Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Smasznego jejku!
Jest pierwszy dzień wiosny, nazwany nieprzypadkowo Międzynarodowym
Dniem Walki z Rasizmem. Piszę ten felieton w kraju nad Wisłą,
któremu żaden rasizm na szczęście nie zagraża, bo jeszcze
by spróbował! Powszechnej zgodzie i szczęśliwości ludności
zamieszkującej piękne, choć nieco podmokłe, ziemie Mazowsza
i Podhala towarzyszy stała troska, aby każdy Inny czuł się
u nas jak Swój. Dlatego ludzie poszukujący dla siebie miejsca
w świecie poszukiwaczy silnych wrażeń i nieustającej walki
wszystkich ze wszystkimi ciągną do Polski jak muchy do miodu.
Przybywa też ludności znużonej amerykańskim czy tylko kanadyjskim
dobrobytem.
Polska zamienia się także w ziemię obiecaną Holendrów. Rośnie
populacja Wietnamczyków. Dla Czeczenów nasz kraj staje się
powoli ojczyzną zastępczą. Najzupełniej słusznie nie zauważa
tego fenomenu Unia Europejska, nie zapraszając do Strasburga
na obrady dotyczące Czeczenii przedstawicieli separatystów.
Bruksela chce odebrać Moskwie monopol na groźne milczenie
w sprawie Groznego. Odważna Bruksela poszła nawet o krok dalej:
postanowiła nie przedstawić ONZ-owskiej komisji ds. praw człowieka
rezolucji w sprawie Czeczenii. Polacy, zajadający w święta
importowaną, belgijską brukselkę, mogą się tylko domyślać,
kto ją warzy i dlaczego.
Syberyjskim mrozem wieje nie tylko ze Strasburga, ale i z
wiosennej Moskwy. Od wczoraj Rosjanie wymachują nam przed
nosem patronem ronda na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich z
ulicą Popularną, czyli zabitym przez nich czeczeńskim prezydentem
Czeczenii Dżocharem Dudajewem. Rosjanie postępowo i tolerancyjnie
milczeli, gdy artystka Rejkowska ustawiała antyrosyjską, burżuazyjną
palmę naprzeciw dawnego budynku KC PZPR na skrzyżowaniu Alej
Jerozolimskich i Nowego Światu. Mieści się tam teraz giełda,
widomy symbol samouwłaszczenia się partyjnej nomenklatury.
Lecz czujność Rosjan wzmógł dopiero śpiący snem wiecznym czeczeński
bojownik. Na szczęście pierwszego dnia wiosny rozgorzała w
Kirgizji migdałowa rewolucja, co tylko polepszy stan naszych
dobrosąsiedzkich stosunków. Już widzę kolejki tonących w mętnych
wodach afer polityków z SLD, chwytających się brzydko swojej
ostatniej szansy: opozycji kirgiskiej. Być może i sam Wałęsa
opuści na chwilę front walki z Radiem Maryja i zamiast atakować
okopy księdza-redaktora zajmie się obroną demokracji na Kaukazie?
Stan polskiego wojowniczego ducha podtrzymują zatem tęgie
pokrzykiwania tęgich już bardzo panów, co pozwala społeczeństwu
naszemu zasłużonemu żyć w poczuciu zasłużonego bezpieczeństwa.
Wojujący ze sobą brzuchaci wojewodowie, potykający się spasieni
posłowie, tnący się brzytwami obelg po tłustej potylicy politycy
utrzymują wysoki poziom gotowości bojowej narodu polskiego,
jak zawsze gotowego stawić czoło każdemu wrogowi, wewnętrznemu
zwłaszcza. Przybyszów z krain dalekich może z kolei zmylić
wrzask dochodzący z ław i komisji sejmowych, mediów czy sądów
- działających zresztą zamiennie: sądy mediują, media sądzą.
Wrzask wrzaskiem, ale wraz z wrzaskiem rośnie i bezwzględnie
się umacnia polska krzepa narodowa, na wszystko gotowa. Jeszcze
miesiąc, jeszcze dwa i wrócimy do koryta - tak sobie śpiewa
polska prawa "elyta", kabaretowa jak najbardziej.
Na razie walczy, jak tradycja nakazuje, do ostatniej kropli
cudzej krwi. W telewizji Dworaka czas pomiędzy pojedynkami
amerykańskich krążowników szos z lat 60. wypełniają Polakom
kowbojskie pojedynki na polszczyznę zgrzebną a czerstwą polskiego
"ubekistanu" z polskim stanem. Wysokim. Moralnym i Umysłowym.
Słowem - kłócą się wszyscy ze wszystkimi i tak jest dobrze.
Byłoby gorzej, gdyby wszyscy ze wszystkimi żyli w zgodzie.
To mogłoby się okazać wysoce podejrzane i jeszcze jakie nieszczęście
na kraj nasz wesoły by spadło.
Poza tym czas świąt zmartwychwstania Pańskiego to czas zbawienny
dla sprzedawców widłaka goździstego, pomocnika baldaszkowego,
kocanki palmowej i bagna zwyczajnego, dobrego na mole. Z roślin
tych pięknych a prawem chronionych wyrabia się, jak co roku,
wielkanocne palemki. Sprzedawcy tychże usadowili się czujnie
na chodnikach przed kościołami, zapewne w nadziei na szybkie
rozgrzeszenie, a że zima jeszcze mocno trzyma, chuchają w
zmarznięte dłonie. Jedyna sztuczna palma artystki R. nie ma
jeszcze korony liści na szczycie, bo na zimę zostały zdemontowane
- zapewne w obawie przed złodziejami liści palmowych - i wiosny
nie czyni.
Przejeżdżałem tam dzisiaj taksówką. Na światłach zatrzymał
się przed nami sportowy samochód, wysiadł zeń młodzieniec,
pociągnął dwa razy z piersiówki i chwiejąc się na nogach zasiadł
z powrotem za kierownicą. Po czym ruszył z dymem opon, a my
za nim. Taksówkarz odpuścił dopiero po kilkuset metrach, gdy
sobie przypomniał, że jedzie zaledwie polonezem. Ja sobie
z kolei przypomniałem niedawną mą podróż z Rzeszowa do Warszawy,
którą przeżyłem jedynie po to, bym tę atrakcyjną nową usługę
mógł zareklamować Polakom żyjącym w nudnej, bo bezwstydnie
bezpiecznej Ameryce.
Amerykańscy Polacy, znudzeni amerykańskim bezpieczeństwem
dobrobytu i dobrymi amerykańskimi szosami, powinni koniecznie
polecieć do kraju i wsiąść do małego busa jednej z prywatnych
firm przewożących ludność miejscową oraz nieświadomych niczego
zagraniczniaków. Należy zapiąć pas i pozostawić oczy szeroko
otwarte; czeka nas najbardziej mrożąca krew w żyłach przygoda
w naszym nudnym, bo bezpiecznym żywocie. Są to cztery godziny
balansowania na granicy istnienia, w dodatku bez żadnej gwarancji
z martwych wstania - tak daleko rozwiniętych usług jeszcze
tu nie oferują.
Na koniec Międzynarodowego Dnia Walki z Rasizmem w tolerancyjnej
nad wyraz Warszawie wybrałem się na spektakl And the City
Spoke, zrealizowany przez czternastu emigrantów, którzy
nie tylko zeszli z polskiej sceny bez obrażeń, to jeszcze
złożyli wszystkim życzenia "smasznego jejku", do których dołącza
się
Marek Kusiba
|
|