GRAŻYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
PATRZ
Kiedy
wiele lat temu usłyszałam po raz pierwszy o projekcie "Bramy"
Christo i Jeanne-Claude, wydawał mi się banalny i niesympatycznie
agresywny. Wkraczał, sądziłam surowo, arbitralnie w Central
Park, bluźnierczy wobec naszej zielonej "świętej przestrzeni"
w środku miasta. Byłam zdecydowanie przeciw.
Przeciw inwazji parku. Przeciw cyrkowi jaki nieuchronnie
towarzyszy publicznym inicjatywom na tak wielką skalę. Przeciw
czemuś, co wyglądało na ambitną a frywolną igraszkę, służącą
przede wszystkim podbudowaniu własnego ja ludzi głodnych rozgłosu.
Z aprobatą więc przyjęłam negatywną odpowiedź władz miejskich
w 1979 r. na wniosek artystów. Potem hałasy wokół projektu
wycichły, choć Christo i Jeanne-Claude przedstawiali uparcie
swą propozycję, w nieco tylko zmienionej formie, pod rozwagę
każdego nowego burmistrza.
Mój szacunek dla tego duetu artystycznego i matrymonialnego
wzrastał, kiedy lepiej poznawałam ich kolejne projekty: misternie
i jakby czule opatulony most Pont-Neuf w Paryżu (1985); roztańczone
parasolki ustawione w rozległej przestrzeni po dwóch stronach
oceanu - niebieskie w Ibaraki, w Japonii, i żółte w Los Angeles
(1991); berliński Reichstag zawinięty w srebrzyście migotliwy
materiał, przepasany niebieskim sznurem (1995)... Budziły
zainteresowanie te precyzyjnie planowane "interferencje" w
przestrzeni miejskiej i naturalnej, rozmach skali ich działań,
ciekawe użycie koloru, zdumiewająco pogodny wydzęwięk każdego
wydarzenia, jakby naznaczonego szczególnym tonem radości.
Christo i Jeanne-Claude przypominają o ludycznym elemencie
wpisanym w pracę, o czystej przyjemności, która może towarzyszyć
działaniu artystycznemu, jak i odbiorowi dzieła sztuki.
Z czasem "Bramy" zaczęły mi wyglądać coraz bardziej atrakcyjnie,
choć nadal wywoływały odruch obronnie krytyczny. Nadal, to
znaczy do poranka drugiej soboty lutego.
Kiedy szłam północną granicą Central Parku, jeszcze wyglądał
sennie. Jeziorko pokrywała tafla lodu. Bezlistne drzewa stały
milczące i nieruchome. Ostro rysowały się na ich monotonnie
szarobrązowym tle pomarańczowe ramy. Puste, wyglądały nieco
groźnie, jak rusztowania głodnych gilotyn czy szubienic. Nieco
tajemniczo, jak otwarte zaproszenie do wejścia w nieznaną
krainę.
Na Piątej Avenue, bliżej Metropolitan Museum, zagęszczały
się już grupki gromadzących się ludzi. Przeplatali się regularni
bywalcy parku z ciekawskimi, którzy przybyli specjalnie na
sobotnie "otwarcie": rodziny z dziećmi w wózkach, spacerowicze
z psami na smyczy, weekendowi biegacze, wytrwali rowerzyści,
panie w futrach do ziemi, kolorowy motłoch turystów w skafandrach
i tenisówkach.
Z tarasu Metropolitan Museum widok rozwinął mi się jednocześnie
zwykły i niezwykły. Jesteś tam nieszczególnie wysoko, na lot
leniwego gołębia, niewiele ponad linią drzew. Z południa i
zachodu perspektywę zamyka postrzępiona linia wieżowców. Północnej
granicy domyślasz się raczej, niż widzisz, bo park rozciąga
się przed tobą nieskończonym pasmem.
Widok zwykły, bo ileż już razy cieszyłam się otwartą przestrzenią,
szerokim oddechem prawie lasu w mieście. I niezwykły, bo oto
w swojskim pejzażu pulsują pomarańczowe plamy. Powiewają na
wietrze flagi. Jak linie wysokiego napięcia trzepoczą nakładające
się rytmicznie pasma koloru. Wśród drzew przesuwa się cierpliwie,
od bramy do bramy, korowód ludzi: prowadzi ktoś z drągiem
potężnym jak bosak, zatrzymuje się pod bramą, sięga ku górnej
poprzeczce, ściąga pokrowiec... Rozsypuje się kolorowy materiał
oczekujący w szczelnym kokonie. A flisacy bieżą już dalej,
otwierając cierpliwie, jedna po drugiej, zapory pomarańczowej
rzeki.
Na pierwszym planie - widzisz każdą bramę pojedynczo, oddzielnie.
Poszczególne bramy sumują się, składają w linie. Biegną rytmicznie
w lewo, w prawo. Rozwijają kapryśnym kordonem, zakolem wspinają
na wzgórze, schodzą stromo w dół, znikają za zakrętem, chowają
pod przejściem... Na dalszym planie, już linii nie widzisz,
miga ci tylko przez drzewa kolor-w-ruchu. Domyślasz się, że
tam też płynie nieprawdopodobna rzeka, krąży zakolami, zostawiając
ciebie to po jednej stronie, to po drugiej, otaczając radosnym
kręgiem.
Instalacja Christo i Jeanne-Claude składa mi się jak wiersz
w enigmatyczne bogactwo. Oto parę sposobów, na jakie mi się
podoba.
Po pierwsze, poszczególne elementy, z jakich się składa,
są proste i mało atrakcyjne: ciężkie, metalowe bazy, prostokątne
plastikowe ramy, twardy, nylonowo połyskliwy materiał. Można
je policzyć, zmierzyć, zważyć. 5920 ton stali zużytych na
15 000 baz-podstawek. 7532 bramki przymocowane 165 tysiącami
śrub. 200 tys. km materiału zwiniętego w 100 km pokrowców
z winylu. 36 km ścieżek zaznaczonych na pomarańczowo. Właśnie,
kolor też jakiś taki nieszczególnie wdzięczny: "szafranowy"
- określają go uparcie twórcy. Dla zwykłego oka ten ich szafran
zdumiewająco jest podobny do prostej pomarańczy. Kojarzy się
z ochronnym ubiorem w sezonie polowań, z kiczowatym obrazkiem
wschodzącego słoneczka. Tylko wyobraźnia artysty i mój aktywny
odbiór może przemienić tę prozę w poezję sztuki.
Po drugie: ogrom prozaicznej pracy wielu ludzi. Trzeba było
przecież wszystkie te elementy wyprodukować (w fabrykach),
przewieźć (ciężarówkami, dźwigami), zainstalować. To skomplikowany,
inżynieryjny projekt, który wymaga nadzwyczajnej organizacji
i koordynacji, współpracy fachowców i niefachowców. W samym
ustawianiu bramek wzięło udział 640 ochotników, zorganizowanych
w 73 drużynach, pracujących w 21 "zonach", w siedmiu "okręgach",
na jaki podzielono park.
Po trzecie: ulotność obecności. Tyle wysiłku, starań, tyle
pracy i kosztów, żeby istnieć tylko przez chwilę. Jest dzisiaj,
lecz już nie będzie jutro. Spóźnisz się i stracisz. Nie dojrzysz
i piękno ci umknie. Jak życie. A więc, także przypomnienie:
chwila się liczy. Patrz. Doceniaj.
Po czwarte: niezależność artystów. Realizacja projektu wymagała
niebotycznych środków finansowych (koszty szacuje się na około
20 mln dol.). Zostały jednak pokryte przez samych artystów.
Żadnych sponsorów, którzy przy okazji załatwiają sobie własne
interesy. Żadnych reklam mniej lub bardziej nachalnych. "Bramy"
podważają więc wszechwładztwo praw rynku. Są nie na sprzedaż
i nie do kupienia.
Starczy, bo te wszystkie "powody" i przyczyny są drugorzędną
sprawą. Najważniejsze, że bramy zapraszają cię do wejścia.
Dokąd? Sam sobie musisz odkryć. Co znaczą? Nic, poza tym,
że zaistniały. Idea - pracą, wytrwałością, szczęśliwym zbiegiem
okoliczności - stała się "rzeczą dokonaną".
Otwarte bramy. Wejdź, rozejrzyj się, popatrz. Kiedy idziesz,
z każdym krokiem zmienia się punkt widzenia. Z każdym zakrętem
otwiera się przed tobą nowa perspektywa. Mieni się przed tobą,
jak w kalejdoskopie, coraz to nowy rysunek w przestrzeni -
kapryśny i wyrazisty.
Nic nadzwyczajnego. Cud jednak stać się może, kiedy patrzysz
i widzisz inaczej, na nowo. Tu kolorowy materiał bram trzepocze
jak spódniczki tancerzy w korowodzie ognistego mazura. Tam
stoją wzdłuż alejek parku szeregi milczących rycerzy. Podniesiesz
głowę, a nad tobą baldachim trzepocze tak ładnie! I nagle
ogarnia cię niespodziewana, głupiutka radość. Zagadasz spontanicznie
do przygodnego przechodnia. Do ciebie ktoś coś powie. Dzieciaki
się gonią, śmiejąc głośno. Tyle ludzi wokół, którzy zebrali
się tylko po to, aby być w tym miejscu, w tym momencie. Jesteśmy
na beztrosko pogodnej paradzie, bez celu i bez powodu. Żyć
warto.
Oto prawdziwa magia tego sympatycznego wydarzenia: spacerując,
patrząc uważniej, rozmawiając z innymi, nie jesteśmy pasywnymi
odbiorcami dzieła Christa i Jeanne-Claude. Przywłaszczamy
je sobie. Wpisujemy w pamięć jako nasze. To my sami jesteśmy
głównym "hapenningiem" (Central Park, do 27 lutego).
***
Pogoda nam kaprysi. I choć takie jej późno-lutowo-marcowe
prawo, przedłużające się zimowe powiewy niecierpliwią. Śnieg
zamiast bawić, denerwuje. Lodowe liźnięcia wiatru na twarzy
budzą protest. Do bardziej trwałych, prawdziwie wiosennych
pieszczot przyroda wydaje się nie być jeszcze skłonna. Do
tych radości, do których przyczyniają się Christo i Jeanne-Claude,
dodam więc jeszcze parę innych. Potraktujmy dzisiejsze "Rytmy"
jako przedwiosenną kampanię popierania lepszej pogody - pogody
ducha, skoro nie mamy żadnego wpływu na tę wokół.
Bardzo ładnie wypadła inscenizacja Wesela Figara w Metropolitan
Opera. Oprawa przygotowana przez Petera Davisona i Marka McCullougha
wprawdzie nieco oślepia blaskiem bieli, pozostawia jednak
wielką przestrzeń sceny wyjątkowo niezatłoczoną, bez zbędnych
ornamentów i rekwizytów. Uwaga nasza w sposób naturalny skupia
się na natchnionej muzyce Mozarta i śpiewie atrakcyjnego zespołu:
Andrea Rost (Susanna) i John Relyea (Figaro) są młodzi, utalentowani,
pełni wdzięku i entuzjazmu. Janice Watson jako Księżna ładnie
łączy arystokratyczną wzniosłość z sugestią prostej ludzkiej
kruchości. W świetnym kręgu tych solistów tym bardziej może
się czuć dumny ze swych osiągnięć Mariusz Kwiecień, w pierwszej
dużej roli na scenie Metropolitan. Polski tenor doskonale
wypada w roli Księcia Almaviva. Oprócz dźwięcznego głosu o
ciepłym tembrze posiada atut zgrabnej sylwetki i aktorskiego
talentu. Dobrze prezentuje się na scenie, promieniejąc wręcz
pozytywną energią kogoś, kto wielce cieszy się z okazji, że
wreszcie może się pełniej popisać swoim kunsztem. Brawo, i
do następnego! (Metropolitan Opera, 3 lutego).
A niedługo będzie okazja, by przyświadczyć drugiemu, obiecująco
zapowiadającemu się debiutowi polskiej śpiewaczki o dźwięcznym
nazwisku Walewska. Małgorzata Walewska zaśpiewa w Samsonie
i Dalili po raz pierwszy 16 marca.
Dalsze sukcesy zdobywa też w Nowym Jorku młody artysta z
Gdańska i Warszawy, Dominik Lejman. Po bardzo ciekawej instalacji
wideo przygotowanej specjalnie dla Schneider Children's Hospital
w New Hyde Park, na Long Island, Lejman wystawił swoje nowe
prace składające się na serię "ME - counts: 0.3 sec" w Luxe
Gallery na W. 57 Street. Wobec wyjątkowego zainteresowania
kolekcjonerów i krytyków indywidualna wystawa artysty, która
miała się zakończyć 17 lutego, nadal trwa. Warto obejrzeć
jego eksperymenty, które łączą tradycyjną formę obrazu z nową
technologią wideo, komponując wielowarstwowe, "ruchome malowidła
ścienne".
A tuż obok kusi - tradycyjna w porównaniu, lecz bardzo poetycka
i elegancka - czarno-biała fotografia francuskiego artysty
Marcela Bovisa. "Light and Shadows" przywołuje zaułki Paryża,
tajemnice uliczek oglądanych nocą, jasne cienie poranka (Patricia
Laligant Gallery, 24 W. 57 Street).
|