PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 25 marca 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Smasznego jejku!

Jest pierwszy dzień wiosny, nazwany nieprzypadkowo Międzynarodowym Dniem Walki z Rasizmem. Piszę ten felieton w kraju nad Wisłą, któremu żaden rasizm na szczęście nie zagraża, bo jeszcze by spróbował! Powszechnej zgodzie i szczęśliwości ludności zamieszkującej piękne, choć nieco podmokłe, ziemie Mazowsza i Podhala towarzyszy stała troska, aby każdy Inny czuł się u nas jak Swój. Dlatego ludzie poszukujący dla siebie miejsca w świecie poszukiwaczy silnych wrażeń i nieustającej walki wszystkich ze wszystkimi ciągną do Polski jak muchy do miodu. Przybywa też ludności znużonej amerykańskim czy tylko kanadyjskim dobrobytem.

Polska zamienia się także w ziemię obiecaną Holendrów. Rośnie populacja Wietnamczyków. Dla Czeczenów nasz kraj staje się powoli ojczyzną zastępczą. Najzupełniej słusznie nie zauważa tego fenomenu Unia Europejska, nie zapraszając do Strasburga na obrady dotyczące Czeczenii przedstawicieli separatystów. Bruksela chce odebrać Moskwie monopol na groźne milczenie w sprawie Groznego. Odważna Bruksela poszła nawet o krok dalej: postanowiła nie przedstawić ONZ-owskiej komisji ds. praw człowieka rezolucji w sprawie Czeczenii. Polacy, zajadający w święta importowaną, belgijską brukselkę, mogą się tylko domyślać, kto ją warzy i dlaczego.

Syberyjskim mrozem wieje nie tylko ze Strasburga, ale i z wiosennej Moskwy. Od wczoraj Rosjanie wymachują nam przed nosem patronem ronda na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich z ulicą Popularną, czyli zabitym przez nich czeczeńskim prezydentem Czeczenii Dżocharem Dudajewem. Rosjanie postępowo i tolerancyjnie milczeli, gdy artystka Rejkowska ustawiała antyrosyjską, burżuazyjną palmę naprzeciw dawnego budynku KC PZPR na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu. Mieści się tam teraz giełda, widomy symbol samouwłaszczenia się partyjnej nomenklatury. Lecz czujność Rosjan wzmógł dopiero śpiący snem wiecznym czeczeński bojownik. Na szczęście pierwszego dnia wiosny rozgorzała w Kirgizji migdałowa rewolucja, co tylko polepszy stan naszych dobrosąsiedzkich stosunków. Już widzę kolejki tonących w mętnych wodach afer polityków z SLD, chwytających się brzydko swojej ostatniej szansy: opozycji kirgiskiej. Być może i sam Wałęsa opuści na chwilę front walki z Radiem Maryja i zamiast atakować okopy księdza-redaktora zajmie się obroną demokracji na Kaukazie?

Stan polskiego wojowniczego ducha podtrzymują zatem tęgie pokrzykiwania tęgich już bardzo panów, co pozwala społeczeństwu naszemu zasłużonemu żyć w poczuciu zasłużonego bezpieczeństwa. Wojujący ze sobą brzuchaci wojewodowie, potykający się spasieni posłowie, tnący się brzytwami obelg po tłustej potylicy politycy utrzymują wysoki poziom gotowości bojowej narodu polskiego, jak zawsze gotowego stawić czoło każdemu wrogowi, wewnętrznemu zwłaszcza. Przybyszów z krain dalekich może z kolei zmylić wrzask dochodzący z ław i komisji sejmowych, mediów czy sądów - działających zresztą zamiennie: sądy mediują, media sądzą. Wrzask wrzaskiem, ale wraz z wrzaskiem rośnie i bezwzględnie się umacnia polska krzepa narodowa, na wszystko gotowa. Jeszcze miesiąc, jeszcze dwa i wrócimy do koryta - tak sobie śpiewa polska prawa "elyta", kabaretowa jak najbardziej.

Na razie walczy, jak tradycja nakazuje, do ostatniej kropli cudzej krwi. W telewizji Dworaka czas pomiędzy pojedynkami amerykańskich krążowników szos z lat 60. wypełniają Polakom kowbojskie pojedynki na polszczyznę zgrzebną a czerstwą polskiego "ubekistanu" z polskim stanem. Wysokim. Moralnym i Umysłowym. Słowem - kłócą się wszyscy ze wszystkimi i tak jest dobrze. Byłoby gorzej, gdyby wszyscy ze wszystkimi żyli w zgodzie. To mogłoby się okazać wysoce podejrzane i jeszcze jakie nieszczęście na kraj nasz wesoły by spadło.

Poza tym czas świąt zmartwychwstania Pańskiego to czas zbawienny dla sprzedawców widłaka goździstego, pomocnika baldaszkowego, kocanki palmowej i bagna zwyczajnego, dobrego na mole. Z roślin tych pięknych a prawem chronionych wyrabia się, jak co roku, wielkanocne palemki. Sprzedawcy tychże usadowili się czujnie na chodnikach przed kościołami, zapewne w nadziei na szybkie rozgrzeszenie, a że zima jeszcze mocno trzyma, chuchają w zmarznięte dłonie. Jedyna sztuczna palma artystki R. nie ma jeszcze korony liści na szczycie, bo na zimę zostały zdemontowane - zapewne w obawie przed złodziejami liści palmowych - i wiosny nie czyni.

Przejeżdżałem tam dzisiaj taksówką. Na światłach zatrzymał się przed nami sportowy samochód, wysiadł zeń młodzieniec, pociągnął dwa razy z piersiówki i chwiejąc się na nogach zasiadł z powrotem za kierownicą. Po czym ruszył z dymem opon, a my za nim. Taksówkarz odpuścił dopiero po kilkuset metrach, gdy sobie przypomniał, że jedzie zaledwie polonezem. Ja sobie z kolei przypomniałem niedawną mą podróż z Rzeszowa do Warszawy, którą przeżyłem jedynie po to, bym tę atrakcyjną nową usługę mógł zareklamować Polakom żyjącym w nudnej, bo bezwstydnie bezpiecznej Ameryce.

Amerykańscy Polacy, znudzeni amerykańskim bezpieczeństwem dobrobytu i dobrymi amerykańskimi szosami, powinni koniecznie polecieć do kraju i wsiąść do małego busa jednej z prywatnych firm przewożących ludność miejscową oraz nieświadomych niczego zagraniczniaków. Należy zapiąć pas i pozostawić oczy szeroko otwarte; czeka nas najbardziej mrożąca krew w żyłach przygoda w naszym nudnym, bo bezpiecznym żywocie. Są to cztery godziny balansowania na granicy istnienia, w dodatku bez żadnej gwarancji z martwych wstania - tak daleko rozwiniętych usług jeszcze tu nie oferują.

Na koniec Międzynarodowego Dnia Walki z Rasizmem w tolerancyjnej nad wyraz Warszawie wybrałem się na spektakl And the City Spoke, zrealizowany przez czternastu emigrantów, którzy nie tylko zeszli z polskiej sceny bez obrażeń, to jeszcze złożyli wszystkim życzenia "smasznego jejku", do których dołącza się

Marek Kusiba

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail