PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 25 lutego 2005


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

Ponad dwieście lat temu trzy mocarstwa ościenne podzieliły się Polską jak ciepłym bochenkiem chleba. Dodam, nie żartując: na własne nasze życzenie. No, nie całkowicie, ale w dużej mierze. Lekceważyliśmy arcygroźne sygnały od dawna. Nie jestem historyczką i nie miejsce tu na naukowe rozważania. Ale porzekadło: "za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa" doskonale określa sytuację. Nie pomogło wznoszenie rąk i rozwiany włos księdza Piotra Skargi, nie pomogły przestrogi sporej garści doprawdy światłych obywateli - obudziliśmy się z ręką w nocniku. Konstytucja Trzeciego Maja przyszła za późno. Stało się, co się stało.

Nie danym nam było, tak jak kilku łebskim młodym Amerykanom, zamknąć się szczelnie w ciszy, bez zgiełku osób postronnych i dziennikarzy, i stworzyć to, co do dziś stanowi w USA wykładnię życia państwowego i obywatelskiego. Opatrzność - lub los, jak kto woli - obdarzyła powstającą Amerykę wyjątkowo zgraną, intelektualnie mocną i wizjonerską ekipą: ich wizja sięgała daleko poza własny nos. I sprawdziła się.

Myśmy takiego szczęścia nie mieli; zostaliśmy starci z mapy Europy. Podzielili się nami sąsiedzi.

Jest styczeń 2005 roku. "Za chwilę" wybory do parlamentu. Za chwilę rozpocznie się klasyczna gra wyborcza. Pretendenci wezmą się za łby. I oto chwacki dziennikarz, Bronisław Wildstein, udostępnia narodowi w internecie listę zasobów archiwalnych Instytutu Pamięci Narodowej, czyli idącą w setki tysięcy, a w bliskiej perspektywie nawet w miliony osób podejrzanych, winnych, skrzywdzonych, śledzonych i jeszcze nie wiadomo jakich. Wszyscy wymieszani do kupy. Listę prowadzoną od początku komuny, czyli liczącą sześćdziesiąt lat; trzymaną w zetlałych teczkach, w których szperają młodziutcy archiwiści w białych rękawiczkach i maseczkach na twarzy.

Szukałam określenia na tę wielką narodową zadymę. Jest! Rewolucja kulturalna!

Gdy lista poszła w Polskę, czyli w internet, czyli w świat, internauci wszystkich krajów dopisują tam swoich "ulubieńców" lub tak sobie, dla hecy, jakieś nazwiska (na jednej z krążących wersji znalazł się nawet G.W. Bush).

Społeczeństwo ogarnia szał. Lista staje się jedynym tematem. W rozmowach, telefonach, na spotkaniach, w nerwach, w rozterkach:

- Jesteś? Bo ja nie, nikt z mojej rodziny.

- Ja jestem, ale jako pokrzywdzony.

- Jestem pomyłkowo; Piotrów Piotrowskich jest kilkuset...

Stają w kolejce do lokali IPN-u, żeby wypełnić kwestionariusz o udostępnienie teczki. Jeżeliś niewinny (a doraźny "sąd" o niewinności wydaje ubek prowadzący), teczkę dostajesz, jeżeli nie - wara! Pozostaje otwarcie procesu sądowego, trwającego latami, nie licząc pieniędzy. Tylko dla bogatych!

Fotoreporter Dużego Formatu (ilustrowany dodatek do Gazety Wyborczej) podpisał sfotografowany wąż ludzi, stojących w karnym ogonku: "Ostatnia kolejka PRL-u". Jednakże, kto się dopchnie do ipeenowskich wrót, nie od razu dostanie "kawał schabu"; musi czekać kilka tygodni, miesięcy, a może lat...

Kolejka ludzi zgnębionych, zastraszonych, o biegających oczach. Drżącą ręką wypełniają kwestionariusze.

Zobaczyłam w telewizji prof. Jadwigę Staniszkis, zwykle pewną swoich sądów, autorytarną. Strzęp człowieka. Dowiedziawszy się, że jest na liście, doznała szoku: - Nie jestem osobą depresyjną, ale popadłam w depresję; przecież to śmierć cywilna - powiedziała i zaczęła się tłumaczyć jak dziecko.

Bogdan Borusewicz spotkał się na wizji z człowiekiem, który na niego donosił. Kolega-działacz, świetnie pracował w opozycji. W czasie konfrontacji wciąż padało pytanie: dlaczego?! - Z durnoty, Bogdan, z durnoty...

"Durnota" w tej sprawie, wielki temat dla psychologów społecznych.

Ten człowiek donosił tylko "śmiecie"; nie przyjął przydziału na dużego fiata ani mieszkania. Borusewicz był dla niego "guru", jak mówi. Dał synowi "Bogdan" na chrzcie. Chciał Borusewicza na chrzestnego: - Ale ojciec uparł się na Wałęsę...

Rozmowę kończy Borusewicz: - Idź i powiedz dzieciom.

Do dziennikarzy: - Przebaczać? Czy to ja Pan Bóg, żeby przebaczać?

Główny sprawca teczkowego szaleństwa, redaktor Bronisław Wildstein, człowiek wybitnie inteligentny (Robespierre też był!), powie o swoim donosicielu, Lesławie Maleszce: - Dla mnie nie istnieje. Skreślony.

Maleszka, który wyznał winy na łamach Gazety Wyborczej, gdzie pracował, został odsunięty od publicystyki, ale pracy nie postradał. Adiustuje teksty tych kolegów, którzy się na to zgodzili - w domu. W redakcji się nie pojawia.

Durnota ze strony redakcji? A może chrześcijańska postawa?

Kiedy Antoni Macierewicz, minister spraw wewnętrznych w rządzie Jana Olszewskiego (rok 1992), wkroczył do Sejmu w asyście pretorianów i oskarżył o współpracę z SB ludzi sprawujących wysokie funkcje publiczne, domagając się ich lustracji - tylko ich! - powstał krzyk i rząd Olszewskiego padł.

Wśród oskarżonych przez Macierewicza znalazł się szef jego ówczesnej partii, ZChN-u - prof. Wiesław Chrzanowski. Autor statutu Solidarności. Przedtem więziony osiem lat w stalinowskim więzieniu za Armię Krajową. Poddany sądowi lustracyjnemu, musiał się publicznie tłumaczyć, dlaczego ciągany przez funkcjonariusza SB spotykał się z nim w kawiarni, a nie, nie przykład, w domu: nie chciał zakłócać spokoju umierającej matki ani nieproszonym gościem, ani nawet wezwaniem z odpowiedniego urzędu.

Adam Michnik, wielokrotny więzień bezpieki, powiedział kiedyś, że cierpienia i zagrożenie jego pokolenia to bułka z masłem w porównaniu z tym, co robiono z ludźmi za stalinizmu. Trudno wymagać postawy Michnika od młodych śledczych IPN-u. Ale trochę wyobraźni, rozeznania i uczuć syntonicznych mogliby przejawiać. Nie mają. Przyświeca im temperament rewolucjonistów. A szkoda, bo zwłaszcza historycy parający się historią najnowszą powinni widzieć dalej.

Z nazwiskiem "Wiesław Chrzanowski" wiąże się incydent naszej rodziny. Młody Chrzanowski i mój kuzyn, Jędrek, walczyli w powstaniu warszawskim w tym samym oddziale ramię w ramię. Obiecali sobie, że ten, który przeżyje, zawiadomi najbliższych. To Wiesław zawiadomił ojca Jędrka o jego śmierci.

Profesor Leon Kieres, szef IPN-u, skarży się na brak funduszy; nie ma za co zatrudnić dodatkowych archiwistów, którzy uruchomiliby szybką ścieżkę działania. Premier Marek Belka dokłada mu więc dwa miliony złotych z rezerwy budżetowej. Żeby to szło szybciej, żeby karuzela teczkowa się kręciła.

Tymczasem ponad trzystamilionowa afera defraudantów FOZZ-u toczy się wartko kilkanaście lat - ku przedawnieniu.

W Starachowicach (pomnożonych przez wiele miast) "zaraza": pielęgniarki odstępują od łóżek chorego. Bo nie dostały pensji ani pieniędzy na najpotrzebniejsze leki i sprzęt. Minister zdrowia przysłał, ale komornik zabrał za zadłużenie szpitali.

Agendy Unii Europejskiej proponują nam fundusze na określone cele. Wymagają jedynie prawidłowo wykonanych businessplanów. Niestety to, co im przedstawiamy, jest nietrafne merytorycznie i napisane angielszczyzną nie dość, że niepoprawną, ale zmieniającą sens kontraktu. Co śmieszniejsze kawałki publikuje tamtejsza prasa. Tak np. z funduszy europejskich na remonty zabytków podwarszawska "dziura", ale mająca prężnego prezydenta, Żyrardów, dostała pieniądze na siedem przedstawionych projektów. Warszawa rządzona przez szykującego się na prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego przestawiła jeden projekt tak napisany, że z punktu został odrzucony. Moja synowa, amerykanistka, szlifuje zawodowy angielski swoich uczniów, urzędników. Twierdzi, że niektórzy, zwłaszcza ci młodsi, są naprawdę dobrze przygotowani. Cóż z tego, kiedy konkurs na przygotowanie kontraktu wykonuje nie fachowiec, ale koleś, żona, szwagroszczak...

Trafny system podatkowy, który stanowi podwalinę każdego państwa, u nas nie istnieje i brak widoków, żeby szybko zaistniał. Zupełnie inaczej niż w budzącej się do życia Ameryce. W czasie "wojny herbacianej" koloniści z Bostonu wrzucali przybyłe transporty herbaty do morza pod hasłem "no taxation without representation". Ekipa George'a Washingtona uogólniła hasło: nie będziemy płacić podatków bez posiadania własnej reprezentacji. De facto znaczyło to wypowiedzenie posłuszeństwa królowi Anglii...

Jeszcze drobny kwiatek z ostatniej chwili. Dostałam dzisiaj z ZUS-u list zawiadamiający mnie, iż wraz z 450 tysiącami uprawnionych otrzymałam wyrównanie dodatku kombatanckiego za lata 2003 i 2004 w sumie 3 zł i 12 gr. Poinformowano mnie, że na to wyrównanie złożyła się miesięcznie suma 11 gr plus odsetki karne, które ZUS skrupulatnie sobie doliczył. Na kopercie zawiadomienia naklejony był znaczek za 1,30 zł.

Przy tak dobrej koniunkturze ogólnej, jaką obecnie mamy - tracimy. I to tracimy głupio. Zamiast się zająć nadrabianiem i poprawiać, poprawiać, poprawiać; chwytać w garść ptaka, który sfruwa nam do rąk - odwracamy się od spraw priorytetowych, czyli gospodarczych, ku emocjonalnemu szaleństwu. Ku powszechnemu czyszczeniu tego, co władza zamiotła pod dywan - ulubione powiedzenie.

Poczytywałabym sobie za dyshonor domagać się, do jakiej grupy teczek mnie zakwalifikowano. Usłużny znajomy zjawił się nagle, domagając się najpierw czegoś na rozgrzewkę, bo zimno, a potem powiadamiając mnie, że mam nie jedną, ale dwie teczki.

W pierwszej chwili doznałam szoku. Jakby mnie kto cofnął do roku 1968 i powiedział: "Żydówka." Pamiętam, iż wówczas współczułam im, gdy opuszczali kraj, ale było to współczucie teoretyczne: wiedziałam, że dzieje się świństwo, ale nie na mojej skórze. A nawet, a nawet chwilami im zazdrościłam, że mogą wyrwać się na Zachód. Mnie akurat odmawiali paszportu.

Byłam w kłopocie, gdy mali jeszcze synowie pytali: - Jacy Żydzi, co za Żydzi? Przecież Żydów wymordował Hitler. - Słowo "Żyd" nie kojarzyło im się z nikim współczesnym. A tu nagle ten kolega wyjeżdża, tamten... Teraz doskonale rozumiem, co musieli czuć ludzie z paszportem, ale w jedną stronę.

Dwie teczki. Wyobrażam sobie! Od wczesnych lat pięćdziesiątych musiało się nazbierać. Bo w tym właśnie czasie porucznik bezpieki zabrał mnie z pracy do komisariatu. Siedział tam wyższy rangą funkcjonariusz. O nic nie pytali, ale grozili, podawali przykłady, co się stało z takimi, co zadawały się z kapitalistycznymi dyplomatami. Jednocześnie chcieli ze mnie zrobić złodziejkę...

Swoje barwne dzieje zostawiam na książkę dla "późnego wnuka". Podam jedynie umierającym z ciekawości, że mój młodszy syn nosi nazwisko angielskie, ma ponad czterdziestkę i został zakwalifikowany przez esbeka jako pokrzywdzony. Dobry pan.

Mam na sumieniu sporo win, ale z "teczkowego" zakresu - żadnej. Już by mnie nos Jerzego Turowicza, tak zwany dyszel, wywąchał. Pracowałam w "Tygodniku Powszechnym" pod jego panowaniem dwanaście lat.

A co tam na mój temat funkcjonariusze naskrobali, to już ich sprawa. Wcale nie chciałabym przeczytać, że jestem poszkodowana, bo mierzi mnie źródło informacji.

Kolejkowicze do biur IPN-u, opanujcie się! Przestańcie się ustawiać i pytać, czy nie jesteście wielbłądami. Dowiedźmy wreszcie swoją postawą, że jesteśmy demokracją.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail