PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 marca 2005


Oczy mi zielenieją

Z Krystyną Siesicką rozmawia Małgorzata Czyńska

Formą, którą szczególnie sobie upodobałam, jest pisanie w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a więc "ja". To "ja" odbierane jest później jako moje alter ego i bywa łączone z jakimś książkowym wiekiem, wyglądem, rodziną, przeżyciami. Bezwzględnie identyfikując autorkę z narratorkami, przypisuje mi się potem odpowiednio: mężów, dzieci, psy i koty. A więc już oficjalnie zaczynają funkcjonować w moim życiorysie liczne rodziny, których nie mam, bo przecież moja własna wywodzi się z zupełnie innej opowieści. W rzeczywistości z fabularnym "ja" nie mam nic wspólnego. Chociaż...? Jakaś prawda może w tym jest, bo kiedy tak siedzę i piszę, oczy mi raz zielenieją , raz brązowieją, włosy stają się raz rude, raz siwe. Lat przybywa, ubywa, tajemnicza historia. Mężowie jacyś po domu się plączą, ten taki, ten inny. I dzieci, których nigdy nie miałam, do moich własnych nawet niepodobne. A wnuczęta? Skąd, przecież nie te?

Z przedmowy do książki
Gorzkie słodkie pocałunki

Małgorzata Czyńska: - Jako dziecko marzyła Pani, żeby w dorosłym życiu pić mocną herbatę i pisać książki. To miały być powieści dla młodzieży?

Krystyna Siesicka: - Nie. Wtedy chodziło mi tylko o pisanie na maszynie i o tę herbatę, a książki były jeszcze zupełnie niedookreślone.

- Pani dorastanie przypadło na okres drugiej wojny światowej, to musiało być szczególnie trudne. W "... nie ma z kim tańczyć..." wspomina Pani tamte czasy - lęk o najbliższych, harcerstwo, powstanie warszawskie, ale też pierwsza własna puderniczka i pierwsza miłość.

- Ta książka jest mi szczególnie bliska, zresztą zadedykowałam ją moim szkolnym koleżankom, co wskazuje, że to właśnie i my jesteśmy gdzieś w tamtych czasach. Lata szkolne miałam, mimo wszystkich okropności wojny, nadzwyczajne. Uczyłyśmy się na tajnych kompletach, w małych grupkach. Miałyśmy fantastyczne nauczycielki, które z narażeniem życia wędrowały po całym mieście, od mieszkania do mieszkania, żeby mieć z nami lekcje. Byłyśmy wszystkie bardzo ze sobą zżyte. To chyba jedyna książka, w której tak dosłownie sięgnęłam do siebie, do losów mojej rodziny.

- Maturę zdała Pani już po wojnie. Potem były studia dziennikarskie.

- Skończyłam Studium Dziennikarskie przy Wydziale Społeczno-Politycznym Akademii Nauk Politycznych. Prawdę mówiąc, poprzestałam tylko na Studium, nie zrobiłam magisterium na Wydziale Społeczno-Politycznym. W tamtych czasach to był naprawdę ciężki orzech do zgryzienia. Poza tym miałam już wtedy dość skomplikowaną sytuację rodzinną - bardzo wcześnie wyszłam za mąż i miesiąc po ostatnim egzaminie w Studium urodziłam mojego najstarszego syna.

- Studia miały dać możliwość pisania?

- Kiedy je zaczynałam, myślałam o pracy w jakimś piśmie, ale gdy ma się obok siebie małe dzieci, trudno jest "wejść w świat", czego dziennikarstwo bezwzględnie wymaga. Wiedziałam, że jeśli chcę pracować w tym zawodzie, muszę znaleźć jakąś formułę, która nie naruszy mojego funkcjonowania w domu. I stąd pomysł pisania krótkich felietonów.

- Przez wiele lat współpracowała Pani z tygodnikami "Kobieta i Życie" i "Filipinka". To wtedy zaczęło się pisanie dla dziewcząt?

- Tak, to charakter tych pism określił moje przyszłe czytelniczki.

- W 1966 r. ukazała się Pani pierwsza powieść - "Zapałka na zakręcie". Ta książka jest ważna już dla kilku pokoleń dziewcząt.

- Pamiętam, że kiedyś po napisaniu jakiegoś krótkiego felietonu przyszło mi na myśl, że zmarnowałam temat. Zmieściłam go na półtorej kartce maszynopisu, a przecież mogłam z tego zrobić książkę - i zrobiłam. Zapałkę właśnie...

- We wcześniejszych książkach najistotniejszym tematem były relacje dziewczyna - chłopak. Teraz doszły do tego wszystkie pułapki współczesności, w które młody człowiek może wpaść: narkotyki, AIDS, sekty, anoreksja. Czy twierdzi Pani, że "być matką w dzisiejszych czasach to upiorne zajęcie"? Przybyło lęków?

- Przybyło, bo nie można udawać, że tego wszystkiego nie ma. Otwarty zostaje tylko problem formy, w jakiej się o tym pisze. Można to robić w sposób bardzo dosłowny, drastyczny i porażający. Myślę, że to jest potrzebne i są książki dla młodzieży tak napisane, i one spełniają ważną rolę. Natomiast mnie zależy na tym, żeby pokazać niszczycielską rolę narkotyków dotykającą nie tylko chłopaka czy dziewczynę, którzy w nie wejdą, ale również dramat ich najbliższych, pokazać chorobę rodziny. Piszę o tych problemach, bo to jedyna forma, w jakiej mogę się im przeciwstawić.

- W Pani powieściach spotykają się trzy pokolenia kobiet i wciąż powraca temat rodziny.

- Chciałabym ocalić wartość rodziny, pokazać, jaką ważną spełnia rolę, kiedy funkcjonuje w pewnej równowadze, stąd ta moja skłonność do wątków trójpokoleniowych. Chciałabym, żeby młoda dziewczyna, która taką książkę czyta, nauczyła się spostrzegać ludzi z innej "półki wiekowej" niż jej własna, i że nie może wymagać zrozumienia jedynie dla siebie, bo ma lat kilkanaście i nęka ją burza hormonów! Niech zobaczy obok siebie i te kobiety, które nie mają w sobie burzy hormonów, ale za to burzę trosk i niepokojów.

- Jak wejść w świat współczesnego nastolatka?

- Jestem podglądaczką i podsłuchiwaczką, przyznaję się! Kiedy jadę autobusem, patrzę i słucham, kiedy idę ulicą, patrzę i słucham, to naprawdę kopalnia doświadczeń i wiadomości. Czasami prowokuję jakąś rozmowę. Młodzi ludzie łatwo otwierają się, bo mają potrzebę mówienia o sobie. Natomiast byłoby przesadą, gdybym powiedziała, że dużo rozmawiam z moimi wnukami czy wnuczkami. Czasami o coś zapytam, czasami jakiś strzępek informacji wykorzystam pisząc, ale moja rodzina to nie jest główne źródło mojej wiedzy...

- Uważa Pani, że "znakiem czasu jest nie tylko zmiana obyczajowości, ale przede wszystkim zmiana sposobu myślenia". Czy żeby dotrzeć do młodzieży, trzeba zmienić sposób myślenia?

- Tak, i to jest bardzo trudne. Musiałam zmienić sposób myślenia, podumać nad hierarchią ważności spraw. Zrozumieć nowy świat, niekiedy pogodzić się z nim, a nie tylko bronić własnego...

- Pisanie dla młodego czytelnika to duża odpowiedzialność.

- Tak, ale ona nie jest moją myślą przewodnią. Nie siadam do pisania z "zamysłem pedagogicznym". Jeżeli pojawi się w książce, to dlatego, że tak mi wyszło.

- Krytycy doceniają Pani pracę. Świadczą o tym liczne nagrody. W 2000 r. Polska Sekcja International Board on Books for Young People uhonorowała Panią medalem za całokształt twórczości dla dzieci i młodzieży. Czytelniczki piszą do Pani dziesiątki e-maili, dziękują za książki, dopominają się o następne, zwierzają się ze swoich kłopotów. Wielbicielki Krystyny Siesickiej to przede wszystkim licealistki. Ale także kobiety, które zdawałoby się dawno wyrosły z dziewczyńskich lektur.

- To jest moja wielka radość i nie lękam się tego słowa użyć - satysfakcja, kiedy na targach książki i przychodzą do mnie mamy z córkami. Jedna czyta i druga czyta. Dziewczyna mówi, że pierwszą moją powieść podsunęła jej mama, teraz z kolei ona podsuwa mamie nowe pozycje. To jest ta chwila, w której myślę, że sprawdził się mój pomysł na pisanie książek, w których bohaterem jest nie tylko jedno pokolenie.

- Ostatnio w Pani powieściach pojawiła się jeszcze jedna bolączka współczesnego świata - strach przed zamachem terrorystycznym.

- Cóż, przybyło bombiarzy i trudno udawać, że jest inaczej.

- A pisze Pani coś nowego?

- Mam otwarty plik w komputerze. Mój Ocean Niespokojny.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail