JERZY PIEKARCZYK
Pamięć
ocalonych
Było
to jedyne gimnazjum w Polsce, którego świadectwo maturalne
zapewniało przyjęcie bez egzaminów wstępnych na wszystkie
polskie uniwersytety oraz Uniwersytet Hebrajski w Jerozolimie.
Otwarte w 1904 roku, istniało przez 35 lat, aż zamknęli je
Niemcy po zajęciu miasta. Prywatne Gimnazjum Koedukacyjne
im. Chaima Hilfsteina Żydowskiego Towarzystwa Szkoły Ludowej
i Średniej w Krakowie uważano za jeden z najlepszych zakładów
wychowawczych międzywojennej Polski.
- Poznałem wielu uczniów tego gimnazjum, którzy spędzili
tam 12 lat, od szkoły powszechnej do matury, jak m.in. Rafael
Scharf, zmarły niedawno w Londynie, Natan Gross, polsko-żydowski
pisarz i poeta mieszkający do dziś w Tel Awiwie, czy dr Igo
Feldblum z Hajfy, syn słynnego adwokata krakowskiego - Szymona
Feldbluma - mówi prof. Aleksander Skotnicki, szef Kliniki
Hematologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego,
dla którego gimnazjum przy ulicy Brzozowej to ten sam fragment
przeszłości, którą wraz z ludźmi zmiotła II wojna światowa.
Profesor jest członkiem Krakowskiego Towarzystwa Fotograficznego
i ma nadzieję, że w niedługim czasie uda się na kolejnej wystawie
pokazać historię gimnazjum, jego profesorów i uczniów, tak
jak w synagodze Kupa na Kazimierzu, gdzie przypomniano krakowian
żydowskiego pochodzenia, których ocalił Oskar Schindler.
W gimnazjum z językiem wykładowym polskim uczono ponadto
greki, łaciny, niemieckiego oraz hebrajskiego (w którym wykładano
jedynie język i literaturę hebrajską, interpretację Biblii
oraz historię Żydów). Przedmioty judaistyczne powiększały
program o 10 godzin tygodniowo w stosunku do polskich szkół.
Prywatne gimnazjum, dość drogie, bo kosztowało 60 zł miesięcznie,
prawie cztery razy drożej niż czesne (17 zł) w państwowych,
było szkołą bardzo postępową, za co krytykowali ją ortodoksi.
Zajęcia szkolnej orkiestry odbywały się pod kierunkiem czeskiego
kompozytora Wacława Karasia, a była to - po orkiestrze Gimnazjum
im. Sobieskiego - druga w Krakowie orkiestra, mająca stałe
miejsce na patriotycznych majowych i listopadowych capstrzykach,
jakie odbywały się przy kościele św. Wojciecha na Rynku.
W latach 1919-39 przeszło przez tę szkołę około pięciu tysięcy
uczniów i uczennic. Z holocaustu ocalała jedna trzecia, blisko
1500. Z pięćdziesiesięciu profesorów gimnazjum wojnę przeżyło
tylko ośmiu. Reszta wybitnych nauczycieli, w większości absolwentów
Uniwersytetu Jagiellońskiego, zamordowano w Bełżcu albo w
krakowskim getcie podczas jego likwidacji w marcu 1943 roku.
W 1950 r. powstał w Tel Awiwie Związek Byłych Uczniów Gimnazjum
Hebrajskiego w Krakowie. Z tych, którzy przeżyli, 800 znalazło
się w Izraelu. Ocalało ich więcej niż z innych grup żydowskich
tylko dlatego, że większość była zasymilowana, mówiła po polsku,
a tylko tacy mieli przyjaciół po polskiej stronie, więc było
do kogo zapukać, kiedy od tego, czy drzwi się otwarły, zależało
życie. Ortodoksyjni Żydzi w większości nie utrzymywali prywatnych
kontaktów z Polakami. Ta izolacja pozwoliła im przez wieki
zachować tożsamość w diasporze, ale w czasie wojny tradycja
stała się ich śmiertelnym wrogiem.
Co zostało z tamtych lat
Jest taki zwyczaj, że byli uczniowie gimnazjum z ulicy Brzozowej
spotykają się co pięć lat, w połowie maja w Tel Awiwie. Pisze
Natan Gross: "Zachowaliśmy wierność dla naszej budy, sentyment
do szkolnej ławy, kolegów, pamięć nauczycieli i wkuwanych
na pamięć fragmentów Eneidy czy Ody do młodości.
To nam zostało z tych lat miłości pierwszej i do dziś stanowi
eliksir odmładzający".
W 55-lecie matury podliczył: w 1938 r., gdy zdawali egzamin
dojrzałości było ich 54. Wojna zredukowała tę liczbę do 25.
Po wojnie sześciu kolejnych przeniosło się do lepszego świata.
Heńka Zweiga odnalazł po 50 latach: przesiedział w sowieckim
łagrze w rejonie Omska, potem dostał jeszcze 25 lat za "syjonistyczną
ojczyznę" i "wrogów ludu", ale odsiedział tylko sześć, po
śmierci Stalina doczekał się rehabilitacji i na rocznicę matury,
przyjechał z Moskwy jako pracownik Instytutu Lingwistycznego,
zamiast mowy powitalnej recytujący przed dawnymi kolegami
kilkadziesiąt wersów z Konrada Wallenroda.
Spotkania mają swój tradycyjny ceremoniał. Drzwi hotelowej
sali recepcyjnej przy ogrodzie otwierają się dla wcześniejszych
spotkań już 1,5 godziny przed oficjalnym początkiem, jakiś
drink, śledzik, fistaszki i wspólne zdjęcie mające zaświadczyć,
że "nic się nie zmieniliśmy", choć to przecież nieprawda,
bo lata zrobiły swoje. Hejnał mariacki na syntezatorze gra
tradycyjnie kolega, warszawiak z pochodzenia, ale przyuczony
do krakowskich kawałków pamiętanych z lat szkolnych. Po hejnale
Marsz sztandarowy, niejako hymn szkoły, z którym zawsze
szkolna orkiestra szła na capstrzyk w Rynku, wreszcie Gaudeamus
igitur. Juvenes dum sumus - śpiewają, jakby na
chwilę zrzucając z grzbietu brzemię lat. Odczytywanie szkolnego
katalogu. Coraz rzadziej słychać: "obecny". Z listy nauczycieli
nikt już nie żyje. I jeszcze wiersz o Krakowie, którego
już nie ma, choć pozostał w sercach i w pamięci. I piosenka
Co nam zostało z tych lat, Jesienne róże oraz
inne przeboje z lat młodości.
Mówią wiersze zapamiętane po łacinie, niemiecku, hebrajsku.
Natan Gross zastanawia się, jaka siła przyciąga po 50 latach
tych "oldbojów" z różnych kątów świata, ludzi różnych stanów
i zawodów, na pozór niemających ze sobą nic wspólnego. Którzy
nie utrzymują kontaktów i nawet z trudem pamiętają, kto jest
kto.
Zdjęcia uzyskane dzięki Natanowi Grossowi z Muzeum Diaspory
w Tel Awiwie pokazują szkolne przedstawienia, profesorów,
spotkania, również to z Haimem Bialikiem, uznanym za odnowiciela
poezji hebrajskiej, który przyjechał z Palestyny w 1931 roku
i odwiedził gimnazjum. Próba orkiestry i ćwiczenia w maskach
gazowych na dachu gimnazjum w 1939 roku, jakby zapowiedź czegoś,
czego skutków żaden z uczniów wtedy nie przewidywał. Młodzież
Gimnazjum Hebrajskiego idąca ulicą Grodzką ze sztandarem,
aby świętować na Rynku rocznicę Konstytucji 3 maja. Zdjęcia
żydowskiego hufca harcerskiego w Nowym Targu z lata 1939 roku;
za kilka miesięcy dowiedzą się, że nie mają prawa nazywać
się ludźmi. Wreszcie to zdjęcie z 1946 roku, kiedy uratowani
z holocaustu spotkali się w Tel Awiwie z patronem gimnazjum,
dr. Haimem Hilfsteinem. To ten niewysoki mężczyzna na innym
zdjęciu z roku 1929, kiedy wręcza dyrektorowi szkoły sztandar
na boisku klubu sportowego Makkabi. Hilfstein - lekarz z wykształcenia,
był w okresie międzywojennym bardzo znanym działaczem społecznym,
przewodniczącym Towarzystwa Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej
(TOZ) - organizacji stawiającej sobie za cel krzewienie medycyny
prewencyjnej, lecznictwa publicznego i opieki nad dziećmi.
TOZ opiekował się także opóźnionymi w rozwoju i chorymi psychicznie,
a w 1939 roku prowadził 300 instytucji medycznych i sanitarnych
w 50 miastach i miasteczkach polskich, zanim zginął z rąk
okupanta.
W czasie okupacji Hilfstein założył, związaną z Radą Główną
Opiekuńczą, Żydowską Samopomoc Społeczną, która w latach 1941-42
prowadziła 400 placówek opiekuńczych, obejmujących pół miliona
osób i dzięki kontaktom RGO z Czerwonym Krzyżem była w pewnym
stopniu uznawana przez Niemców, co dawało możliwość dotarcia
do potrzebujących. Nawet w getcie krakowskim zbierano pieniądze
na jeszcze biedniejszych od tych, którzy byli i tak już wystarczająco
biedni. Hilfstein był początkowo w getcie, a następnie pracował
jako lekarz w obozie płaszowskim i w "Emalii" na Lipowej -
fabryce Oskara Schindlera, po czym trafił na jego listę i
znalazł się w przeniesionej do Brünnlitz na Morawach
fabryce, w której - razem z przeszło tysiącem krakowskich
Żydów - doczekał wyzwolenia. Po wojnie wyemigrował do Izraela,
gdzie odnalazł kilkuset uratowanych uczniów Gimnazjum Hebrajskiego
z Krakowa.
Ogromny dar boży
"Gdy się ma jednego nauczyciela, którego można kochać, to
jest ogromny dar boży na całe życie" - napisał Natan Gross
o najbardziej znanej postaci gimnazjum, o Juliuszu Feldhornie.
Urodzony w Tarnowie w roku 1901, historyk literatury i sztuki,
pisarz, poeta, tłumacz. Ukończył Uniwersytet Jagielloński
w roku 1923, a w 1927 r. obronił doktorat z filozofii, w gimnazjum
uczył języka polskiego. Humanista w najlepszym tego słowa
znaczeniu. Tłumaczył z włoskiego, niemieckiego, hebrajskiego,
przekładał poetów serbskich i rosyjskich. Człowiek, który
swoimi dokonaniami mógłby wypełnić kilka życiorysów. Natan
Gross napisał:
"Dał nam podstawy miłości do sztuki, do poezji. Był intelektualistą,
poetą, miał nadzwyczajny sposób podawania wiedzy, był świetnym
aktorem i recytatorem, wiersz powiedziany przez Feldhorna
był niezwykłym przeżyciem. Głos głęboki, ciepły, nieskazitelna
dykcja, uczulenie na rytm i melodii wiersza. Gdy skończył
recytować, uczniowie siedzieli jak skamieniali. Setki jego
uczniów pamiętają te recytacje, których echo dochodzi do nich
po latach. Ja to wszystko po nim odziedziczyłem, on mnie stworzył.
Jeśli jestem tym, kim jestem, to stworzył mnie Feldhorn i
ja w to wierzę".
Napisał tak w książce To była Hebrajska Szkoła w Krakowie,
wydanej w roku 1989 dla upamiętnienia 50. rocznicy likwidacji
szkoły.
Lekcje Feldhorna dalekie były od belferskiej rutyny, odbiegały
od oficjalnego programu szkolnego, uczył patrzeć i słuchać,
urządzał na lekcjach koncerty muzyki klasycznej i nowoczesnej
z płyt, zapoznawał uczniów z arcydziełami sztuk plastycznych.
Na przykładach pokazywał granice doskonałego rzemiosła i genialności,
umiejętności kompozycyjnych i głębi przeżycia. Norwid był
jego ulubionym poetą. Uwielbiał Matejkę. Zajmowali się twórczością
Leonarda da Vinci, Buonarottiego, Rafaela, a przecież miał
uczyć tylko polskiego. Szukał w uczniach nie tyle wiedzy,
co inteligencji, samodzielnego myślenia. Zapamiętano dwóch
księży katolickich, którzy regularnie przychodzili do gimnazjum
przy ulicy Brzozowej na wykłady Feldhorna poświęcone literaturze
współczesnej. Planował stworzenie katedry języków słowiańskich
na Uniwersytecie Hebrajskim w Tel Awiwie. W 1938 r. Księgarnia
Powszechna zamówiła u niego - zwykłego nauczyciela języka
polskiego w Gimnazjum Hebrajskim - cykl popularnych wykładów
z historii sztuki, do którego zabrał się ze zwykłą sobie energią
(książka Dzieła i twórcy ukazała się dużo później,
w 1962 roku).
Podczas kampanii wrześniowej w 1939 roku służył jako oficer
w Wojsku Polskim. Potem znalazł się we Lwowie, gdzie był nauczycielem
w szkole zawodowej. Po wkroczeniu Niemców związał się z podziemiem.
Przez jakiś czas ukrywał się w Wiśniczu. Potem na aryjskich
papierach, pod nazwiskiem Krawczyk, mieszkał w podkrakowskich
Swoszowicach, w prywatnych małym domku z żoną, Stellą Landy
i córką. Żona - sama również poetka - tłumaczyła z niemieckiego
i angielskiego; oboje uczyli na tajnych kompletach.
W 1943 r. po Stellę przyszło gestapo. Przed aresztowaniem
powiedziała do 5-letniej Marysi: uciekaj do cioci. Dziewczynka
znała drogę wśród zarośli, wcześniej wypróbowaną z matką podczas
spacerów.
Niemcy rozstrzelali małżeństwo Feldhornów na rynku w Wieliczce.
Juliusz miał wówczas 42 lata, Stella 38...
Bardzo bliska przeszłość
Aleksander Skotnicki: - Kiedy zapytałem Natana Grossa, co
się stało z Marysią Feldhorn, powiedział: "Przeżyła wojnę
przechowana w sierocińcu u sióstr zakonnych w Czersku pod
Warszawą. Zadzwoniłem do niej, zaprosiła mnie do siebie. Kiedy
powiedziałem, że chciałbym rozmawiać o jej ojcu, o Gimnazjum
Hebrajskim, a być może zrobić w Krakowie wystawę na ten temat,
ofiarowała mi to, co miała najdroższe: zdjęcia rodzinne, jedyne,
co jej zostało po rodzicach. Powiedziała, że jeżeli ktoś chce
pisać o jej ojcu, jest najmilej widzianym gościem w jej domu
w Warszawie.
Biurko w gabinecie profesora Skotnickiego zasłane jest czarno-białymi
fotografiami sprzed sześćdziesięciu pięciu lat. Większość
z nich jest jak kamienie nagrobne znaczące pamięć o ludziach,
których już nie ma. Pochodzą z albumu z datą 1940 roku, znalezionego
przez robotników na strychu remontowanej, starej kamienicy
w krakowskim Podgórzu. Jej dawnych mieszkańców pewnie zamordowano
w Bełżcu lub na ulicach getta. Album ocalał i przechowywany
przez zasłużonego dla kultury narodowej prezesa Krakowskiego
Towarzystwa Fotograficznego Władysława Klimczaka, przybliża
atmosferę tamtego czasu. Przejmującą atmosferę. Piękni, beztroscy,
uśmiechnięci młodzi ludzie z opaskami z gwiazdą Dawida. Większość
z nich miała niebawem zginąć. Wtedy jeszcze nie wiedzieli,
że są to ostatnie miesiące ich życia.
Prof. Skotnicki pokazuje kolejne zdjęcia: - To byli nasi
współobywatele. Spacerowali po tych samych ulicach, po Plantach,
a przed egzaminami chodzili o czwartej, piątej rano na Wawel,
aby powtórzyć lekcje. W tym mieście spędzili swą młodość,
bawili się, kąpali w Wiśle. Zginęło ich tutaj 80 tysięcy,
zamordowano czwartą część ludności Krakowa. Gdyby przeżyli,
wielu z nich mogłoby stanowić o wielkości tego miasta i kraju,
ale stało się inaczej. Dlatego trzeba przynajmniej ocalić
dla przyszłych pokoleń pamięć o wspólnej przeszłości, której
kres położyła niemiecka okupacja - najtragiczniejszy okres
w 1000-letniej historii Krakowa.
W jednym ze swych wierszy Natan Gross pisze: Pod Smoczą
Jamą nie ma już żydowskich dzieci. Pozostała tylko historia,
trochę zabytków i cmentarzy. I coś niewymiernego, lecz istotnego
i nieprzemijającego - dorobek wspólnego, tysiącletniego współżycia
na jednej ziemi.
|