PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 marca 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Jak opowiedzieć
cierpienie

Tę noc spędziłem dwanaście kilometrów nad Atlantykiem. Ziemia z tej wysokości wygląda jak rajski ogród przykryty gdzieniegdzie białym welonem chmur. Dopiero po wylądowaniu pogodny welon może zamienić się w żałobny kir. W Warszawie dowiedziałem się, że w tym samym mniej więcej czasie, gdy zachwycałem się rajskimi ogrodami, dusza Zdzisława Beksińskiego gdzieś tam ku nim właśnie wędrowała.

O śmierci 76-letniego malarza poinformował mnie poczciwy komputer. Teraz tak się z ludźmi porobiło, że i w podróży, i w hotelu najpierw otwierają laptopa, a potem dopiero walizki. Po przeczytaniu kilku "emalii" odechciało mi się otwierać bagaże: najchętniej zabrałbym je z powrotem i stąd uciekł. W kilka godzin później agencje podały lakoniczną wiadomość: "6-latek zamordowany został przez macochę w Cieszynie".

O zabójstwie Beksińskiego napisano z tą samą okrutną bezmyślnością, z jaką działał jego morderca. W Gazecie Wyborczej przeczytałem takie oto dywagacje: "Czy zabójca przyszedł po obrazy, ale po zbrodni ich nie zabrał? Dlaczego? Może dlatego, że zauważył, jak Beksiński sięga po telefon i wzywa pomocy (sic! - zabity Beksiński sięga po telefon - M.K.). To mogło go spłoszyć...". Sic!, albo sick, co znaczy chore.

W samolocie czytałem ponownie Trans-Atlantyk. Siedząca obok blond Niemka, mieszkająca od lat w Sztokholmie, zapytała uprzejmie, w jakim języku napisana jest ta książka. Ona oczywiście przeprasza, ale przypadkiem spojrzała na kartę tytułową i zaciekawił ją tytuł: zrozumiały, ale jednak ta pisownia, no i to dziwne nazwisko autora. Odpowiedź in Polish wielce ją zaskoczyła. - Ach tak, naprawdę, to wspaniale - mamrotała zmieszana. Odkryła, biedaczka, że Polacy mają swoją własną mowę, a nawet literaturę. Sic! (Sick?)...

Powie ktoś, że trafiłem w samolocie na blondynkę z dowcipów o blondynkach i będzie miał rację, ale tylko częściowo. Całościowo rzecz ma się tak, jak u Gombrowicza. Język polski i literatura polska, i nasze życie zbiorowe w tym języku i w tej literaturze wyrażane, są efektem "ciągłego, rozpaczliwego szamotania się i zmagania z przeważającymi, wrogimi siłami, wieki chorobliwego, konwulsyjnego istnienia, wieki niedorozwoju". Moja sąsiadka mogła i nie zauważyć, że z tego niedorozwoju jednak jakoś powoli się wydobywamy na zbawcze światło oświeconej Europy. Ta ostatnia pamięta o nas rzadko i niechętnie, a jak już musi, bo jej ktoś gębę do ucha przystawi i wystrzeli niespodziewaną wiadomością, robi taką gębę, jakby tę gębę osobiście przyprawił jej sam Gombrowicz.

Na szczęście obok Niemek, a nawet Niemko-Szwedek istnieją Polki. Oto fragment "emalii" Anki Strzeleckiej z Sanoka, rodzinnego miasta Beksińskiego. "Stała wystawa jego prac w Muzeum Historycznym w Sanoku przyciągała co roku tysiące zwiedzających. Nierzadkie były przypadki, że młodzi ludzie - najczęściej długowłosi, dość nonszalancko odziani, siadali przed jakimś wybranym obrazem i kontemplowali cały dzień, bez przerw na posiłki. Popadali wręcz w rodzaj transu".

Czytam i myślę o zabójcy, 19-latku, człowieku u progu świadomego życia, a już martwym, wypranym z uczuć wyższych, i o jego 16-letnim wspólniku. Ile takich chodzących trupów szwenda się po tej mrocznej ziemi? Gazety pytają, jak to było możliwe? Skąd w chrześcijańskim społeczeństwie tyle potwornych zbrodni, straszliwych w swym beznadziejnym bezsensie i okrucieństwie? Przerażona jest nawet sama policja.

Z listu Anny: "Umarła pani Zofia - jego żona, i zaraz też samobójstwo popełnił Tomek - guru, postać niemal kultowa dla wielu młodych zbuntowanych ludzi w tym szarym kraju (w Sanoku nie mogli mu zapomnieć, jak w czasach licealnych porozwieszał na tzw. mieście własne klepsydry...). Pojawiło się wówczas mnóstwo artykułów o tej rodzinie. Beksińskiemu zarzucano nieczułość, brak ojcowskich uczuć, epatowanie wyobraźni wrażliwego dziecka obrazami z horroru rodem... Jak było, kto to może wiedzieć?".

Kiedyś Zdzisław Beksiński namalował obraz, na którym spadają z góry, jak bieszczadzka lawina, otwarte trumny. Wiele z nich mieści po dwa ciała lub szkielety. Ojca i syna?

Na ekranach polskich telewizorów istny festiwal zbrodni. Zbiorowa wyobraźnia wrażliwej polskiej młodzieży epatowana jest obrazami horrorów. Z ekranu podawane są detaliczne instrukcje profesjonalnego uśmiercania. Nie ma minuty w tzw. czasie największej oglądalności, zwłaszcza podczas weekendu, by na ekranie kogoś nie zabijano w najwymyślniejszy sposób. Z polskiego życia zbiorowego wyparowuje w szybkim tempie duchowość, uczuciowość.

Anna: "Bardzo często powtarza się, że to był dobry, życzliwy człowiek. Antyteza swojej twórczości. I nieśmiały. Nie uczestniczył w otwarciach swoich wystaw, nie lubił mówić do kamery, zwłaszcza o swoich obrazach. Śmiał się, że ludzie dopatrują się w nich makabry. ´Nie sztuka namalować konia, człowieka - mówił, zresztą od tego jest fotografia. Ja maluję cierpienie, to czego nie sposób opowiedziećª".

W ten feralny poniedziałek dostałem też maila od poety Jerzego Gizelli, co był powrócił niedawno z Ameryki na krakowskie ojczyzny łono. Pisze: "Okradli mnie ze wszystkich dokumentów w autobusie (jechałem z żoną w ścisku). Normalka. Polska krajem ludzi uczciwych, wykształconych i Europejczyków". Cyniczne to wyznanie poety z Krakowa i Alabamy coś mi przypomina. Gizella, podobnie jak ja i wielu nam podobnych, ma kłopoty z określeniem tożsamości. Najczęściej posługujemy się podwójną. Bo i niezmiernie trudno jednoznacznie deklarować się po stronie takiej gombrowiczowsko niedorzecznej, wykrzywionej i szaleńczej rzeczywistości.

Ziemia z wysokości dwunastu kilometrów wygląda jak rajski ogród, przykryty białym welonem chmur. Dopiero po wylądowaniu pogodny welon zamienia się jakże często ostatnio, jakże często - w kir...

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail