CZESŁAW KARKOWSKI
Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)
W
Metropolitan Museum otwarto wielką wystawę fotografii Diane
Arbus, artystki "kultowej" w świecie sztuki. Nie tylko jej
zdjęcia, ale i legenda wokół tych prac, znanych głównie z
reprodukcji, mit wokół samej artystki zmarłej śmiercią samobójczą
w Nowym Jorku w 1971 r. - wszystko to tworzy atmosferę poruszenia
i sensacji. Jest to pierwsza w Nowym Jorku wielka wystawa
poświęcona jej twórczości od ponad trzydziestu lat.
Około 180 fotografii oraz trzy "biblioteki" - rodzaj pokojów-pracowni
ze zdjęciami, dokumentami i pamiątkami po Arbus - dają doskonały
wgląd w twórczość, a także osobowość artystki. Arbus (z domu
Nemerov, pochodząca z rodziny węgierskich Żydów) urodziła
się w 1923 r. Studiowała fotografię w latach 40. i 50., ale
zasadniczo była samoukiem - jeśli w ogóle słowo to cokolwiek
znaczy w sztuce. Styl i technikę pracy wykształciła w okresie
ponad dziesięciu lat, gdy wraz z mężem Allanem Arbusem prowadziła
(w latach 1946-1956) zakład fotograficzny. Publikowała zdjęcia
w magazynach typu Esquire czy Harper's Bazaar,
zamieszczających dobre teksty i świetne zdjęcia. Toteż wokół
tych pism zebrała się grupa doskonałych artystów.
Zdjęcia Diane Arbus zawsze się jednak wyróżniały. Podczas
gdy pisma preferowały elegancję stylu i perfekcję wykonania,
jej prace stanowiły zaprzeczenie tej estetyki. Brzydota i
pospolitość dominowały na jej fotografiach sprawiających wrażenie
surowego materiału wymagającego dalszej obróbki albo po prostu
źle zrobionych. Tematyka jej zdjęć szokowała, toteż albo je
niechętnie prezentowano, albo oskarżano Arbus o próbę epatowania
widzów wizerunkami kalek, osób niedorozwiniętych umysłowo,
wyszukiwaniem ludzi marginesu kulturowego - cyrku, tanich
wodewili, striptizowych teatrzyków. Naturalnie, że patrzymy
z oszołomieniem i niedowierzaniem na zdjęcia przedstawiające
wczasowiczów obozu dla nudystów gdzieś w Pensylwanii, na twarze
i postaci umysłowo chorych, zdeformowane ciała kalek. Wydaje
się, jakby sztuka nie była potrzebna - sam temat zdumiewa
i szokuje.
Krytycy sztuki Arbus mieli po części rację. Kiedy jednak
ogląda się jej dzieło w reprezentatywnej próbie, jak na wystawie
w Metropolitan, widać szerszy zamysł artystyczny. Wyłaniamy
się z tych fotografii my sami, widzimy własną brzydotę, pospolitość
urody, żałosną pretensjonalność do wdzięku i elegancji, tandetę
otoczenia. A efekt ten podkreśla "surowość" zdjęć Arbus, jakby
robionych w złym oświetleniu, w zniekształcającym ujęciu,
na niezmiernie zwyczajnym, brzydkim tle, w ciasnych, klaustrofobicznych
pomieszczeniach. Nic tedy dziwnego, że z wystawy wychodzimy
w depresji.
*
Odprężenie znajdziemy w Whitney Museum. Dużo radosnych zdziwień
i nawet chichotu przynosi zwiedzanie wystawy kalifornijskiego
artysty Tima Hawkinsona. Jego absurdalne, surrealistyczne
(w potocznym sensie tego słowa), a zarazem pomysłowe artefakty
potrafią nas rozbawić. Czy jest to sztuka? W dzisiejszych
czasach lepiej nie zadawać takich pytań i uznać, że to, co
prezentują muzea jest sztuką.
Od razu na powitanie mamy przedsmak ekspozycji: na ścianie
Hawkinson umieścił dużą, srebrną sylwetkę słonia jakby rozpłaszczonego
jakąś wielką packą na muchy (a właściwie na latające i uciążliwe
słonie). Obok wisi w powietrzu jak balon gumowa sylwetka nagiej
postaci. Podobno sam artysta oblał się lateksem i następnie
ściągnął go z siebie jak skórę. Pomalowany balon-człowiek
z brudnymi podeszwami stóp unosi się na uwięzi w muzealnej
przestrzeni.
Hawkinson często wykorzystuje własne ciało do swoich zabawnych
konstrukcji. Nie wspomnę o dwóch nogach z ołowiu (do pół łydki
na wzór dawnych odlewów np. ręki pianisty albo głowy artysty).
W jednym z pomieszczeń w maleńkiej szklanej gablotce znajduje
się szkielet ptaka. Z umieszczonej informacji dowiadujemy
się, że ta bardzo zgrabna konstrukcja (podobnie jak w sąsiedztwie
ptasie jajko) została wykonana wyłącznie z paznokci twórcy.
W pobliżu - pióro ptasie - wyłącznie z włosów Hawkinsona.
Nie chciałbym wzorem ambitnych krytyków dopatrywać się ideologii
w dziełach 45-letniego artysty. Nie sądzę, aby gigantyczna
opona zrobiona ze strzępów prawdziwych opon stanowiła aluzję
do postaci Marii Magdaleny wyrzeźbionej przez Donatella ani
też aby ogromny zwój papieru z gryzmołami czerwonym długopisem
na rozwiniętej części miał być szyderczym komentarzem do dziejów
ludzkości (tytuł dzieła - Historia świata od początku do
dziś). Czerwone długopisy (ciekawe czy te, z których korzystał)
znajdują zresztą zastosowanie - wypełniają wnętrze ogromnego
kawałka palca z brudnym paznokciem. I co ma on znaczyć? Nic.
Jest żartem, wygłupem, pomysłem dla pomysłu, im bardziej idiotycznym,
tym lepszym, ponieważ w absurdzie spełnia się cel tych prac.
A przy tym w zwiedzających rodzą uczucia, których dawno nie
doznawali w obcowaniu ze sztuką współczesną: odświeżającego
zdziwienia, zaskoczenia nagłym skojarzeniem przedmiotów czy
materiałów, które się nigdy dotychczas nie spotkały (np. zegar
z pastą do zębów), zabawy z powodu zupełnego braku sensu,
funkcji i potrzeby, jak powiedzmy jego ogromna, skomplikowana
maszyna do skapywania wody albo gatki męskie uplecione z grubego
czerwonego kabla.
Na wystawie znajdziemy wiele urządzeń, których jedynym zadaniem
jest wydawanie dźwięków, poruszanie się (Spin Sink
- 24 połączone tryby od maleńkiego, obracającego się 1400
razy na minutę, po wielki, który zatacza koło raz na sto lat),
tworzenia po prostu nowej jakości (świetne maleńkie krzesełko
dające w rzucie perspektywicznym znaczonym cienkimi nitkami
normalne krzesło).
Gdybyśmy chcieli jednak dopatrzyć się jakiejś idei poruszającej
zamysłem artystycznym, to powiemy, że Hawkinson kieruje się
właśnie sprzeciwem wobec wszelkiej ideologii w sztuce, protestuje
przeciwko znaczeniu dzieła poza nim samym, opiera się komunikowaniu
sensu, kwestionuje istnienie tzw. wyższej racji tworu działalności
artystycznej. Jego sztuka w dzisiejszym uporządkowanym świecie
głosi chwałę technologii absurdu, inżynierii bezsensu, apoteozę
afunkcjonalności.
A przede wszystkim przywraca sztuce jedno z jej podstawowych
zadań - zdziwienia i zaskoczenia z powodu nieoczekiwanych
skojarzeń.
*
I znowu fotografia - tym razem w Muzeum Dahesha (580 Madison/56
Street, Manhattan). Otwarto tutaj bardzo ciekawą wystawę ze
zbiorów brytyjskiego Wilson Center for Photography poświęconą
najwcześniejszym fotografiom ludzi różnych lądów, kultur,
obyczajów.
Niemal natychmiast po wynalezieniu aparatu fotograficznego
w 1839 r., równocześnie we Francji i w Anglii, armia ludzi
uzbrojonych w nowy sprzęt ruszyła, by robić zdjęcia na świecie,
w odległych krajach i egzotycznych miejscach. Zarówno by zaspokoić
ciekawość publiczności na wiedzę o wyglądzie dalekich ziem,
jak i w celach naukowych. Antropologiczne typy (wówczas utożsamiane
z kulturowymi) były przedmiotem starannych studiów, a wobec
braku dokumentacji oraz rzadkich jednak podróży do danych
miejsc, wiedza ta była i skąpa, i fantastycznie nieraz zniekształcona.
Spokojnemu mieszczuchowi siedzącemu całe życie w jednym miejscu
(turystyka w skali masowej rozpoczęła się praktycznie po 1945
r.) zdjęcia takie dawały substytut podróży, zaspokajały jego
głód nowości. Ale nade wszystko fotografie były jednym z narzędzi
służących dominacji handlowej i politycznej nad ludami kolonii.
Nim bowiem wkraczały do jakiegoś kraju wojska celem podboju,
wpierw ruszali kupcy, a za nimi - antropologowie. Poznawali
ludność miejscową, obyczaje, język, wierzenia, rozpoznawali
bogactwa naturalne i możliwości eksploatacji. Byli forpocztą
i dostarczali pierwszego rozpoznania terenu.
Nie chcę przez to powiedzieć, iż kupcy i uczeni pozostawali
na usługach imperialnych państw. Choć byli i tacy, to jednak
w większości kierowali się własnymi interesami i powodami.
Mimochodem jednak spełniali i taką rolę.
Nic tedy dziwnego, że w latach 40. i 50. XIX stulecia pierwszymi
fotografami dalekich krajów byli właśnie przedstawiciele tych
dwóch zawodów. Szybko dołączyli do nich wojskowi. Skomplikowana
i pracochłonna technologia robienia zdjęć nie zniechęcała,
choć portretowanie ludzi w tamtych czasach było zadaniem niełatwym
z uwagi na długość ekspozycji. Krajobraz trwał, ludzi trzeba
było ustawić do zdjęcia, aby nie drgnęli przez kilkanaście
sekund. Choć wiele (czy nawet większość) pierwszych zdjęć
egzotycznych ludzi robiona była w studiu, gdzie sprowadzeni
pozowali w najfantastyczniejszych strojach i pozycjach, sporo
fotografii wykonano w plenerze, w naturalnym otoczeniu.
Wystawę podzielono na regiony. Oglądamy więc zwykłych ludzi,
na poły niewolników i arystokrację Bliskiego Wschodu, Afryki,
Indii, Oceanii, Dalekiego Wschodu, obu Ameryk, Azji Środkowej
i Europy. Choć z większości zdjęć, nawet pozowanych, wyziera
prawda o ogromnych nierównościach społecznych i biedzie, o
podbojach, wyzysku i zniewoleniu, to jednak nie możemy się
oprzeć smutnej refleksji: gdzież podziała się ta niebywała
rozmaitość kultur, wierzeń, obyczajów i stylów życia? W dzisiejszych
czasach globalizacji, czyli wielkiej uniformizacji, bogactwo
ludzkiego życia na ziemi zostało sprowadzone do jednego wzorca.
|