PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 marca 2005


GRAŻYNA DRABIK

Nowojorska kronika
(teatr)


Jedną z najsłynniejszych par współczesnego teatru jest Winnie i Willie, dwójka partnerów unhappily sprzężonych w genialnej tragikomedii Happy Days. Stworzyła te postacie fantazja Samuela Becketta, a wyobraźnia widzów, którzy potrafią w nieatrakcyjnej scenie dopatrzyć się głębokiego sensu i najróżniejszych podtekstów, nadała im rację bytu. Mówię o nieatrakcyjnej scenerii, bo rzecz cała dzieje się w jakieś nieokreślonej przestrzeni, której jedyną wyrazistą formą jest pokaźna góra piachu.

Rola Winnie - tkwiącej przez cały czas akcji najpierw po pas, a potem po szyję w piasku - kusi co ambitniejsze aktorki dramatyczne. Jest w tym coś z tajemnic teatru, a coś z tajemnic natury - jak siła przyciągania takich niebotycznych szczytów jak Mont Blanc czy Mount Everest. Pod groźbą utraty życia wdrapują się na nie narwańcy po prostu dlatego, że istnieją i że są prawie niemożliwe do zdobycia. Wprawdzie aktorce, która porywa się na rolę Winnie nie grozi, przynajmniej dosłownie, utrata życia, lecz musi być świadoma wielkiego ryzyka i przedsmaku goryczy możliwej porażki. Trzeba więc uznać odwagę i siłę ducha sympatycznej i popularnej Lei DeLarii, znanej z udanych wcieleń teatralnych w The Rocky Horrow Show i On the Town oraz roli w filmie The First Wives Club. Trzeba jednak także wyraźnie przyznać: tym razem to "szczyt", a nie człowiek wygrał.

W Happy Days Beckett wyjątkowo wyraziście nakreślił i rozwinął osobowość głównej bohaterki. Winnie, zagubiona w beznadziei rutyny i w chaosie przedmiotów, próbuje z humorem, a więc dzielnie, sprostać swojej - i ogólnie biorąc ludzkiej - sytuacji. Aktorka musi tu oddać całą gamę ludzkich odczuć wobec "piachu" czasu, obojętności partnera, własnej bezsilności. Naznaczyć puls naszych upartych prób znalezienia się z jakimś sensem i składem tak wobec trywialnej codzienności, jak i nieuchronnego końca gry zwanej życiem. Wobec milczenia partnera i, nazwijmy to górnolotnie, milczenia bogów.

Ten bogaty wachlarz musi być przekazany tylko głosem. Wszystko co się tu dzieje bowiem, dzieje się poprzez słowo i jego niuanse. Ruch sceniczny żaden, gesty minimalne i coraz bardziej ograniczone. Tylko słowo - iskrzące się, absurdalne, pulsujące przez moment rozpaczą, buńczuczne, podszyte lękiem, kurczowo łapiące się słomek logiki, uwznioślone, pełne kpiny i autoironii... Bo w Happy Days ma być, jak to bywa w życiu, jednocześnie śmiesznie i strasznie, oszałamiająco poetycko i bardzo, bardzo prozaicznie.

W koncepcji Jeffa Cohena zwyciężyła jednak sama proza. W wykonaniu zaś aktorów misterna konstrukcja Becketta ześlizguje się niebezpiecznie w rejony zwykłego wodewilu. David Greenspan, który podjął się prawie że niewidzialnej roli, stara się jak może, by stać się widocznym. DeLaria próbuje popisywać się przeróżnymi komediowymi chwytami. Do tego jeszcze i scenograf David Gordon próbuje poprawiać Becketta: zamiast jego wstrzemięźliwego tła, gdzie pustka "równiny spotyka się gdzieś w dali z niebem", Gordon zawiesza pogodny obrazek jasnoniebieskiego nieba upstrzonego pyzatymi bezami chmurek. W grubych, zdobnych ramach. Ot, i paradoks: Beckett, mistrz niedomówień i przemilczeń, wyśmiewacz pretensji, w służbie czyichś zbytnich napuszeń ego.

Jest świadectwem siły dramatopisarza, że nawet w tych niepomyślnych warunkach tekst prawie wymyka się pułapkom starającym się go ułagodzić i uśmieszyć. Przedziera się przez nadmiar min Winnie i przez niefortunne, jęczące okrzyki Willego. A kiedy DeLaria pozwoli sobie zapomnieć o obowiązkach komediantki, kiedy przestaje puszczać do nas przymilnie oko, słowo iskrzy się i żarzy, przez moment jawi w swym surowym bogactwie. (Premiera 15 lutego, przedstawienia zakończone przedwcześnie 27 lutego. Classic Stage Company).

*

O ile w przypadku Happy Days można rzec, że nie starczyło talentu, by spełnić wysokie ambicje, w nowym musicalu Good Vibrations mamy sytuację odwrotną: od talentów w młodziutkim zespole aż się roi, za to z ambicjami artystycznymi twórców bardzo tu kruchuteńko.

Jest to następny z klonów rozmnażającego się gatunku, jak to ktoś zgrabnie nazwał, "musicalu-szafy grającej" (jukebox musical). Bierze się któregoś z popularnych śpiewaków czy jakiś zespół muzyczny obdarzony dużym gronem miłośników. Robi pokaźny zestaw ich szlagierów. Dodaje szczyptę wątku. Rozbiera młode ciała. Ubiera za to scenę w nadmiar rekwizytów i dekoracji. Nastawia głośniki na absolutne maksimum. Miesza się wszystko energicznie - i proszę, mamy musical!

W tym przypadku padło na Briana Wilsona i jego neo-beatlesowski, po kalifornijsku rozsłoneczniony zespół The Beach Boys. Minimalistyczny wątek, który jest pretekstem do połączenia serii piosenek Wilsona, opowiada o podróży ze Wschodniego Wybrzeża ku wymarzonej Kalifornii grupki nastolatków na progu dorosłości, po świeżo zdanej maturze. Mamy tu niezbędne elementy powiastki o dorastaniu: przyjaźnie, małe zdrady, narodziny uczucia, niespodziewane spotkania w drodze, smak rozczarowania ze spełnionego marzenia, smak nowych decyzji...

Nic w tym wszystkim złego. Muzyka i piosenki miłe uchu. Zespół młodych artystów na scenie miły oku i pod kierunkiem Johna Carrafa entuzjastycznie roztańczony. Dekoracje Heidi Ettinger sympatycznie kolorowe (ach, ta wielka, niebieska fala wznosząca się nad głowami chłopców z deską do surfowania!). Kostiumy Jess Goldstein sympatycznie nonszalanckie. Ogólna mgiełka sentymentu sympatycznie niewinna, zaś szczypta soli humoru sympatycznie lekko ironiczna.

I tyle. Jak to ładnie określił mój bardzo młodociany, grubo jeszcze przedmaturalny towarzysz wieczoru: "Nawet mi się podobało, bo tu nic nie trzeba było myśleć. Ale wolę posłuchać Beatelsów". (Premiera 27 stycznia, Eugene O'Neill Theatre, 230 W. 49th St. przy Broadwayu).

*

Poważniejszą zabawę znajdziemy gdzie indziej. Dwa przedstawienia wyróżniają się pomysłowością inscenizacji i wyśmienitą grą zespołową.

Z powtórną wizytą zajechała do Nowego Jorku kolorowo zwariowana grupa aktorów i muzyków z Londynu, którzy wspólnie stworzyli przedziwne widowisko-koncert Shockheaded Peter. Żywiąc się opowiastkami niejakiego dr. Heinricha Hoffmana, utrzymanymi w stylu fantastyczno-okrutnych bajek braci Grimm, Martyn Jacques (akordeonista i solista zespołu The Tiger Lillies) skomponował rodzaj opery o przygodach Chłopca o Zwariowanej Czuprynie w świecie, gdzie na dzieci czyha nieskończenie wiele niebezpieczeństw. Jeśli jakiemuś z rozlicznych kłopotów się wymkną, bądźmy pewni, że sami sobie następne wynajdą. I nic się na pewno dobrze nie skończy!

Całość otrzymała oprawę pomysłowego teatru kukiełkowego, stworzonego nadzwyczaj prostymi środkami. Pięknie i jakby całkiem naturalnie łączy się tu humor surrealistyczny, burleska, ostro złośliwy antysentymentalizm i ciut czarodziejskiej baśni. Julian Bleach odgrywa rolę mistrza ceremonii, kuglarza, błazna i "najlepszego aktora świata" w jednej osobie - jak najprawdziwszy magik.

*

Z kolei Elizabeth Swados, artystka-prowodyr, od wielu lat bardzo aktywnie biorąca udział w różnych przedsięwzięciach nowojorskiej awangardy, wzięła na kanwę słynny dramat Alfreda Jarry'ego Król Ubu oraz życie samego artysty. Napiszę więcej o tym ciekawym przedstawieniu w następnej kronice, a dziś zachęcam do wypadu na dół miasta, do salki teatru Pchła. Dodam jeszcze tylko, że pełny tytuł oryginalnej sztuki Jarry'ego brzmiał: Król Ubu, czyli Polacy.

*

Wiosenny program w New Victory Theatre otworzyło świetne przedstawienie Sleeping Beauty przygotowane przez The Young Vic Theatre Company i Bite: 04, Barbican, z wybitnymi kreacjami aktorskimi Jamesa Luye'a (Królewicz), Daniela Cerqueira (The Ogress) i Lindsey Marshal (Beauty). Raz jeszcze zdumiała mnie publiczność. New Vic specjalizuje się w programach dla dzieci i młodzieży. Na sali jednak często widzę bardzo dużo dorosłych bez dzieci, jakby i ich przyciągała wyjątkowa atmosfera tego miejsca i jego specjalna oferta poetyckiej zabawy.

I w tym przypadku - tak dorośli z dziećmi, jak i ci, co przyszli dla własnej przyjemności, nie wyszli rozczarowani. Pod kierunkiem Rufusa Norrisa, w malowniczej scenerii Katriny Lindsay otrzymaliśmy ciemniejszą niż zwykle, ale ciekawą wersję klasycznej baśni o Śpiącej Królewnie. Ogromnie utrudnił słodkie życie młodych po magicznym pocałunku fakt, że wybawiciel Śpiącej Królewny, piękny i dzielny Królewicz, był potomkiem krwiożerczych ogrów...

Angielski zespół już opuścił nasze miasto. Warto jednak zwrócić uwagę na następne przedstawienia: grupa taneczno-komediowa Introdans z Arnhem, Holandia, występuje do 13 marca. Jamie Adkins i Anne-Marie Levasseur przywożą z Montrealu cyrkowo-wodewilowy program Typo (18 marca - 13 kwietnia). Belgijska grupa Pantalone z Brukseli przedstawi Luna/Penguin, podwójny "koncert muzyczno-filmowy" z orkiestrą na scenie i projekcją filmów (słowackiego i japońskiego) na ekranie (8-24 kwietnia). Duet artystów z chórem kukiełek przywiezie ze Szkocji widowisko na podstawie opowieści Oscara Wilde'a The Happy Prince (29 kwietnia - 8 maja, The New Victory Theatre, 209 W. 42 St. przy Broadwayu).

-------------------------------------------------------

Jabu (Król Ubu). Tekst, muzyka i reżyseria: Elizabeth Swados, scenografia, kukiełki i wideo: Sue Rees, kostiumy: Melisa Schlachtmeyer, oświetlenie: Garin Marschall. Występuje 18-osobowy zespół The Bats oraz kwartet jazzowy pod kierunkiem Krisa Kukula. Premiera 26 lutego, przedstawienia do 2 kwietnia, The Flea Theatre, 41 White St., Tribeca.

Shockheaded Peter. Reżyseria: Julian Crouch i Phelim McDermott, scenografia: Julian Crouch i Graeme Gilmour, kostiumy: Kevin Pollard, oświetlenie: Jon Linstrum, muzyka: Martyn Jacques. Występują: Julian Bleach, Anthony Cairns, Graeme Gilmour, Tamzin Griffin oraz The Tiger Lillies. Premiera 22 lutego, Little Shubert Theater, 422 W. 42 St.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail