PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 marca 2005


ROMAN MARKOWICZ

Od klawiatury (komputerowej)
do klawiatury (fortepianowej)

O recitalach Ewy Podleś z pierwszej ręki

Moja dłuższa nieobecność na łamach Przeglądu Polskiego spowodowana była intensywnymi przygotowaniami do własnych występów w roli pianisty. Właściwie nie powinienem sam pisać o tego rodzaju aktywności - od czegóż dziennikarze muzyczni czy recenzenci - tym razem jednak moja rola jako pianisty była nieco odmienna, a przez to może i warta obszerniejszej wzmianki. Otóż spotkał mnie zaszczyt współpracy z największą polską śpiewaczką, Ewą Podleś (kontralt). Jej stała pianistka, Anna Marchwińska, rozpoczynała w tym okresie urlop macierzyński i mnie właśnie przypadł wspomniany zaszczyt zagrania kilku recitali w Hiszpanii ze wspaniałą artystką. Koncerty Ewy Podleś mniej lub bardziej szczegółowo opisywałem na tych łamach wielokrotnie, tym razem miałem jednak okazję bliższego zaznajomienia się z jej niepowtarzalną sztuką wokalną, co sprowokowało mnie do podzielenia się kilkoma wrażeniami z hiszpańskiego tournée.

Muszę zacząć od uświadomienia czytelnikom zjawiska, jakim jest jej pozycja w europejskiej wokalistyce. Nie zdawałem sobie sprawy, że dość znaczna amerykańska sława Ewy Podleś wciąż chyba nie dorównuje europejskiej: tu, tradycyjnie zresztą, entuzjastycznie przyjmowane są głównie występy operowe, a recitale - z wyjątkiem może tych oferowanych przez operowe "gwiazdy", mało zresztą mające do czynienia z tą intymniejszą formą - niemal nigdy nie spotykają się z tym samym, pełnym niemal egzaltacji przyjęciem.

W Hiszpanii już jej pojawienie się na scenie wzbudzało rzadko spotykany entuzjazm. Występy odbyły się w najbardziej prestiżowych salach operowych, jakimi są słynny GranTeatre del Liceu w Barcelonie czy Teatro de La Zarzuela w Madrycie. Jedynie w Walencji występ miał miejsce w nieco mniejszej sali recitalowej równie prestiżowego, choć stosunkowo nowego Palau de la Musica. Reklama recitali była znikoma i najwyraźniej niepotrzebna: od tygodni bilety były i tak wyprzedane.

Nie ukrywam, że największe wrażenie wywarła na mnie legendarna sala Liceu, teatru, który w 1994 r. został całkowicie zniszczony pożarem. Szczegółowej i wiernej rekonstrukcji dokonano na podstawie zdjęć i różnych dokumentów: dziś odwiedzający ten oddany z powrotem do użytku w 1999 r. teatr mogą cieszyć oczy pysznymi wnętrzami i tym samym historycznym splendorem. Zaplecze tego teatru stało się jednym z najbardziej nowoczesnych w Europie. Nowoczesna technologia przeniosła się również na salę. Tam po raz pierwszy zauważyłem, że małe ekraniki z tyłu foteli, służące na co dzień do wyświetlania tekstu libretta podczas spektakli operowych (takie jak w nowojorskiej Metropolitan Opera), tym razem wykorzystano do prezentowania tekstów pieśni.

Ewa Podleś otwierała recitale pieśniami Chopina albo Moniuszki, po nich zaś następowała kantata Giovanna d'Arco Rossiniego. Drugą część programu otwierały albo pieśni Rachmaninowa, albo cykl pieśni Z izby dziecięcej Musorgskiego, a kończył cykl ośmiu Pieśni cygańskich Brahmsa. Bisami, jak zwykle podczas jej recitali, były dwie inne kompozycje Rossiniego: aria Cruda sorte z Włoszki w Algierze i Canzonetta spagnuola oraz popularna hiszpańska pieśń El Vito, tym razem w opracowaniu Joachina Nina.

Dla mnie - i jako pianisty, i jako słuchacza - najbardziej fascynującymi pozycjami tych programów stały się kantata Rossiniego oraz cykl pieśni Musorgskiego.

Utwór Rossiniego wciąż jest dla mnie nieco tajemniczy. Kantata skomponowana w 1832 r. dla Olympe, drugiej żony kompozytora, po raz pierwszy została wykonana dopiero w 1859 r. przez znaną śpiewaczkę Mariettę Alboni, a prawdopodobnie towarzyszył jej przy fortepianie sam kompozytor podczas jednego ze słynnych paryskich soiree, jakie Rossini wydawał w sobotnie wieczory. Jest to, charakterem i rozmiarem, najbardziej operowa z tego rodzaju kompozycji tworzonych wyłącznie na potrzeby owych słynnych przyjęć, na które zdobycie zaproszenia było zaszczytem. Wśród setek owych dzieł, które Rossini żartobliwie nazwał "grzechami starości" (większości z nich nigdy nie opublikowano za jego życia), znalazły się niepozorne "kartki z albumu", arie, duety, kompozycje fortepianowe i kameralne. Kantata Giovanna d'Arco przypomina typową scenę operową z tajemniczym wstępem fortepianu, trzema lirycznymi sekcjami połączonymi recytatywami, w końcu triumfalnym marszowym fragmentem i finałową kodą. Jest to, w dużym skrócie, smutne pożegnanie Joanny z matką i ojczyzną: Joanna czeka na znak od Boga, aby w imię króla rozpocząć walkę z angielskimi najeźdźcami. Jako interpretatorka Rossiniego, Podleś nie ma dziś sobie równych: jest to nie tylko moje zdanie, ale powszechna opinia znawców świata operowego, choć przedziwnym trafem wciąż niepodzielana przez "władców" Metropolitan Opera.

Ta szeroko rozbudowana, wielce różnorodna i wysoce witruozowska kompozycja znalazła w osobie naszej śpiewaczki wymarzoną odtwórczynię. Nie mówię tu tylko o samym zjawisku, jakim jest jej kontralt, ani nawet o nieprawdopodobnej wirtuozerii czy kontroli wokalnej, przyjmowanej dziś za oczywiste: nie po raz pierwszy miałem wrażenie, że właśnie w tego rodzaju aktorskich kompozycjach artystka ta rozkwita, czuje się najlepiej, robi największe wrażenie. Kiedy Joanna deklaruje, że "zwycięstwo znajduje się w jej rękach" i żąda miecza, aby "iść i walczyć", to nie są żarty, tylko wokalne wyzwanie śpiewaczki całkowicie utożsamionej z heroiną francuskiej historii.

Wspomniałem o tajemniczości tej kompozycji: pomimo zaznaczenia w tytule "na głos z fortepianem" partia fortepianowa kantaty Rossiniego brzmi jak wyciąg orkiestrowy. Czy więc kompozytor miał zamiar zorkiestrowania tej operowej charakterem kompozycji, czy rzeczywiście już to uczynił, pozostaje zagadką. Ewa Podleś kilka lat temu podczas jednej z gali poświęconych Rossiniemu śpiewała tę kantatę w Warszawie z orkiestrą i tego rodzaju prezentacja wydaje mi się jeszcze bardziej odpowiednia.

Równie aktorskim cyklem są pieśni Musorgskiego. I w tym cyklu również nasza artystka wydaje się nie mieć sobie równych, nawet wśród rosyjskojęzycznych śpiewaków.

Musorgski skomponował te siedem wokalnych scenek w 1872 r. do własnych tekstów, które są nie mniej fascynujące od muzyki. W każdej z nich dziecko opowiada swojej niani albo matce o ważnych w tym momencie dla niego wydarzeniach. Może to być podpowiadanie niani, jaką bajkę ma mu opowiedzieć (i w rezultacie opowiadanie sobie owej historyjki o wilkołaku czy królu i królowej), może to być nieoczekiwane spotkanie z "ogromnym, tłustym" żukiem czy trzmielem, może to być pełne podniecenia odtworzenie scenki z kotem, który chciał się zakraść do klatki z ptaszkiem. Równie realistyczna jest scenka, kiedy dziecko, naśladując nianię, usypia lalkę albo kiedy kompozytor ilustruje jazdę chłopaka na kiju. Komiczna jest wieczorna modlitwa, w której dziecko prosi Boga o błogosławieństwo dla całej baaaaardzo rozległej rodziny, a niania - w wielce realistyczny sposób - karci je za zapomnienie o niej i domaga się: "Mnie też pobłogosław, Boże!". Słuchając i jednocześnie widząc pełne humoru interpretacje tej śpiewającej aktorki, można uwierzyć, że to dla niej właśnie Musorgski cykl ten skomponował!

Każdy śpiewak wie, że w całości kompozycji wokalnej słowo ma podstawowe znaczenie: nie każdy jednak do tego samego stopnia poddaje całość słowu, jak to czyni Ewa Podleś. W jej wykonaniu najbardziej błaha piosenka Moniuszki staje się miniaturowym dramatem, niemalże melodeklamacją. Nie słyszałem jej nigdy śpiewającej popularnego Pstrąga Schuberta, ale mogę sobie jedynie wyobrazić, że po wysłuchaniu jej interpretacji każde Towarzystwo Ochrony Zwierząt (i Ryb) zaaprobowałoby tę wersję jako autorytatywną i odpowiadającą standardom tej instytucji. Dlatego też słuchacz, "wychowany" na raczej optymistycznej wersji Pieśni cygańskich Brahmsa wielkiej Christy Ludwig z nie mniej wielkim Leonardem Bernsteinem przy fortepianie, zaskoczony może być skrajnie odmiennym charakterem tych pieśni w wykonaniu Ewy Podleś. Z jej wersji emanuje dramat, tragedia, żądza zemsty za zdradę, pasja miłosna, która mogłaby roztopić serce najbardziej zatwardziałego kochanka. Podczas tańczenia czardasza spod jej obcasów nie tylko sypią się iskry, ale zatrzymują w powietrzu być może o moment za długo... i nie chcą opaść na ziemię. Jej czułe słowa miłości w Wisst ihr, wann mein Kindchen (Czy wiesz, moje słoneczko) czy w przedostatniej pieśni Kommt dir manchmal in den Sinn (Czy pamiętasz czasami najdroższy...) są bez wątpienia natchnione; jednocześnie można zastanawiać się, czy to wciąż, zgodnie z zapisem kompozytora, Allegretto czy Andantino gracioso. Jednak, tak jak każdy inny wielki interpretator, Podleś nie zostawia słuchacza obojętnym: wydaje się mówić mu "moją interpretację możesz przyjąć albo odrzucić, ale ja tak właśnie tę muzykę czuję". Po entuzjastycznych reakcjach hiszpańskiej publiczności można sądzić, że polska śpiewaczka przekonała ich nawet swoimi bardziej kontrowersyjnymi interpretacjami, a to w końcu liczy się najbardziej.

Nowy Jork zobaczy ponownie naszą gwiazdę 2 maja w Carnegie Hall: wystąpi tam jako gość The Oratorio Society of New York, śpiewając partię Orfeusza w Orfeuszu i Eurydyce Glucka, tym razem w wersji opracowanej przez Berlioza. Natomiast mieszkańcy Toronto będą mogli usłyszeć ją podczas pierwszych dwóch tygodni kwietnia śpiewającą dla Canadian Opera Company tytułową rolę w operze Rossiniego Tankred - to popisowa partia znakomitej artystki.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail