ANNA BERNAT
Korespondencja Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego
opublikowana w setną rocznicę urodzin poety
O wyższości listów z fiołkiem
nad e-mailami
Konstanty
Ildefons Gałczyński - wieczny cygan literacki, postać barwna,
tajemnicza, autoironiczna. Człowiek ciepły i serdeczny. Krakowsko-warszawski.
Autor groteskowych, surrealistycznych utworów, jak Porfirion
Osiełek, czyli Klub Świętokradców, Teatrzyk Zielona
Gęś, i pięknych liryków miłosnych. Czuł się w swoim żywiole
wtedy, gdy pisał. A pisywał wiersze wszędzie: na serwetkach
w kawiarniach, na marginesach gazet, na kartkach wydartych
z kalendarza.
Gdy powiał wiatr w zaułku, gdy odjechała zaczarowana dorożka
Urodził się w Warszawie 23 stycznia 1905 r. przy ulicy Mazowieckiej.
Ojciec, Konstanty, był technikiem kolejowym, matka (z domu
Łopuszyńska) córką właściciela restauracji znanej podówczas
firmy Wróbel. Wiersze zaczął pisać w 1915 roku, a pierwszym
opublikowanym utworem był Wiatr w zaułku, który ukazał
się w 1923 r. na łamach efemerycznego pisma Twórczość Młodej
Polski. Gałczyński pod swoim debiutem podpisał się jako
Mieczysław Zenon Trzciński. Miał już za sobą studia z filologii
angielskiej i klasycznej na Uniwersytecie Warszawskim, a także
odbytą służbę wojskową, gdy w roku 1928 rozpoczął systematyczną
pracę literacką. Wtedy też przyłączył się do grupy poetyckiej
Kwadryga, z której cyganeryjno-studenckim środowiskiem zetknął
się jeszcze za swoich uniwersyteckich czasów. To bardzo znaczący
okres w formowaniu się wrażliwości poety, który znalazł potem
odbicie w dwóch nurtach jego twórczości. To wtedy, w czasach
Kwadrygi, przyjął za swoich patronów Villona i Rimbauda i
sam zaczął się kreować na typ poety-cygana, często również
błazna i wesołka. A wesoły cygan najchętniej uciekał od rzeczywistości
w krainę poezji. Świadczą o tym choćby takie wiersze, jak
Szekspir i chryzantemy lub Serwus madonna. Ale
wówczas zaczął się również zarysowywać drugi nurt w twórczości
poety, który można nazwać katastroficzną groteską. W poemacie
Koniec świata, a także w Wizjach świętego Ildefonsa,
czyli Satyrze na Wszechświat z 1929 r. pod maską drwiny
i żartu kryją się posępne diagnozy i niepokojące przeczucia
dotyczące Polski.
Z postacią Gałczyńskiego łączy się pewien paradoks. Był bardzo
znaną postacią za życia, choć często, niestety, bywał lekceważony
jako poeta. A jeśli już jego wiersze zyskiwały uznanie, to
niekoniecznie te, które on sam najbardziej lubił i cenił.
Czasów przedwojennych nie można nazwać okresem triumfu Gałczyńskiego.
Dopiero po wojnie stał się naprawdę bardzo popularny. Uznanie
przyniosły mu trzy tomy wierszy wydane w 1946 r. w kraju oraz
w Rzymie i w Hanowerze. Ale naprawdę podbił serca czytelników
Zaczarowaną dorożką, wydaną w 1948 roku. Niepowtarzalny
groteskowy komizm Zielonych Gęsi czy absurdalny dowcip
Listów z fiołkiem jeszcze te uczucia do poety wzmocnił.
Sympatia czytelników nie zawsze szła w parze ze zrozumieniem
ze strony wydawców i redaktorów czasopism ani nie oznaczała
szczodrych i regularnie płaconych honorariów. Nic dziwnego,
że w tej sytuacji mógł zapewnić swojej rodzinie, a więc żonie
Natalii Awałow i córce Kirze, jedynie skromną egzystencję
materialną.
Gęś, fiołek, ze dwa wiersze...
Z opublikowanej w styczniu br., w setną rocznicę urodzin
poety, korespondencji Pozdrowienia dla Czarodzieja*)
(Wydawnictwo Świat Książki. Wybór, wstęp i komentarze - Kira
Gałczyńska) wiele możemy się dowiedzieć o utarczkach, jakie
toczył Gałczyński z wydawcami, redaktorami, a nawet z tak
przyjaznym mu Przekrojem, w którym - aż trudno w to
uwierzyć - bez porozumienia z autorem samowolnie zmieniano
jego wiersze. Ludwik Jerzy Kern, Marian Eile i inni twierdzili,
że nic nie ruszano w utworach Gałczyńskiego. Ale wystarczy
przeczytać zachowane listy. W których - na co zwraca uwagę
Kira Gałczyńska - twardo brzmią słowa Mariana Eilego: "Mamy
prawo do skreśleń" i "Mogę płacić tylko za konkretne wydrukowane
utwory, a to od 200-400 zł za wiersz normalny". I zaraz obok
możemy przeczytać błagalny list poety o przyspieszenie przesyłki
owych 400 zł! A ze strony redakcji stałe poganianie: przyślij
więcej, napisz na zapas, to nie będziemy ingerować. A przecież
każdego tygodnia słał poeta do Przekroju - "Gęś, fiołek,
ze dwa wiersze. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku...".
"Dopiero zsumowana korespondencja pomiędzy K.I.G. a Przekrojem
- pisze Kira Gałczyńska - uzmysławia mi stopień uzależnienia
ojca od redakcji i jej szefa, z którym zawsze, i o tym mówią
listy, identyfikował się, stał za nimi murem.
Pisze partia do poety
W grudniu 1948 r. do poety napisała list Polska Zjednoczona
Partia Robotnicza, upominająca go, aby rozliczył się z zaliczki
pobranej na koszta podróży i diety w związku z wieczorem autorskim
w Poznaniu. W liście podpisanym przez zastępcę kierownika
wydziału kultury Wiktora Woroszylskiego jest zachęta, aby
ewentualne uwagi lub postulaty w związku z odbytym wieczorem
poeta też dostarczył do wydziału...
W tomie znaczącą część stanowią listy do przyjaciół i najbliższych:
do cioci Stasi, do Kiry, żony Natalii. Jest korespondencja
pochodząca z kręgu wielbicieli, ale też - jak to określa Kira
Gałczyńska - i z kręgu wrogów poety. "Kochany, drogi panie
Poeto! Dlatego tak piszemy, bo znamy się od dawna. Jeszcze
przed rokiem 1939 czytaliśmy poezje Pana, drukowane w gazetach
codziennych. Oczarował nas Pan wtedy, jak nikt na świecie"
- napisali we wrześniu 1950 r. wielbiciele z Gdańska. Ale
były i takie: "My, Polacy w tej chwili zgromadzeni przy czytaniu
Przekroju dziękujemy ci wazelinarzu za piękny wiersz
pt. Dwie gitary. Dotychczas myśleliśmy, żeś ty tylko
idiota - który chcesz tanim kosztem zdobyć sławę w demokracji
ludowej. Lecz teraz wiemy, żeś zdrajcą" - oto fragment niepodpisanego
listu z 1 stycznia 1948 r. Obok zamieszczono inny list od
anonimowego czytelnika, utrzymany w spokojniejszym już tonie,
bez agresji, ale pełen potępienia: "Szanowny Panie. Sądzę,
że dobrze panu zapłacili za napisanie tego wzniosłego Pogrzebu
Muzy, a zwłaszcza za patetyczny okrzyk ´My jesteśmy
blokiem wschodnimª. (...) naród wcale się nie uważa za
cząstkę bloku wschodniego i wcale tego nie pragnie. A wie
pan dlaczego? Dlatego, że setki tysięcy naszych oficerów i
żołnierzy zginęło w obozach sowieckich, zarówno tych, których
zabrano w 1939 r., zadając nam zdradziecki cios w plecy, jak
i tych, których wywożono w 1945 roku i później. (...) Życzę
panu dalszych sukcesów, ale niech pan nie bawi się w wieszcza.
Niech pan poczeka z tym blokiem wschodnim, aż trochę mniej
będą rozstrzeliwać ludzi z rozkazu naszych przyjaciół wschodnich.
Niech pan nie przemawia w imieniu narodu, lepiej już pisać
listy z fiołkiem". O tych listach pisze w komentarzu Kira
Gałczyńska: "Anonimy są zawsze podłe, anonimy wyrzuca się
do kosza. Te i kilka innych mój ojciec zachował. Uważałam
za swój obowiązek zaprezentować i taki głos w korespondencji
K.I.G.". To bodaj jedyny budzący wątpliwości, przesadnie emocjonalny
komentarz autorki wyboru listów. Trzeba bowiem pamiętać, w
jakich czasach pisane były owe listy i co wówczas groziło
za publiczne sformułowanie takich opinii. Gałczyński wymieniał
listy m.in. z Ksawerym Pruszyńskim, Janem Dobraczyńskim, Kazimierzem
Wyką, Leszkiem Herdegenem, Zofią Nałkowską, Hanką Ordonówną.
Są one pełne błyskotliwych żartów, humoru, przekomarzania
się. Po prostu sympatyczne. Ale jest w nich też głębokie przejęcie
się sprawami przyjaciół, ich zdrowia, sytuacji materialnej,
rodzinnej. Nie ma w nich, tak charakterystycznego dla wielu
artystów, skupienia uwagi na sobie, są wyprane z egotyzmu.
Są w nich ploteczki i bardzo serio prowadzona wymiana myśli.
Anioł na końcu pióra
"Kąstanty", "O, Konstanty!" - tak rozpoczyna listy do Gałczyńskiego
Julian Tuwim. Korespondencja pomiędzy tymi dwoma poetami ma
szczególne znaczenie. Lekko, żartem podpisując się Karakuliambro
z Pośpiesznej Pracowni Lirycznej, Tuus Constantinus albo Kostia,
pisze Gałczyński do Tuwima: "Niech Ci Bóg da zdrowie i 20
000 aniołów na końcu pióra". Pisze Tuwim: "Do czego zmierzam.
Do Twojego wiersza w nr 132 Przekroju. Muszę go surowo
potępić. Zachwycające są wprawdzie te ptaki, których nóżki
złoci słońce i ta noc jak skrypt chopinowych nut, i kobieta
(wiem która), co jak błyskawica zachwyca... Razem z Tobą sławię
Aleksandra Błoka i Tycjana i komicznego zajączka. I okręty
Rzeczypospolitej". A co powiedzieć o listach do Natalii, którą
raz poeta nazywa Pawełkiem, a kiedy indziej szanownym małym
Księżycem lub małym Bociankiem i pozdrawia "wszystkimi blaskami"
na jeziorze? Ile tu uczucia i zwyczajnej troski męża o żonę.
Te listy trzeba po prostu przeczytać! Ostatni zachowany pochodzi
z 28 sierpnia 1951 roku. To był list z Mazur, z leśniczówki
Pranie, gdzie tak chętnie przebywał latem na wakacjach poeta.
Ten list kończy korespondencję między Natalią i Konstantym,
między Praniem a Warszawą. "Widać, że w następnych miesiącach
i latach - pisze Kira Gałczyńska - nie rozstawali się ze sobą.
Wspólny wyjazd do Prania w 1952 roku był krótki, ten w roku
następnym, choć znacznie dłuższy (trwał od sierpnia do listopada)
nie pozostawił śladu w listach. Najpewniej bohaterowie korespondencji
po prostu stale ze sobą przebywali. I tak już było do śmierci
poety, do 6 grudnia 1953 roku". Uzupełnieniem tekstu są reprodukowane
koperty, pocztówki, znaczki, fotografie, same listy - okruchy
świata, który na zawsze odszedł. Ten pięknie wydany tom korespondencji
autora Listów z fiołkiem budzi nostalgię i uświadamia
nam, że zwyczaj pisania listów odchodzi w przeszłość, tak
jak i nawyk ich przechowywania związanych wstążeczką na dnie
szuflad. E-mail, po przeczytaniu wyrzucany w komputerze do
kosza, nie zastąpi korespondencji, która po latach stawała
się ważnym źródłem wiedzy o ludziach i kulturze.
----------------------
*) Książkę można zamówić w Księgarni Nowego
Dziennika, tel. (212) 594-4512, e-mail: ksiazki@dziennik.com
|