani przez Kutza artyści, jasno stwierdzają, że chcą iść jego drogą, kontynuować podtrzymywaną przez niego tradycję w polskiej kulturze.

- Nie mam wątpliwości, że Śląsk jest nam bardzo drogi i nie chcemy, żeby stracił swą wyjątkową tożsamość - tłumaczy Piekorz. - Pamiętam, że kiedyś podczas Barbórki orkiestra górnicza budziła mnie bladym świtem. Dziś tego już nie ma. To tylko drobny przykład, ale takich śląskich tradycji jest bardzo wiele: nieco może staroświecki z dzisiejszego punktu widzenia model rodziny, szacunek dla pracy itp. Warto o tym wszystkim mówić, warto podtrzymywać te mity, utrwalać to, co ważne.

Takiemu celowi będzie wyraźnie służył najnowszy projekt grupy skupionych wokół Piekorz twórców. Ma to być film fabularny, którego tłem będzie dzisiejsza sytuacja Śląska - z podupadłymi ekonomicznie, często bankrutującymi kopalniami i ludźmi tracącymi z dnia na dzień pracę i pozycję społeczną. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ten film może się stać kolejnym ważnym dziełem śląskiego desantu na polską kulturę.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail