EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Ponad
dwieście lat temu trzy mocarstwa ościenne podzieliły się Polską
jak ciepłym bochenkiem chleba. Dodam, nie żartując: na własne
nasze życzenie. No, nie całkowicie, ale w dużej mierze. Lekceważyliśmy
arcygroźne sygnały od dawna. Nie jestem historyczką i nie
miejsce tu na naukowe rozważania. Ale porzekadło: "za króla
Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa" doskonale określa sytuację.
Nie pomogło wznoszenie rąk i rozwiany włos księdza Piotra
Skargi, nie pomogły przestrogi sporej garści doprawdy światłych
obywateli - obudziliśmy się z ręką w nocniku. Konstytucja
Trzeciego Maja przyszła za późno. Stało się, co się stało.
Nie danym nam było, tak jak kilku łebskim młodym Amerykanom,
zamknąć się szczelnie w ciszy, bez zgiełku osób postronnych
i dziennikarzy, i stworzyć to, co do dziś stanowi w USA wykładnię
życia państwowego i obywatelskiego. Opatrzność - lub los,
jak kto woli - obdarzyła powstającą Amerykę wyjątkowo zgraną,
intelektualnie mocną i wizjonerską ekipą: ich wizja sięgała
daleko poza własny nos. I sprawdziła się.
Myśmy takiego szczęścia nie mieli; zostaliśmy starci z mapy
Europy. Podzielili się nami sąsiedzi.
Jest styczeń 2005 roku. "Za chwilę" wybory do parlamentu.
Za chwilę rozpocznie się klasyczna gra wyborcza. Pretendenci
wezmą się za łby. I oto chwacki dziennikarz, Bronisław Wildstein,
udostępnia narodowi w internecie listę zasobów archiwalnych
Instytutu Pamięci Narodowej, czyli idącą w setki tysięcy,
a w bliskiej perspektywie nawet w miliony osób podejrzanych,
winnych, skrzywdzonych, śledzonych i jeszcze nie wiadomo jakich.
Wszyscy wymieszani do kupy. Listę prowadzoną od początku komuny,
czyli liczącą sześćdziesiąt lat; trzymaną w zetlałych teczkach,
w których szperają młodziutcy archiwiści w białych rękawiczkach
i maseczkach na twarzy.
Szukałam określenia na tę wielką narodową zadymę. Jest! Rewolucja
kulturalna!
Gdy lista poszła w Polskę, czyli w internet, czyli w świat,
internauci wszystkich krajów dopisują tam swoich "ulubieńców"
lub tak sobie, dla hecy, jakieś nazwiska (na jednej z krążących
wersji znalazł się nawet G.W. Bush).
Społeczeństwo ogarnia szał. Lista staje się jedynym tematem.
W rozmowach, telefonach, na spotkaniach, w nerwach, w rozterkach:
- Jesteś? Bo ja nie, nikt z mojej rodziny.
- Ja jestem, ale jako pokrzywdzony.
- Jestem pomyłkowo; Piotrów Piotrowskich jest kilkuset...
Stają w kolejce do lokali IPN-u, żeby wypełnić kwestionariusz
o udostępnienie teczki. Jeżeliś niewinny (a doraźny "sąd"
o niewinności wydaje ubek prowadzący), teczkę dostajesz, jeżeli
nie - wara! Pozostaje otwarcie procesu sądowego, trwającego
latami, nie licząc pieniędzy. Tylko dla bogatych!
Fotoreporter Dużego Formatu (ilustrowany dodatek do
Gazety Wyborczej) podpisał sfotografowany wąż ludzi,
stojących w karnym ogonku: "Ostatnia kolejka PRL-u". Jednakże,
kto się dopchnie do ipeenowskich wrót, nie od razu dostanie
"kawał schabu"; musi czekać kilka tygodni, miesięcy, a może
lat...
Kolejka ludzi zgnębionych, zastraszonych, o biegających oczach.
Drżącą ręką wypełniają kwestionariusze.
Zobaczyłam w telewizji prof. Jadwigę Staniszkis, zwykle pewną
swoich sądów, autorytarną. Strzęp człowieka. Dowiedziawszy
się, że jest na liście, doznała szoku: - Nie jestem osobą
depresyjną, ale popadłam w depresję; przecież to śmierć cywilna
- powiedziała i zaczęła się tłumaczyć jak dziecko.
Bogdan Borusewicz spotkał się na wizji z człowiekiem, który
na niego donosił. Kolega-działacz, świetnie pracował w opozycji.
W czasie konfrontacji wciąż padało pytanie: dlaczego?! - Z
durnoty, Bogdan, z durnoty...
"Durnota" w tej sprawie, wielki temat dla psychologów społecznych.
Ten człowiek donosił tylko "śmiecie"; nie przyjął przydziału
na dużego fiata ani mieszkania. Borusewicz był dla niego "guru",
jak mówi. Dał synowi "Bogdan" na chrzcie. Chciał Borusewicza
na chrzestnego: - Ale ojciec uparł się na Wałęsę...
Rozmowę kończy Borusewicz: - Idź i powiedz dzieciom.
Do dziennikarzy: - Przebaczać? Czy to ja Pan Bóg, żeby przebaczać?
Główny sprawca teczkowego szaleństwa, redaktor Bronisław
Wildstein, człowiek wybitnie inteligentny (Robespierre też
był!), powie o swoim donosicielu, Lesławie Maleszce: - Dla
mnie nie istnieje. Skreślony.
Maleszka, który wyznał winy na łamach Gazety Wyborczej,
gdzie pracował, został odsunięty od publicystyki, ale pracy
nie postradał. Adiustuje teksty tych kolegów, którzy się na
to zgodzili - w domu. W redakcji się nie pojawia.
Durnota ze strony redakcji? A może chrześcijańska postawa?
Kiedy Antoni Macierewicz, minister spraw wewnętrznych w rządzie
Jana Olszewskiego (rok 1992), wkroczył do Sejmu w asyście
pretorianów i oskarżył o współpracę z SB ludzi sprawujących
wysokie funkcje publiczne, domagając się ich lustracji - tylko
ich! - powstał krzyk i rząd Olszewskiego padł.
Wśród oskarżonych przez Macierewicza znalazł się szef jego
ówczesnej partii, ZChN-u - prof. Wiesław Chrzanowski. Autor
statutu Solidarności. Przedtem więziony osiem lat w stalinowskim
więzieniu za Armię Krajową. Poddany sądowi lustracyjnemu,
musiał się publicznie tłumaczyć, dlaczego ciągany przez funkcjonariusza
SB spotykał się z nim w kawiarni, a nie, nie przykład, w domu:
nie chciał zakłócać spokoju umierającej matki ani nieproszonym
gościem, ani nawet wezwaniem z odpowiedniego urzędu.
Adam Michnik, wielokrotny więzień bezpieki, powiedział kiedyś,
że cierpienia i zagrożenie jego pokolenia to bułka z masłem
w porównaniu z tym, co robiono z ludźmi za stalinizmu. Trudno
wymagać postawy Michnika od młodych śledczych IPN-u. Ale trochę
wyobraźni, rozeznania i uczuć syntonicznych mogliby przejawiać.
Nie mają. Przyświeca im temperament rewolucjonistów. A szkoda,
bo zwłaszcza historycy parający się historią najnowszą powinni
widzieć dalej.
Z nazwiskiem "Wiesław Chrzanowski" wiąże się incydent naszej
rodziny. Młody Chrzanowski i mój kuzyn, Jędrek, walczyli w
powstaniu warszawskim w tym samym oddziale ramię w ramię.
Obiecali sobie, że ten, który przeżyje, zawiadomi najbliższych.
To Wiesław zawiadomił ojca Jędrka o jego śmierci.
Profesor Leon Kieres, szef IPN-u, skarży się na brak funduszy;
nie ma za co zatrudnić dodatkowych archiwistów, którzy uruchomiliby
szybką ścieżkę działania. Premier Marek Belka dokłada mu więc
dwa miliony złotych z rezerwy budżetowej. Żeby to szło szybciej,
żeby karuzela teczkowa się kręciła.
Tymczasem ponad trzystamilionowa afera defraudantów FOZZ-u
toczy się wartko kilkanaście lat - ku przedawnieniu.
W Starachowicach (pomnożonych przez wiele miast) "zaraza":
pielęgniarki odstępują od łóżek chorego. Bo nie dostały pensji
ani pieniędzy na najpotrzebniejsze leki i sprzęt. Minister
zdrowia przysłał, ale komornik zabrał za zadłużenie szpitali.
Agendy Unii Europejskiej proponują nam fundusze na określone
cele. Wymagają jedynie prawidłowo wykonanych businessplanów.
Niestety to, co im przedstawiamy, jest nietrafne merytorycznie
i napisane angielszczyzną nie dość, że niepoprawną, ale zmieniającą
sens kontraktu. Co śmieszniejsze kawałki publikuje tamtejsza
prasa. Tak np. z funduszy europejskich na remonty zabytków
podwarszawska "dziura", ale mająca prężnego prezydenta, Żyrardów,
dostała pieniądze na siedem przedstawionych projektów. Warszawa
rządzona przez szykującego się na prezydenta Polski Lecha
Kaczyńskiego przestawiła jeden projekt tak napisany, że z
punktu został odrzucony. Moja synowa, amerykanistka, szlifuje
zawodowy angielski swoich uczniów, urzędników. Twierdzi, że
niektórzy, zwłaszcza ci młodsi, są naprawdę dobrze przygotowani.
Cóż z tego, kiedy konkurs na przygotowanie kontraktu wykonuje
nie fachowiec, ale koleś, żona, szwagroszczak...
Trafny system podatkowy, który stanowi podwalinę każdego
państwa, u nas nie istnieje i brak widoków, żeby szybko zaistniał.
Zupełnie inaczej niż w budzącej się do życia Ameryce. W czasie
"wojny herbacianej" koloniści z Bostonu wrzucali przybyłe
transporty herbaty do morza pod hasłem "no taxation without
representation". Ekipa George'a Washingtona uogólniła hasło:
nie będziemy płacić podatków bez posiadania własnej reprezentacji.
De facto znaczyło to wypowiedzenie posłuszeństwa królowi Anglii...
Jeszcze drobny kwiatek z ostatniej chwili. Dostałam dzisiaj
z ZUS-u list zawiadamiający mnie, iż wraz z 450 tysiącami
uprawnionych otrzymałam wyrównanie dodatku kombatanckiego
za lata 2003 i 2004 w sumie 3 zł i 12 gr. Poinformowano mnie,
że na to wyrównanie złożyła się miesięcznie suma 11 gr plus
odsetki karne, które ZUS skrupulatnie sobie doliczył. Na kopercie
zawiadomienia naklejony był znaczek za 1,30 zł.
Przy tak dobrej koniunkturze ogólnej, jaką obecnie mamy -
tracimy. I to tracimy głupio. Zamiast się zająć nadrabianiem
i poprawiać, poprawiać, poprawiać; chwytać w garść ptaka,
który sfruwa nam do rąk - odwracamy się od spraw priorytetowych,
czyli gospodarczych, ku emocjonalnemu szaleństwu. Ku powszechnemu
czyszczeniu tego, co władza zamiotła pod dywan - ulubione
powiedzenie.
Poczytywałabym sobie za dyshonor domagać się, do jakiej grupy
teczek mnie zakwalifikowano. Usłużny znajomy zjawił się nagle,
domagając się najpierw czegoś na rozgrzewkę, bo zimno, a potem
powiadamiając mnie, że mam nie jedną, ale dwie teczki.
W pierwszej chwili doznałam szoku. Jakby mnie kto cofnął
do roku 1968 i powiedział: "Żydówka." Pamiętam, iż wówczas
współczułam im, gdy opuszczali kraj, ale było to współczucie
teoretyczne: wiedziałam, że dzieje się świństwo, ale nie na
mojej skórze. A nawet, a nawet chwilami im zazdrościłam, że
mogą wyrwać się na Zachód. Mnie akurat odmawiali paszportu.
Byłam w kłopocie, gdy mali jeszcze synowie pytali: - Jacy
Żydzi, co za Żydzi? Przecież Żydów wymordował Hitler. - Słowo
"Żyd" nie kojarzyło im się z nikim współczesnym. A tu nagle
ten kolega wyjeżdża, tamten... Teraz doskonale rozumiem, co
musieli czuć ludzie z paszportem, ale w jedną stronę.
Dwie teczki. Wyobrażam sobie! Od wczesnych lat pięćdziesiątych
musiało się nazbierać. Bo w tym właśnie czasie porucznik bezpieki
zabrał mnie z pracy do komisariatu. Siedział tam wyższy rangą
funkcjonariusz. O nic nie pytali, ale grozili, podawali przykłady,
co się stało z takimi, co zadawały się z kapitalistycznymi
dyplomatami. Jednocześnie chcieli ze mnie zrobić złodziejkę...
Swoje barwne dzieje zostawiam na książkę dla "późnego wnuka".
Podam jedynie umierającym z ciekawości, że mój młodszy syn
nosi nazwisko angielskie, ma ponad czterdziestkę i został
zakwalifikowany przez esbeka jako pokrzywdzony. Dobry pan.
Mam na sumieniu sporo win, ale z "teczkowego" zakresu - żadnej.
Już by mnie nos Jerzego Turowicza, tak zwany dyszel, wywąchał.
Pracowałam w "Tygodniku Powszechnym" pod jego panowaniem dwanaście
lat.
A co tam na mój temat funkcjonariusze naskrobali, to już
ich sprawa. Wcale nie chciałabym przeczytać, że jestem poszkodowana,
bo mierzi mnie źródło informacji.
Kolejkowicze do biur IPN-u, opanujcie się! Przestańcie się
ustawiać i pytać, czy nie jesteście wielbłądami. Dowiedźmy
wreszcie swoją postawą, że jesteśmy demokracją.
|