PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 25 lutego 2005


GRAŻYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

PATRZ

Kiedy wiele lat temu usłyszałam po raz pierwszy o projekcie "Bramy" Christo i Jeanne-Claude, wydawał mi się banalny i niesympatycznie agresywny. Wkraczał, sądziłam surowo, arbitralnie w Central Park, bluźnierczy wobec naszej zielonej "świętej przestrzeni" w środku miasta. Byłam zdecydowanie przeciw.

Przeciw inwazji parku. Przeciw cyrkowi jaki nieuchronnie towarzyszy publicznym inicjatywom na tak wielką skalę. Przeciw czemuś, co wyglądało na ambitną a frywolną igraszkę, służącą przede wszystkim podbudowaniu własnego ja ludzi głodnych rozgłosu. Z aprobatą więc przyjęłam negatywną odpowiedź władz miejskich w 1979 r. na wniosek artystów. Potem hałasy wokół projektu wycichły, choć Christo i Jeanne-Claude przedstawiali uparcie swą propozycję, w nieco tylko zmienionej formie, pod rozwagę każdego nowego burmistrza.

Mój szacunek dla tego duetu artystycznego i matrymonialnego wzrastał, kiedy lepiej poznawałam ich kolejne projekty: misternie i jakby czule opatulony most Pont-Neuf w Paryżu (1985); roztańczone parasolki ustawione w rozległej przestrzeni po dwóch stronach oceanu - niebieskie w Ibaraki, w Japonii, i żółte w Los Angeles (1991); berliński Reichstag zawinięty w srebrzyście migotliwy materiał, przepasany niebieskim sznurem (1995)... Budziły zainteresowanie te precyzyjnie planowane "interferencje" w przestrzeni miejskiej i naturalnej, rozmach skali ich działań, ciekawe użycie koloru, zdumiewająco pogodny wydzęwięk każdego wydarzenia, jakby naznaczonego szczególnym tonem radości. Christo i Jeanne-Claude przypominają o ludycznym elemencie wpisanym w pracę, o czystej przyjemności, która może towarzyszyć działaniu artystycznemu, jak i odbiorowi dzieła sztuki.

Z czasem "Bramy" zaczęły mi wyglądać coraz bardziej atrakcyjnie, choć nadal wywoływały odruch obronnie krytyczny. Nadal, to znaczy do poranka drugiej soboty lutego.

Kiedy szłam północną granicą Central Parku, jeszcze wyglądał sennie. Jeziorko pokrywała tafla lodu. Bezlistne drzewa stały milczące i nieruchome. Ostro rysowały się na ich monotonnie szarobrązowym tle pomarańczowe ramy. Puste, wyglądały nieco groźnie, jak rusztowania głodnych gilotyn czy szubienic. Nieco tajemniczo, jak otwarte zaproszenie do wejścia w nieznaną krainę.

Na Piątej Avenue, bliżej Metropolitan Museum, zagęszczały się już grupki gromadzących się ludzi. Przeplatali się regularni bywalcy parku z ciekawskimi, którzy przybyli specjalnie na sobotnie "otwarcie": rodziny z dziećmi w wózkach, spacerowicze z psami na smyczy, weekendowi biegacze, wytrwali rowerzyści, panie w futrach do ziemi, kolorowy motłoch turystów w skafandrach i tenisówkach.

Z tarasu Metropolitan Museum widok rozwinął mi się jednocześnie zwykły i niezwykły. Jesteś tam nieszczególnie wysoko, na lot leniwego gołębia, niewiele ponad linią drzew. Z południa i zachodu perspektywę zamyka postrzępiona linia wieżowców. Północnej granicy domyślasz się raczej, niż widzisz, bo park rozciąga się przed tobą nieskończonym pasmem.

Widok zwykły, bo ileż już razy cieszyłam się otwartą przestrzenią, szerokim oddechem prawie lasu w mieście. I niezwykły, bo oto w swojskim pejzażu pulsują pomarańczowe plamy. Powiewają na wietrze flagi. Jak linie wysokiego napięcia trzepoczą nakładające się rytmicznie pasma koloru. Wśród drzew przesuwa się cierpliwie, od bramy do bramy, korowód ludzi: prowadzi ktoś z drągiem potężnym jak bosak, zatrzymuje się pod bramą, sięga ku górnej poprzeczce, ściąga pokrowiec... Rozsypuje się kolorowy materiał oczekujący w szczelnym kokonie. A flisacy bieżą już dalej, otwierając cierpliwie, jedna po drugiej, zapory pomarańczowej rzeki.

Na pierwszym planie - widzisz każdą bramę pojedynczo, oddzielnie. Poszczególne bramy sumują się, składają w linie. Biegną rytmicznie w lewo, w prawo. Rozwijają kapryśnym kordonem, zakolem wspinają na wzgórze, schodzą stromo w dół, znikają za zakrętem, chowają pod przejściem... Na dalszym planie, już linii nie widzisz, miga ci tylko przez drzewa kolor-w-ruchu. Domyślasz się, że tam też płynie nieprawdopodobna rzeka, krąży zakolami, zostawiając ciebie to po jednej stronie, to po drugiej, otaczając radosnym kręgiem.

Instalacja Christo i Jeanne-Claude składa mi się jak wiersz w enigmatyczne bogactwo. Oto parę sposobów, na jakie mi się podoba.

Po pierwsze, poszczególne elementy, z jakich się składa, są proste i mało atrakcyjne: ciężkie, metalowe bazy, prostokątne plastikowe ramy, twardy, nylonowo połyskliwy materiał. Można je policzyć, zmierzyć, zważyć. 5920 ton stali zużytych na 15 000 baz-podstawek. 7532 bramki przymocowane 165 tysiącami śrub. 200 tys. km materiału zwiniętego w 100 km pokrowców z winylu. 36 km ścieżek zaznaczonych na pomarańczowo. Właśnie, kolor też jakiś taki nieszczególnie wdzięczny: "szafranowy" - określają go uparcie twórcy. Dla zwykłego oka ten ich szafran zdumiewająco jest podobny do prostej pomarańczy. Kojarzy się z ochronnym ubiorem w sezonie polowań, z kiczowatym obrazkiem wschodzącego słoneczka. Tylko wyobraźnia artysty i mój aktywny odbiór może przemienić tę prozę w poezję sztuki.

Po drugie: ogrom prozaicznej pracy wielu ludzi. Trzeba było przecież wszystkie te elementy wyprodukować (w fabrykach), przewieźć (ciężarówkami, dźwigami), zainstalować. To skomplikowany, inżynieryjny projekt, który wymaga nadzwyczajnej organizacji i koordynacji, współpracy fachowców i niefachowców. W samym ustawianiu bramek wzięło udział 640 ochotników, zorganizowanych w 73 drużynach, pracujących w 21 "zonach", w siedmiu "okręgach", na jaki podzielono park.

Po trzecie: ulotność obecności. Tyle wysiłku, starań, tyle pracy i kosztów, żeby istnieć tylko przez chwilę. Jest dzisiaj, lecz już nie będzie jutro. Spóźnisz się i stracisz. Nie dojrzysz i piękno ci umknie. Jak życie. A więc, także przypomnienie: chwila się liczy. Patrz. Doceniaj.

Po czwarte: niezależność artystów. Realizacja projektu wymagała niebotycznych środków finansowych (koszty szacuje się na około 20 mln dol.). Zostały jednak pokryte przez samych artystów. Żadnych sponsorów, którzy przy okazji załatwiają sobie własne interesy. Żadnych reklam mniej lub bardziej nachalnych. "Bramy" podważają więc wszechwładztwo praw rynku. Są nie na sprzedaż i nie do kupienia.

Starczy, bo te wszystkie "powody" i przyczyny są drugorzędną sprawą. Najważniejsze, że bramy zapraszają cię do wejścia. Dokąd? Sam sobie musisz odkryć. Co znaczą? Nic, poza tym, że zaistniały. Idea - pracą, wytrwałością, szczęśliwym zbiegiem okoliczności - stała się "rzeczą dokonaną".

Otwarte bramy. Wejdź, rozejrzyj się, popatrz. Kiedy idziesz, z każdym krokiem zmienia się punkt widzenia. Z każdym zakrętem otwiera się przed tobą nowa perspektywa. Mieni się przed tobą, jak w kalejdoskopie, coraz to nowy rysunek w przestrzeni - kapryśny i wyrazisty.

Nic nadzwyczajnego. Cud jednak stać się może, kiedy patrzysz i widzisz inaczej, na nowo. Tu kolorowy materiał bram trzepocze jak spódniczki tancerzy w korowodzie ognistego mazura. Tam stoją wzdłuż alejek parku szeregi milczących rycerzy. Podniesiesz głowę, a nad tobą baldachim trzepocze tak ładnie! I nagle ogarnia cię niespodziewana, głupiutka radość. Zagadasz spontanicznie do przygodnego przechodnia. Do ciebie ktoś coś powie. Dzieciaki się gonią, śmiejąc głośno. Tyle ludzi wokół, którzy zebrali się tylko po to, aby być w tym miejscu, w tym momencie. Jesteśmy na beztrosko pogodnej paradzie, bez celu i bez powodu. Żyć warto.

Oto prawdziwa magia tego sympatycznego wydarzenia: spacerując, patrząc uważniej, rozmawiając z innymi, nie jesteśmy pasywnymi odbiorcami dzieła Christa i Jeanne-Claude. Przywłaszczamy je sobie. Wpisujemy w pamięć jako nasze. To my sami jesteśmy głównym "hapenningiem" (Central Park, do 27 lutego).

***

Pogoda nam kaprysi. I choć takie jej późno-lutowo-marcowe prawo, przedłużające się zimowe powiewy niecierpliwią. Śnieg zamiast bawić, denerwuje. Lodowe liźnięcia wiatru na twarzy budzą protest. Do bardziej trwałych, prawdziwie wiosennych pieszczot przyroda wydaje się nie być jeszcze skłonna. Do tych radości, do których przyczyniają się Christo i Jeanne-Claude, dodam więc jeszcze parę innych. Potraktujmy dzisiejsze "Rytmy" jako przedwiosenną kampanię popierania lepszej pogody - pogody ducha, skoro nie mamy żadnego wpływu na tę wokół.

Bardzo ładnie wypadła inscenizacja Wesela Figara w Metropolitan Opera. Oprawa przygotowana przez Petera Davisona i Marka McCullougha wprawdzie nieco oślepia blaskiem bieli, pozostawia jednak wielką przestrzeń sceny wyjątkowo niezatłoczoną, bez zbędnych ornamentów i rekwizytów. Uwaga nasza w sposób naturalny skupia się na natchnionej muzyce Mozarta i śpiewie atrakcyjnego zespołu: Andrea Rost (Susanna) i John Relyea (Figaro) są młodzi, utalentowani, pełni wdzięku i entuzjazmu. Janice Watson jako Księżna ładnie łączy arystokratyczną wzniosłość z sugestią prostej ludzkiej kruchości. W świetnym kręgu tych solistów tym bardziej może się czuć dumny ze swych osiągnięć Mariusz Kwiecień, w pierwszej dużej roli na scenie Metropolitan. Polski tenor doskonale wypada w roli Księcia Almaviva. Oprócz dźwięcznego głosu o ciepłym tembrze posiada atut zgrabnej sylwetki i aktorskiego talentu. Dobrze prezentuje się na scenie, promieniejąc wręcz pozytywną energią kogoś, kto wielce cieszy się z okazji, że wreszcie może się pełniej popisać swoim kunsztem. Brawo, i do następnego! (Metropolitan Opera, 3 lutego).

A niedługo będzie okazja, by przyświadczyć drugiemu, obiecująco zapowiadającemu się debiutowi polskiej śpiewaczki o dźwięcznym nazwisku Walewska. Małgorzata Walewska zaśpiewa w Samsonie i Dalili po raz pierwszy 16 marca.

Dalsze sukcesy zdobywa też w Nowym Jorku młody artysta z Gdańska i Warszawy, Dominik Lejman. Po bardzo ciekawej instalacji wideo przygotowanej specjalnie dla Schneider Children's Hospital w New Hyde Park, na Long Island, Lejman wystawił swoje nowe prace składające się na serię "ME - counts: 0.3 sec" w Luxe Gallery na W. 57 Street. Wobec wyjątkowego zainteresowania kolekcjonerów i krytyków indywidualna wystawa artysty, która miała się zakończyć 17 lutego, nadal trwa. Warto obejrzeć jego eksperymenty, które łączą tradycyjną formę obrazu z nową technologią wideo, komponując wielowarstwowe, "ruchome malowidła ścienne".

A tuż obok kusi - tradycyjna w porównaniu, lecz bardzo poetycka i elegancka - czarno-biała fotografia francuskiego artysty Marcela Bovisa. "Light and Shadows" przywołuje zaułki Paryża, tajemnice uliczek oglądanych nocą, jasne cienie poranka (Patricia Laligant Gallery, 24 W. 57 Street).  


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail