Oczy mi zielenieją
Z Krystyną Siesicką rozmawia Małgorzata Czyńska
Formą, którą szczególnie sobie upodobałam, jest pisanie
w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a więc "ja".
To "ja" odbierane jest później jako moje alter ego i
bywa łączone z jakimś książkowym wiekiem, wyglądem,
rodziną, przeżyciami. Bezwzględnie identyfikując autorkę
z narratorkami, przypisuje mi się potem odpowiednio:
mężów, dzieci, psy i koty. A więc już oficjalnie zaczynają
funkcjonować w moim życiorysie liczne rodziny, których
nie mam, bo przecież moja własna wywodzi się z zupełnie
innej opowieści. W rzeczywistości z fabularnym "ja"
nie mam nic wspólnego. Chociaż...? Jakaś prawda może
w tym jest, bo kiedy tak siedzę i piszę, oczy mi raz
zielenieją , raz brązowieją, włosy stają się raz rude,
raz siwe. Lat przybywa, ubywa, tajemnicza historia.
Mężowie jacyś po domu się plączą, ten taki, ten inny.
I dzieci, których nigdy nie miałam, do moich własnych
nawet niepodobne. A wnuczęta? Skąd, przecież nie te?
Z przedmowy do książki
Gorzkie słodkie pocałunki
|
Małgorzata Czyńska: - Jako dziecko marzyła Pani,
żeby w dorosłym życiu pić mocną herbatę i pisać książki. To
miały być powieści dla młodzieży?
Krystyna Siesicka: - Nie. Wtedy chodziło mi tylko
o pisanie na maszynie i o tę herbatę, a książki były jeszcze
zupełnie niedookreślone.
- Pani dorastanie przypadło na okres drugiej wojny światowej,
to musiało być szczególnie trudne. W "... nie ma z kim tańczyć..."
wspomina Pani tamte czasy - lęk o najbliższych, harcerstwo,
powstanie warszawskie, ale też pierwsza własna puderniczka
i pierwsza miłość.
- Ta książka jest mi szczególnie bliska, zresztą zadedykowałam
ją moim szkolnym koleżankom, co wskazuje, że to właśnie i
my jesteśmy gdzieś w tamtych czasach. Lata szkolne miałam,
mimo wszystkich okropności wojny, nadzwyczajne. Uczyłyśmy
się na tajnych kompletach, w małych grupkach. Miałyśmy fantastyczne
nauczycielki, które z narażeniem życia wędrowały po całym
mieście, od mieszkania do mieszkania, żeby mieć z nami lekcje.
Byłyśmy wszystkie bardzo ze sobą zżyte. To chyba jedyna książka,
w której tak dosłownie sięgnęłam do siebie, do losów mojej
rodziny.
- Maturę zdała Pani już po wojnie. Potem były studia dziennikarskie.
- Skończyłam Studium Dziennikarskie przy Wydziale Społeczno-Politycznym
Akademii Nauk Politycznych. Prawdę mówiąc, poprzestałam tylko
na Studium, nie zrobiłam magisterium na Wydziale Społeczno-Politycznym.
W tamtych czasach to był naprawdę ciężki orzech do zgryzienia.
Poza tym miałam już wtedy dość skomplikowaną sytuację rodzinną
- bardzo wcześnie wyszłam za mąż i miesiąc po ostatnim egzaminie
w Studium urodziłam mojego najstarszego syna.
- Studia miały dać możliwość pisania?
- Kiedy je zaczynałam, myślałam o pracy w jakimś piśmie,
ale gdy ma się obok siebie małe dzieci, trudno jest "wejść
w świat", czego dziennikarstwo bezwzględnie wymaga. Wiedziałam,
że jeśli chcę pracować w tym zawodzie, muszę znaleźć jakąś
formułę, która nie naruszy mojego funkcjonowania w domu. I
stąd pomysł pisania krótkich felietonów.
- Przez wiele lat współpracowała Pani z tygodnikami "Kobieta
i Życie" i "Filipinka". To wtedy zaczęło się pisanie dla dziewcząt?
- Tak, to charakter tych pism określił moje przyszłe czytelniczki.
- W 1966 r. ukazała się Pani pierwsza powieść - "Zapałka
na zakręcie". Ta książka jest ważna już dla kilku pokoleń
dziewcząt.
- Pamiętam, że kiedyś po napisaniu jakiegoś krótkiego felietonu
przyszło mi na myśl, że zmarnowałam temat. Zmieściłam go na
półtorej kartce maszynopisu, a przecież mogłam z tego zrobić
książkę - i zrobiłam. Zapałkę właśnie...
- We wcześniejszych książkach najistotniejszym tematem były
relacje dziewczyna - chłopak. Teraz doszły do tego wszystkie
pułapki współczesności, w które młody człowiek może wpaść:
narkotyki, AIDS, sekty, anoreksja. Czy twierdzi Pani, że "być
matką w dzisiejszych czasach to upiorne zajęcie"? Przybyło
lęków?
- Przybyło, bo nie można udawać, że tego wszystkiego nie
ma. Otwarty zostaje tylko problem formy, w jakiej się o tym
pisze. Można to robić w sposób bardzo dosłowny, drastyczny
i porażający. Myślę, że to jest potrzebne i są książki dla
młodzieży tak napisane, i one spełniają ważną rolę. Natomiast
mnie zależy na tym, żeby pokazać niszczycielską rolę narkotyków
dotykającą nie tylko chłopaka czy dziewczynę, którzy w nie
wejdą, ale również dramat ich najbliższych, pokazać chorobę
rodziny. Piszę o tych problemach, bo to jedyna forma, w jakiej
mogę się im przeciwstawić.
- W Pani powieściach spotykają się trzy pokolenia kobiet
i wciąż powraca temat rodziny.
- Chciałabym ocalić wartość rodziny, pokazać, jaką ważną
spełnia rolę, kiedy funkcjonuje w pewnej równowadze, stąd
ta moja skłonność do wątków trójpokoleniowych. Chciałabym,
żeby młoda dziewczyna, która taką książkę czyta, nauczyła
się spostrzegać ludzi z innej "półki wiekowej" niż jej własna,
i że nie może wymagać zrozumienia jedynie dla siebie, bo ma
lat kilkanaście i nęka ją burza hormonów! Niech zobaczy obok
siebie i te kobiety, które nie mają w sobie burzy hormonów,
ale za to burzę trosk i niepokojów.
- Jak wejść w świat współczesnego nastolatka?
- Jestem podglądaczką i podsłuchiwaczką, przyznaję się! Kiedy
jadę autobusem, patrzę i słucham, kiedy idę ulicą, patrzę
i słucham, to naprawdę kopalnia doświadczeń i wiadomości.
Czasami prowokuję jakąś rozmowę. Młodzi ludzie łatwo otwierają
się, bo mają potrzebę mówienia o sobie. Natomiast byłoby przesadą,
gdybym powiedziała, że dużo rozmawiam z moimi wnukami czy
wnuczkami. Czasami o coś zapytam, czasami jakiś strzępek informacji
wykorzystam pisząc, ale moja rodzina to nie jest główne źródło
mojej wiedzy...
- Uważa Pani, że "znakiem czasu jest nie tylko zmiana obyczajowości,
ale przede wszystkim zmiana sposobu myślenia". Czy żeby dotrzeć
do młodzieży, trzeba zmienić sposób myślenia?
- Tak, i to jest bardzo trudne. Musiałam zmienić sposób myślenia,
podumać nad hierarchią ważności spraw. Zrozumieć nowy świat,
niekiedy pogodzić się z nim, a nie tylko bronić własnego...
- Pisanie dla młodego czytelnika to duża odpowiedzialność.
- Tak, ale ona nie jest moją myślą przewodnią. Nie siadam
do pisania z "zamysłem pedagogicznym". Jeżeli pojawi się w
książce, to dlatego, że tak mi wyszło.
- Krytycy doceniają Pani pracę. Świadczą o tym liczne nagrody.
W 2000 r. Polska Sekcja International Board on Books for Young
People uhonorowała Panią medalem za całokształt twórczości
dla dzieci i młodzieży. Czytelniczki piszą do Pani dziesiątki
e-maili, dziękują za książki, dopominają się o następne, zwierzają
się ze swoich kłopotów. Wielbicielki Krystyny Siesickiej to
przede wszystkim licealistki. Ale także kobiety, które zdawałoby
się dawno wyrosły z dziewczyńskich lektur.
- To jest moja wielka radość i nie lękam się tego słowa użyć
- satysfakcja, kiedy na targach książki i przychodzą do mnie
mamy z córkami. Jedna czyta i druga czyta. Dziewczyna mówi,
że pierwszą moją powieść podsunęła jej mama, teraz z kolei
ona podsuwa mamie nowe pozycje. To jest ta chwila, w której
myślę, że sprawdził się mój pomysł na pisanie książek, w których
bohaterem jest nie tylko jedno pokolenie.
- Ostatnio w Pani powieściach pojawiła się jeszcze jedna
bolączka współczesnego świata - strach przed zamachem terrorystycznym.
- Cóż, przybyło bombiarzy i trudno udawać, że jest inaczej.
- A pisze Pani coś nowego?
- Mam otwarty plik w komputerze. Mój Ocean Niespokojny.
|