GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Jedną
z najsłynniejszych par współczesnego teatru jest Winnie i
Willie, dwójka partnerów unhappily sprzężonych w genialnej
tragikomedii Happy Days. Stworzyła te postacie fantazja
Samuela Becketta, a wyobraźnia widzów, którzy potrafią w nieatrakcyjnej
scenie dopatrzyć się głębokiego sensu i najróżniejszych podtekstów,
nadała im rację bytu. Mówię o nieatrakcyjnej scenerii, bo
rzecz cała dzieje się w jakieś nieokreślonej przestrzeni,
której jedyną wyrazistą formą jest pokaźna góra piachu.
Rola Winnie - tkwiącej przez cały czas akcji najpierw po
pas, a potem po szyję w piasku - kusi co ambitniejsze aktorki
dramatyczne. Jest w tym coś z tajemnic teatru, a coś z tajemnic
natury - jak siła przyciągania takich niebotycznych szczytów
jak Mont Blanc czy Mount Everest. Pod groźbą utraty życia
wdrapują się na nie narwańcy po prostu dlatego, że istnieją
i że są prawie niemożliwe do zdobycia. Wprawdzie aktorce,
która porywa się na rolę Winnie nie grozi, przynajmniej dosłownie,
utrata życia, lecz musi być świadoma wielkiego ryzyka i przedsmaku
goryczy możliwej porażki. Trzeba więc uznać odwagę i siłę
ducha sympatycznej i popularnej Lei DeLarii, znanej z udanych
wcieleń teatralnych w The Rocky Horrow Show i On
the Town oraz roli w filmie The First Wives Club.
Trzeba jednak także wyraźnie przyznać: tym razem to "szczyt",
a nie człowiek wygrał.
W Happy Days Beckett wyjątkowo wyraziście nakreślił
i rozwinął osobowość głównej bohaterki. Winnie, zagubiona
w beznadziei rutyny i w chaosie przedmiotów, próbuje z humorem,
a więc dzielnie, sprostać swojej - i ogólnie biorąc ludzkiej
- sytuacji. Aktorka musi tu oddać całą gamę ludzkich odczuć
wobec "piachu" czasu, obojętności partnera, własnej bezsilności.
Naznaczyć puls naszych upartych prób znalezienia się z jakimś
sensem i składem tak wobec trywialnej codzienności, jak i
nieuchronnego końca gry zwanej życiem. Wobec milczenia partnera
i, nazwijmy to górnolotnie, milczenia bogów.
Ten bogaty wachlarz musi być przekazany tylko głosem. Wszystko
co się tu dzieje bowiem, dzieje się poprzez słowo i jego niuanse.
Ruch sceniczny żaden, gesty minimalne i coraz bardziej ograniczone.
Tylko słowo - iskrzące się, absurdalne, pulsujące przez moment
rozpaczą, buńczuczne, podszyte lękiem, kurczowo łapiące się
słomek logiki, uwznioślone, pełne kpiny i autoironii... Bo
w Happy Days ma być, jak to bywa w życiu, jednocześnie
śmiesznie i strasznie, oszałamiająco poetycko i bardzo, bardzo
prozaicznie.
W koncepcji Jeffa Cohena zwyciężyła jednak sama proza. W
wykonaniu zaś aktorów misterna konstrukcja Becketta ześlizguje
się niebezpiecznie w rejony zwykłego wodewilu. David Greenspan,
który podjął się prawie że niewidzialnej roli, stara się jak
może, by stać się widocznym. DeLaria próbuje popisywać się
przeróżnymi komediowymi chwytami. Do tego jeszcze i scenograf
David Gordon próbuje poprawiać Becketta: zamiast jego wstrzemięźliwego
tła, gdzie pustka "równiny spotyka się gdzieś w dali z niebem",
Gordon zawiesza pogodny obrazek jasnoniebieskiego nieba upstrzonego
pyzatymi bezami chmurek. W grubych, zdobnych ramach. Ot, i
paradoks: Beckett, mistrz niedomówień i przemilczeń, wyśmiewacz
pretensji, w służbie czyichś zbytnich napuszeń ego.
Jest świadectwem siły dramatopisarza, że nawet w tych niepomyślnych
warunkach tekst prawie wymyka się pułapkom starającym się
go ułagodzić i uśmieszyć. Przedziera się przez nadmiar min
Winnie i przez niefortunne, jęczące okrzyki Willego. A kiedy
DeLaria pozwoli sobie zapomnieć o obowiązkach komediantki,
kiedy przestaje puszczać do nas przymilnie oko, słowo iskrzy
się i żarzy, przez moment jawi w swym surowym bogactwie. (Premiera
15 lutego, przedstawienia zakończone przedwcześnie 27 lutego.
Classic Stage Company).
*
O ile w przypadku Happy Days można rzec, że nie starczyło
talentu, by spełnić wysokie ambicje, w nowym musicalu Good
Vibrations mamy sytuację odwrotną: od talentów w młodziutkim
zespole aż się roi, za to z ambicjami artystycznymi twórców
bardzo tu kruchuteńko.
Jest to następny z klonów rozmnażającego się gatunku, jak
to ktoś zgrabnie nazwał, "musicalu-szafy grającej" (jukebox
musical). Bierze się któregoś z popularnych śpiewaków
czy jakiś zespół muzyczny obdarzony dużym gronem miłośników.
Robi pokaźny zestaw ich szlagierów. Dodaje szczyptę wątku.
Rozbiera młode ciała. Ubiera za to scenę w nadmiar rekwizytów
i dekoracji. Nastawia głośniki na absolutne maksimum. Miesza
się wszystko energicznie - i proszę, mamy musical!
W tym przypadku padło na Briana Wilsona i jego neo-beatlesowski,
po kalifornijsku rozsłoneczniony zespół The Beach Boys. Minimalistyczny
wątek, który jest pretekstem do połączenia serii piosenek
Wilsona, opowiada o podróży ze Wschodniego Wybrzeża ku wymarzonej
Kalifornii grupki nastolatków na progu dorosłości, po świeżo
zdanej maturze. Mamy tu niezbędne elementy powiastki o dorastaniu:
przyjaźnie, małe zdrady, narodziny uczucia, niespodziewane
spotkania w drodze, smak rozczarowania ze spełnionego marzenia,
smak nowych decyzji...
Nic w tym wszystkim złego. Muzyka i piosenki miłe uchu. Zespół
młodych artystów na scenie miły oku i pod kierunkiem Johna
Carrafa entuzjastycznie roztańczony. Dekoracje Heidi Ettinger
sympatycznie kolorowe (ach, ta wielka, niebieska fala wznosząca
się nad głowami chłopców z deską do surfowania!). Kostiumy
Jess Goldstein sympatycznie nonszalanckie. Ogólna mgiełka
sentymentu sympatycznie niewinna, zaś szczypta soli humoru
sympatycznie lekko ironiczna.
I tyle. Jak to ładnie określił mój bardzo młodociany, grubo
jeszcze przedmaturalny towarzysz wieczoru: "Nawet mi się podobało,
bo tu nic nie trzeba było myśleć. Ale wolę posłuchać Beatelsów".
(Premiera 27 stycznia, Eugene O'Neill Theatre, 230 W. 49th
St. przy Broadwayu).
*
Poważniejszą zabawę znajdziemy gdzie indziej. Dwa przedstawienia
wyróżniają się pomysłowością inscenizacji i wyśmienitą grą
zespołową.
Z powtórną wizytą zajechała do Nowego Jorku kolorowo zwariowana
grupa aktorów i muzyków z Londynu, którzy wspólnie stworzyli
przedziwne widowisko-koncert Shockheaded Peter. Żywiąc
się opowiastkami niejakiego dr. Heinricha Hoffmana, utrzymanymi
w stylu fantastyczno-okrutnych bajek braci Grimm, Martyn Jacques
(akordeonista i solista zespołu The Tiger Lillies) skomponował
rodzaj opery o przygodach Chłopca o Zwariowanej Czuprynie
w świecie, gdzie na dzieci czyha nieskończenie wiele niebezpieczeństw.
Jeśli jakiemuś z rozlicznych kłopotów się wymkną, bądźmy pewni,
że sami sobie następne wynajdą. I nic się na pewno dobrze
nie skończy!
Całość otrzymała oprawę pomysłowego teatru kukiełkowego,
stworzonego nadzwyczaj prostymi środkami. Pięknie i jakby
całkiem naturalnie łączy się tu humor surrealistyczny, burleska,
ostro złośliwy antysentymentalizm i ciut czarodziejskiej baśni.
Julian Bleach odgrywa rolę mistrza ceremonii, kuglarza, błazna
i "najlepszego aktora świata" w jednej osobie - jak najprawdziwszy
magik.
*
Z kolei Elizabeth Swados, artystka-prowodyr, od wielu lat
bardzo aktywnie biorąca udział w różnych przedsięwzięciach
nowojorskiej awangardy, wzięła na kanwę słynny dramat Alfreda
Jarry'ego Król Ubu oraz życie samego artysty. Napiszę
więcej o tym ciekawym przedstawieniu w następnej kronice,
a dziś zachęcam do wypadu na dół miasta, do salki teatru Pchła.
Dodam jeszcze tylko, że pełny tytuł oryginalnej sztuki Jarry'ego
brzmiał: Król Ubu, czyli Polacy.
*
Wiosenny program w New Victory Theatre otworzyło świetne
przedstawienie Sleeping Beauty przygotowane przez The
Young Vic Theatre Company i Bite: 04, Barbican, z wybitnymi
kreacjami aktorskimi Jamesa Luye'a (Królewicz), Daniela Cerqueira
(The Ogress) i Lindsey Marshal (Beauty). Raz jeszcze zdumiała
mnie publiczność. New Vic specjalizuje się w programach dla
dzieci i młodzieży. Na sali jednak często widzę bardzo dużo
dorosłych bez dzieci, jakby i ich przyciągała wyjątkowa atmosfera
tego miejsca i jego specjalna oferta poetyckiej zabawy.
I w tym przypadku - tak dorośli z dziećmi, jak i ci, co przyszli
dla własnej przyjemności, nie wyszli rozczarowani. Pod kierunkiem
Rufusa Norrisa, w malowniczej scenerii Katriny Lindsay otrzymaliśmy
ciemniejszą niż zwykle, ale ciekawą wersję klasycznej baśni
o Śpiącej Królewnie. Ogromnie utrudnił słodkie życie młodych
po magicznym pocałunku fakt, że wybawiciel Śpiącej Królewny,
piękny i dzielny Królewicz, był potomkiem krwiożerczych ogrów...
Angielski zespół już opuścił nasze miasto. Warto jednak zwrócić
uwagę na następne przedstawienia: grupa taneczno-komediowa
Introdans z Arnhem, Holandia, występuje do 13 marca. Jamie
Adkins i Anne-Marie Levasseur przywożą z Montrealu cyrkowo-wodewilowy
program Typo (18 marca - 13 kwietnia). Belgijska grupa
Pantalone z Brukseli przedstawi Luna/Penguin, podwójny
"koncert muzyczno-filmowy" z orkiestrą na scenie i projekcją
filmów (słowackiego i japońskiego) na ekranie (8-24 kwietnia).
Duet artystów z chórem kukiełek przywiezie ze Szkocji widowisko
na podstawie opowieści Oscara Wilde'a The Happy Prince
(29 kwietnia - 8 maja, The New Victory Theatre, 209 W. 42
St. przy Broadwayu).
-------------------------------------------------------
Jabu (Król Ubu).
Tekst, muzyka i reżyseria: Elizabeth Swados, scenografia,
kukiełki i wideo: Sue Rees, kostiumy: Melisa Schlachtmeyer,
oświetlenie: Garin Marschall. Występuje 18-osobowy zespół
The Bats oraz kwartet jazzowy pod kierunkiem Krisa Kukula.
Premiera 26 lutego, przedstawienia do 2 kwietnia, The Flea
Theatre, 41 White St., Tribeca.
Shockheaded Peter. Reżyseria:
Julian Crouch i Phelim McDermott, scenografia: Julian Crouch
i Graeme Gilmour, kostiumy: Kevin Pollard, oświetlenie: Jon
Linstrum, muzyka: Martyn Jacques. Występują: Julian Bleach,
Anthony Cairns, Graeme Gilmour, Tamzin Griffin oraz The Tiger
Lillies. Premiera 22 lutego, Little Shubert Theater, 422 W.
42 St.
|