ARTUR TANIKOWSKI
Sarmacki świat
Co łączy husarskiego orła z amorkiem w kontuszu
Szlachetne
dziedzictwo czy przeklęty spadek? Autorzy wystawy*) w Muzeum
Narodowym w Poznaniu pytają tylko z pozoru retorycznie. Wydaje
się, że doborem eksponatów, ich aranżacją, wreszcie komentarzem
zawartym przede wszystkim w wielce obszernym katalogu, przychylają
się dość jednoznacznie ku pierwszej opcji. Dużo bardziej niż
dziś Sarmacja ożywiana i komentowana bywała w XIX wieku, odwołania
do niej w czasach zaborów określały stosunek do narodowej
tożsamości. Pamiątki sarmackiej świetności - zgromadzone np.
w galeriach portretów rodowych - stawały się swoistymi relikwiami
współkształtującymi wyobrażenia o wolnej ojczyźnie, a domostwa
przechowujące sarmacki inwentarz traktowano jako mateczniki
polskości. Jednocześnie historycy i pisarze polityczni potrafili
zdobyć się na krytyczny komentarz wobec zacofania (pod pewnymi
względami) państwa staropolskiego, niedomogów jego funkcjonowania,
przywar obywateli, wszystkiego, co doprowadziło do jego upadku.
"Nie powtarza się historia ale powtarzają się ludzie nafaszerowani
dziedzicznymi przekonaniami, postawami, resentymentami i kompleksami"
- pisał przed laty Tadeusz Chrzanowski, jeden z najwnikliwszych
badaczy Sarmacji europejskiej. Jego słowa łatwo da się odnieść
do niektórych postaw i obyczajów dziś "obowiązujących" czy
"modnych". Łatwiej oczywiście wskazać te o konotacjach negatywnych,
najostrzej widoczne w życiu publicznym - warcholstwo, sobiepaństwo,
brak krytycyzmu, bezmyślne naśladownictwo czy nieprzyzwoitą
wystawność, którą przed kilkoma wiekami sankcjonowała przynależność
do stanu szlacheckiego, a dziś - do elit finansowych, a bodaj
jeszcze częściej - politycznych. W potocznym rozumieniu sarmackość
może kojarzyć się z pewną nieadekwatnością owego (jednego
czy drugiego) statusu wobec słabo ukształtowanej świadomości,
jakby niedorosłej, kalekiej wobec wyzwań stawianych przed
typowym staropolskim Sarmatą lub jakimś jego dzisiejszym naśladowcą.
Nie uważam, by wyznacznikiem poszanowania narodowych tradycji
był styl neodworkowy we współczesnej architekturze podmiejskiej,
bowiem jego wybór lub odrzucenie to kwestia przede wszystkim
estetycznego smaku.
"Szlachcic może nie lubił nadmiernie sztuki przez wielkie
S, ale za to cenił sobie zawsze wystawność, więc też jakąś
sztukę, chociażby nawet pisaną małą literą". Dlatego skarby
sztuki epoki sarmatyzmu (bo nie sztuki sarmackiej) przemawiają
do nas nie jakąś szczególną formalną wynalazczością, a wręcz
przeciwnie - zapóźnieniem czy prymitywizmem, frapującymi nie
mniej niż "awangardowość" dzieł ówcześnie za granicą powstałych.
Dowodzą całego zespołu cech, które złożyły się na pojęcie
swoistości staropolskich obrazów czy rzeźb, czyli ich rodzimości.
O ile więc szlachcic nad wyraz (czy formę) cenił wystawność
- właściwość tę uosabiały pokazane na wystawie bardzo liczne
przedmioty rzemiosła artystycznego, a choćby i odzienia: od
końskiego rzędu (siodło: "srebro kute, rytowane, złocone,
sadzone karneolami i masą perłową") po strój polski (żupan
zapinany na złocone, czasem zdobione np. turkusami guzy; kontusz;
pas kontuszowy dwu- a nawet czterostronny, w którego jedwab
wplatana była srebrna i złota nitka; delia; para butów wysokich).
W osobnych gablotach znalazły się małe sprzęty, detale szlacheckiej
dumy i poszlacheckich sentymentów: papierośnice i zegarki,
pieczątki, zapony i klamry, sygnety i medale, bransolety złote,
srebrne, brązowe, żeliwne, emaliowane, z granatem czy agatem,
liczne naczynia i puzderka.
To, co "szlacheckie" wcale niekoniecznie bywało "szlachetne"
- ten pozorny paradoks najłatwiej odczytać z konterfektów
staropolskich, które bez idealizacji odbijały fizjonomie mieszkańców
Sarmacji. "Nie mieli czego się wstydzić i niczego nie potrzebowali
ukrywać: ani owych nieforemnych często czaszek, kluchowatych
przeważnie rysów, chamskich w gruncie rzeczy gąb, ba nawet
defektów przyrodzonych lub nabytych - kalectw, skutków nałogów...
Także kobiety ich, jeśli zawierzyć portretom, rzadko olśniewały
urodą. Urodziwe są w tych konterfektach szaty, bronie, ozdoby..."
(Tadeusz Chrzanowski, s. 232-233). Wystarczy spojrzeć na wizerunki
imć Pawła Załuskowskiego, mości Jana Piędzickiego czy też
pani Teresy Błeszyńskiej, albo też trumienny portret Wojciecha
Będzyńskiego. Raz jeszcze oddajmy głos profesorowi Chrzanowskiemu,
który tak oto tłumaczył ów jedyny w swoim rodzaju werystyczny
ekshibicjonizm, który wychodził spod pędzla cechowych twórców:
"Znajdujemy się bowiem nagle w świecie ludzi tak pewnych swego
znaczenia i swej osobowości, że nie zapierają się brzydoty,
chamstwa, gminności nawet, śmiało patrząc w oczy i nam, i
własnej śmierci. [...] Portret ´sarmackiª w ogóle,
a trumienny w szczególności jest wyrazem zadowolenia z siebie,
bezpiecznej ufności w działanie przywilejów stanowych także
w zaświatach, szczególnego eschatologicznego sobiepaństwa.
[...] Więc oni bali się śmierci, ale w jej fizycznym i materialnym
wymiarze, jako choroby, cierpienia, jako zatraty ciała, zmysłów,
a także dóbr i stanowisk. Natomiast nie bali się jej prawie
wcale w sensie eschatologicznym. Patrząc im w malowane oczy,
człek nabiera przekonania, że oni ´po tamtej stronieª
pewni są opieki, skutecznego wstawiennictwa".
O ile twórcom wystawy stosunkowo łatwo poszło pokazanie tradycji
sarmackich z epoki, która nastała tuż po zmierzchu I Rzeczypospolitej,
to objęcie tym hasłem niektórych wystawionych dzieł powstałych
po połowie XX wieku ociera się o nadużycie, albo jest po prostu
pomyłką. Oczywisty w stolicy Wielkopolski patriotyzm, jaskrawie
widoczny w nadmiarze prac pochodzących z własnego, poznańskiego
muzeum (Jerzy Krawczyk, Zbigniew Pronaszko, Jacek Waltoś)
bądź autorstwa artystów z Poznaniem związanych (Andrzej Okińczyc,
Jerzy Piotrowicz, Robert Sobociński), obciąża wielce obszerną
ekspozycję grzechem wydarzenia lokalnego, a szkoda. Nie każde
odniesienie do śmierci ma swe źródło w Sarmacji. Czy rzeczywiście
z portretem sarmackim (trumiennym?) cokolwiek wiąże np. półabstrakcyjny
Portret z wyobraźni Henryka Musiałowicza? Już sama
(przyznajmy - trafna) nota o tym obrazie zawiera zupełnie
sprzeczne wobec znanej nam poetyki staropolskich konterfektów
sformułowania o "zatraceniu osobowych rysów" bądź "unikaniu
dosadności czy przejaskrawień". Z kolei najoczywistsze skojarzenia
narzuciła kuratorce wystawy forma podobrazia - "trumienne"
wieloboki prac Tomasza Struka bądź semantyka tytułów, na przykład
"trumiennych" autoportretów Leszka Sobockiego. W tym wypadku
trudno Joannie Dziubkowej cokolwiek zarzucać, podobnie jak
wobec pokazania zespołu ilustracji Jana Lebensteina do wierszy
jezuickiego poety, ks. Józefa Baki.
Najokazalej wypadły dwie sekwencje ekspozycji: ukazująca
religijność czasów sarmackich oraz wizualizująca obyczaje
szlacheckiego domu i życie rodzinne. Szczególny w XVII wieku
kult Matki Boskiej poświadczały rozmaite odmiany maryjnego
wizerunku, z odwzorowywaną na niezliczonych obrazach, ryngrafach,
plakietach wotywnych i szkaplerzach, Jasnogórską Panią. Jednym
z sukcesów wystawy było wypożyczenie skarbów wyposażenia klasztoru
i kościoła księży Filipinów ze Świętej Góry w podpoznańskim
Gostyniu. To przede wszystkim nimi urządzono w jednej z muzealnych
sal kaplicę z ławkami, pięknie wyeksponowanymi ornatami, licznymi
innymi sprzętami liturgicznymi, wreszcie z obrazem koronowanej
w XX wieku Madonny Świętogórskiej w otoczeniu "adorujących"
ją, tak rozpowszechnionych w dawnej Polsce, wotów.
"Postaw się, a zastaw się" - hasło o sarmackim rodowodzie,
które wciąż obowiązuje wśród Polaków w kraju i za granicą,
kojarzy się zarówno z niespotykaną wśród innych nacji gościnnością,
jak i wystawnością ponad stan i możliwości. Wystawność staropolska
objawiała się nierzadko na stole - w bogactwie zastaw, wyszukanych
sztućcach, obfitości kielichów, pucharów i szklanic (wszak
za kołnierz panowie szlachta nie wylewali i tak już zostało).
Prawdziwie wysmakowane teatrum rozgrywano dawniej na
specjalnej podstawie-tacy, która w aranżowanych dla biesiadników
scenach oprócz słodkości dla podniebienia gromadziła także
przysmaki dla oka. A były to cudnej urody (często miśnieńskiego
bądź berlińskiego wyrobu) porcelanowe figurki podgolonych
jegomościów z przypasanymi szabelkami, ich dam czy najwierniejszych
towarzyszy - koni - oraz pląsających amorków. Te ostatnie,
"przybywając" nad Wisłę, nie omieszkały ukryć wdzięków pod
dziecięcym kontusikiem, przewiązanym słuckim pasem...
Mając ambicję przywołania tradycji i spadku po dawnej Polsce,
ekspozycja zwraca uwagę przede wszystkim na treść pokazanych
dzieł, usuwając tym samym na dalszy plan zagadnienie oryginalności
formalnej czy autorstwa. Taką też hierarchię zachowano w podpisach
pod obiektami, nierzadko przynależnymi raczej kulturze materialnej
niż historii sztuki. Dla mieszkańca Sarmacji dużo bardziej
niż artystyczny wyraz liczyło się eksponowanie przywilejów
stanowych, duma z genealogii, określana najdosadniej ikonografią
herbową i emblematyką, strojem i atrybutami. Podobnie bywało
w przypadku świętych wizerunków: mniej liczył się dla dumnych
fundatorów skłaniający do modlitwy wyraz oblicza Marii i Dzieciątka,
bardziej zaś blask bijący z owych kutych w srebrnej bądź złotej
blasze, inkrustowanych sukienek bądź koron, co ledwie odsłaniały
twarze i dłonie Zbawiciela i jego Matki. Nie ma co ukrywać
- spadek takiego traktowania świątyni i jej wyposażenia dotrwał
niestety do dziś, czego niechlubnym przykładem Licheń czy
ów nieskończony bursztynowy ołtarz, z pychy pewnego byłego
prałata powstający...
Ale w schedę po Sarmacji wpisuje się także rycerskość, umiłowanie
wolności, gotowość ofiary. O wartościach tych - nie mniej
niż wielkie batalistyczne płótna - przypomniały na wystawie
obiekty skromniejsze - rynsztunek konny czy też odznaki polskich
sił zbrojnych. Tradycja sarmacka pokazała swe oblicze w XX
wieku wobec szczególnych napięć i wyzwań. Jest taka książka,
która to mocno, choć zupełnie niespodziewanie uświadamia.
To Olympia obrazująca Igrzyska Olimpijskie w Berlinie
w 1936 roku, fotograficzna dokumentacja jednego z dzieł czołowej
propagandystki nazizmu, uznawanej dziś za wybitną artystkę
kina i fotografii, Leni Riefenstahl. Jej pierwsza anglojęzyczna
edycja ukazała się w Nowym Jorku nakładem St. Martin's Press
w 1994 roku. Oto wśród wielu sportowych herosów wymienianych
z nazwiska (najczęściej Niemców, Włochów czy Japończyków),
sfotografowanych podczas olimpijskich zmagań, znalazło się
ujęcie bezimiennego (dla autorów) polskiego jeźdźca, na koniu
ciemnej maści pokonującego przeszkodę. Czy mógł to być major
Henryk Dobrzański, przyszły legendarny "Hubal", trudno dziś
rozstrzygnąć. Ale fotografia ta staje się nieoczekiwanym epitafium
polskiej jazdy, która dokładnie trzy lata po sportowych zawodach,
toczonych w stolicy nazistowskich Niemiec miała swe podzwonne
w zupełnie już niesportowym kontekście.
To właśnie wtedy spadkobiercami husarii stawali się lotnicy,
ci, którzy za emblemat podniebnej jazdy wzięli orzełka obramowanego
husarskimi skrzydłami. Gotowość ofiary była dla polskich myśliwców,
walczących w szeregach RAF-u, oczywista, choć ich angielskim
towarzyszom broni wydawała się ekscentryczna nie mniej niż
ich podniebne wyczyny. Te - przypisywane tyleż talentowi,
co polskiej (bądź słowiańskiej) fantazji - znakomicie opisali
w A Question of Honor Lynne Olson i Stanley Cloud.
W nawiązaniu do sarmackości zastanawia uwidoczniona nie tylko
w godle Kościuszkowskiego Dywizjonu 303, ale i w jego nazwie
potrzeba zachowania ciągłości, przedłużenia tradycji ochotniczej
walki amerykańskich lotników, którzy w wojnie polsko-bolszewickiej
1920 roku spłacali dług rodakom Kościuszki i Pułaskiego. Dwadzieścia
lat później "kościuszkowcy" bronili przeciwnych, bo zachodnich
rubieży Europy. Każda epoka ma wszak jakieś swoje cywilizacyjne
przedmurze i gotowych do jego ochrony "nowych Sarmatów"...
--------------------------
*) Szlachetne dziedzictwo czy przeklęty spadek.
Tradycje sarmackie w sztuce i kulturze - wystawa zorganizowana
przez Muzeum Narodowe w Poznaniu od 11 listopada 2004 do 13
marca 2005 roku; kurator: Joanna Dziubkowa (pod jej redakcją
ukazał się katalog ekspozycji). Przywołane wypowiedzi Tadeusza
Chrzanowskiego pochodzą z jego książki Wędrówki po Sarmacji
europejskiej, Wydawnictwo Znak, Kraków 1988 r oraz Portret
staropolski (Wydawnictwo Interpress, Warszawa 1995 r.).
|