PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 18 lutego 2005


GRAŻYNA DRABIK

Przystanek Warszawa

Schodzimy ostro w dół, przez chmury - jedna warstwa, druga, następna... Płytka fala oklasków, kiedy siadamy dość ostro na ziemi.

W samolocie było tłoczno, ani jedno miejsce nie świeciło pusto. Teraz z kolei tłocznie wysypujemy się do holu, do sprawdzania dokumentów. Otuleni w zimowe palta, otumanieni zmęczeniem, stoimy potulnie i cicho. Tylko dwie panie, znajome, które się niespodziewanie spotkały, perorują z entuzjazmem, ta niższa strategicznie zajmując miejsce w jednej kolejce, ta wyższa w drugiej. Właściwie tylko jedna mówi bez przerwy, postawna brunetka, podając słowa ponad naszymi głowami donośnie i kategorycznie: "Musimy się umówić... Zaraz zadzwonię... Załatw jak najszybciej samochód"... Elegancki, nonszalancko modny płaszcz obwieszcza, że jego pani ani mrozu się nie obawia, ani niepowodzeń. Zauważyłam ją już w samolocie, siedziała nieopodal, obserwowałam z zazdrością, a trochę z niechęcią jej sprawną zaradność: kozaczki pod fotel, maseczka na oczy, koc na kolana, poduszeczka pod głowę, ledwośmy wystartowali, już spała spokojnie, ignorując gwar i ruch wokół. Podróż jako nieco tylko niedogodny przerywnik między jednym dobrze zorganizowanym dniem a drugim. Wczoraj w Nowym Jorku, jutro w Warszawie.

Młode twarze oficerów w paszportowych okienkach. Rytuał powtarzany mechanicznie, bez słowa: osoba po drugiej stronie ogląda uważnie a obojętnie mój paszport, stuka w klawisze klawiatury, rzuca okiem na ekran komputera, przyciska jakiś guzik, bramka cicho brzęczy, przechodzę...

Jestem w kraju. Właśnie tak myślę: w kraju, jakby to był jeden jedyny kraj na świecie. W drodze powrotnej powiem sobie inaczej: jestem w Nowym Jorku.

*

Lotnisko szare. Samochody szare. Niebo nade mną szare. Wokół mnie też niedługo robi się szaro. W pochmurny dzień o 3 po południu zaczyna się ściemniać. Wita mnie marcowa rozmiękłość. Ciepełko powiewa po wierzchu, chłodek kryje się po kątach. W radiu mówią, że łąki śpieszą się do rozkwitania, ptaki nadlatują z północy. Zakwitło wilcze łyko, prymulka, kalina, choć powinny czekać jeszcze ze dwa miesiące.

Na Powązkach, jak zawsze, zaskakuje mnie mały zachwyt. Ten cmentarz jest piękny o każdej porze roku. Nawet bez magii śniegu, pozostaje miejscem magicznym. Wyrazisty rysunek ciemnych, bezlistnych konarów. Akcenty głębokiej zieleni świerków. Przyjazny żywym ogród zmarłych. I tyle tu życia: płomień zniczy, niepoważne Święte Mikołaje, wianki z jemiołą, maleńkie choinki ze złotymi bombkami, bukiety kwiatów. Ładne, nieładne, patetyczne, ale ślady obecności. Znaki harmonijnego współistnienia.

Idziemy z mamą alejkami jak na spacer. Na wizytę do cioci, do babci. Złożymy wianuszek. Wyślemy sygnał świetlny. Sroka skacze przed nami po ścieżce, bez pośpiechu, pociesznie. Przypomina nam, jak bardzo tatuś lubił sroki, cieszyły go ich czarno-białe piórka, zadziorne nawoływania.

*

Kiedy po paru dniach pochmurności rozbłyśnie słońce, dzień od razu wydaje się dłuższy. Przydaje mi się ten oddech niebieskości. Bowiem przewalają się przeze mnie, wokół mnie, ku mnie, skomplikowane, wielorozdziałowe opowieści o nieszczęściach i chorobach. Samych nieszczęściach i chorobach. Tak się ludzie rozwodzą, tak ze szczegółami zdają raporty z każdego etapu niedomagań i zmartwień, że mało czasu na inne tematy. W dyskursie publicznym dominuje korupcja polityków, w prywatnym - korupcja ciała.

Protestuję, że przecież bez sensu zażarcie narzekać, pochylać się nad niuansami kłopotów. Ludzie patrzą na mnie jak na wariata, pytają z ironią: To w Ameryce już nie chorujecie? To u was tam już tak dobrze, że nie macie powodów do zmartwień? Tłumacząc, że nie chodzi o fakty, lecz narzekającą postawę, tylko dolewam oliwy do ognia. Pouczają mnie chętnie: przynajmniej my mówimy szczerze, co nam dolega, nie jak wy, tam, co uśmiechacie się i powtarzacie puste formułki, że wszystko niby w porządku, wszystko ok.

*

Oto moje miasto rodzinne. Miasto podwójne, radykalnie przecięte na "było" i na "jest". Miasto z cegły, płyty, szkła i codziennego rytmu, oraz miasto-cień. To zapisane w historii i legendzie, w sercach starych warszawiaków nie istnieje. Nie istnieje konkretnie i absolutnie. Nie ma ulic, którymi kiedyś chodzono. Nie ma kawiarni, gdzie flirtowano i kłócono się z pasją. Szkół, które ukończono. Kościołów, gdzie odbywały się śluby. Jeśli są, to odbudowane, z innej cegły i z innego kamienia. Nie ma synagog, gdzie się modlono. Nie ma całej Warszawy przedwojennej. Twarz tamtego miasta-widma majaczy tylko ze starych zdjęć i opowieści. Rozbija się w drobny mak wspomnień. Wydaje się, że jego najwyrazistsze odbicie pojawia się na starym cmentarzu.

Warszawa dzisiejsza jest łapczywa, głodna wszystkiego, co nowe. Zachłystuje się względnym dostępem do względnych dóbr. Prze pełną parą w konsumpcję. Wiele więc z nowego jest dokładnie takie samo jak stare tutaj, w shopping mallach i supermarketach amerykańskich przedmieść. Wielopiętrowe handlowe "galerie" w Warszawie też są ogromne i przepełnione. Kapią od błyskotek i zbytku. Kuszą wyszukanymi nazwami. Butiki licytują się o uwagę z McDonaldami i salami gier. Syndrom Las Vegas powtarza się w miniaturze, karykaturalnie.

W podziemnym przejściu przy Dworcu Gdańskim młoda dziewczyna pyta mnie, jak ma dotrzeć do Arkadii? Przez moment nie chwytam, o co jej chodzi. Kiedy odgaduję, że szuka najnowszego w Warszawie, modnego kompleksu handlowego, kusi, by dać dobrą radę: do Arkadii droga tylko na skrzydłach wyobraźni, na skrzydłach. Informuję jednak prozaicznie: w tę samą stronę, co na cmentarz. Proszę szukać tablicy "Powązki".

*

Konsumeryzm jest tak żarłoczny, że w zaślepieniu nie rozpoznaje własnego obrazu, już nie mówiąc o tym, że nie uznaje słów krytycznych. Nie widziałam, bo wobec licznych protestów rozebrano ją wcześniej, lecz słyszałam sporo uwag o bożonarodzeniowej szopce u św. Anny. Kiedyś podobne emocje wzbudzały instalacje o mocnej wymowie politycznej. W tym roku, zamiast stajenki, kudłatych baranków, wzruszających krówek, w tym światłym akademickim kościele przy pl. Zamkowym przedstawiono wyrazistą atrapę supernowoczesnego sklepu. Półki zapełniał ponętny towar. Ludzie-manekiny tłoczyli się zapatrzeni w natłok rzeczy. Jezus leżał porzucony przy przeszklonych drzwiach, pod jarzeniowym światłem.

Odwiedzający, a nadal jest obyczaj, że chodzi się rodzinnie "po szopkach", podobno oburzali się, że "nawet w kościele księża teraz budują sklep". Interpretowali gorzki obraz jako niewłaściwą demonstrację przeciw handlowi w niedzielę. Narzekali, że "jak można szopkę zrobić w ogóle bez Jezusa". Nie tylko ci tłoczący się w sklepie nie zauważali dzieciątka na podłodze.

*

Nowe też łagodniej pączkuje w niespodziewanych miejscach i na bardziej ludzką skalę. Niewielkie kawiarnie w zacisznych zakątkach Mokotowa stają się ważnymi punktami odniesienia. Sympatyczne miejsca, jak Czuły Barbarzyńca czy Jadłodajnia Filozoficzna przy ul. Dobrej, stanowią świetną bazę dla poetyckich i muzycznych spotkań. Ludzie teatru zaczynają dołączać do frontu działań malarzy i muzyków na Pradze. W kompleksie kulturalnym Fabryka Trzciny przy ul. Otwockiej odbyła się premiera Szklanej kolekcji (według Szklanej menażerii Tennessee Williamsa), pierwsze przedstawienie Teatru Nowego w nowej siedzibie.

Przy okazji każdej wizyty muszę się odnajdować w zmieniającym się nieustannie miejskim krajobrazie. Zjawiają się i znikają sklepy, knajpki, kluby. Stare i nowe splata się w coraz to innych konfiguracjach. Nie ma kawiarni Europejskiej. To znaczy jest, tylko nazywa się Lavazza. Nie ma Zielonej Budki. Jest, tylko nie zielona. Bristol podupada, sparaliżowany sprzecznymi prawnymi roszczeniami. Harenda się rozwija. Wiele z dawnych sklepów - księgarnie, apteki, warzywniaki - nadal odnajduję w tych samych miejscach. Pod nowym zarządem, w nowym wystroju, ale trwają na stanowisku. Centrum zagęszcza się wysoką budową. Powiśle ślicznieje. Puławska się odmładza. Podwarszawskie, kiedyś często podławe ćwierćmiasteczka, odradzają się jako nowe adresy na całkiem szykownych przedmieściach.

Sympatycznie absurdalna palma na rondzie przy Al. Jerozolimskich stoi nadal, lecz bez liści, smętny kikut swego dawnego, dumnego bytu. Władze miejskie i artystka zwarły się w sporze o koszty reparacji.

Z trudem odczytuję wiele reklam. Nieciekawe graficznie, brzydkie plansze Media Markt, firm ubezpieczeniowych, Business Centre Club, zagranicznych firm kosmetycznych i elektronicznych zagarnęły przestrzeń stacji metra i ogromne płaszczyzny budynków w centrum. Nawołują nie wiadomo do kogo: "Prawdziwe raty 0% - Nie dla idiotów!", "Podziel się sukcesem!". Jak kotwice swojskiego stoją na ulicach dawne słupy ogłoszeń, gęste od nakładających się warstw plakatów - filmów, Filharmonii Warszawskiej, Opery, scen teatralnych.

*

Uderza żywotność teatru. Warszawiacy narzekają, że teatr upada, że brutalna i głupia komercja wdziera się i w tę redutę "wysokiej kultury", ale ja nie zdążam się nacieszyć wszystkimi możliwymi dobrymi przedstawieniami. Póki teatr pulsuje żywo, społeczeństwo myśli.

Nie udało mi się zobaczyć słynnego, sześciogodzinnego przedstawienia Krystiana Lupy, ale łapię niewiele krótsze, imponująco zwarte i fascynujące Błądzenie według tekstów Gombrowicza w Sali przy Wierzbowej Teatru Narodowego. Powinnam właściwie powiedzieć: "Odnajdowanie" Jerzego Jarockiego. Pięknie bowiem, cierpliwie i z uwagą, Jarocki składa tutaj skomplikowany rodzaj portretu-w-ruchu pisarza, który filozoficznie i egzystencjalnie wymykał się próbom zamknięcia w sztywne ramy opisu. Sprawdza tu się wspaniale stara gwardia artystów, jak scenograf Andrzej Witkowski i kompozytor Stanisław Rydwan, doskonale zgrany zespół złożony z aktorów bardziej doświadczonego pokolenia i ich młodszych kolegów. Wyśmienita jest Ewa Wiśniewska, Małgorzata Kożuchowska, Łukasz Lewandowski. Świetnie grają Jan Englert, Jacek Jarosz, Mariusz Bonaszewski, Dorota Landowska. Nadzwyczaj ambitne przedsięwzięcie, doskonale spełnione.

W Teatrze Studio zaskoczyła mnie z kolei mocna wymowa tanecznego widowiska Bal Pod Orłem Zbigniewa Brzozy. Nie jestem pewna, czego się spodziewałam. Spodobał mi się opis, że jest to "śmieszna i straszna historia PRL-u, opowiedziana tańcem i piosenką na wzór włoskiego Balu Etore Scoli". Straszna na pewno, bo podszyta autentyczną grozą. Do śmiechu tu niewiele, a i ten zamiera ci szybko w piersi. Żadnych nostalgicznych igraszek. Żadnych ulgowych taryf. Ballady Jana Krzysztofa Kelusa i Jacka Kleyffa, słowa Jacka Tarkowskiego do ludowej melodii, fragmenty przedstawienia Przecena dla wszystkich Teatru Ósmego Dnia budują obraz PRL-u brutalnie ostry i przejmujący. Czujesz smak rozlanej krwi i krzywdy ludzkiej, patos wspólnego ubóstwa, okrucieństwo nadziei przeciętej brutalnym ciosem stanu wojennego. świetnie sprawdzają się młodzi aktorzy w trudnych tanecznych rolach, z Marią Peszek na czele. Trudne przedstawienie, imponujące w wykonaniu, zaskakujące w pełnej goryczy wizji.

Zaskoczyło mnie także Wesele w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego w Narodowym - wizualnie piękne, nadzwyczaj czytelne, świetnie zagrane przez doborowy zespół. Cieszą kreacje Jerzego Radziwiłowicza, Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Anny Chodakowskiej. Cieszy entuzjazm Wojciecha Malajkata i Ewy Konstancji Bułhak, ironiczne igraszki Poety Zbigniewa Zamachowskiego. Dech zapiera aktorsko-muzyczny popis Marii Wieczorek. Ale to Wyspiański pozostaje główną gwiazdą wieczoru. Dawno nie brzmiało mi z żadnej sceny tak dobitnie i dźwięcznie poetyckie słowo. Tęsknie i proroczo. Tekst sprzed stu lat, sprzed paru wojen, rewolucji, przewrotów, z całkiem innego świata, a brzmi jakby mówiony prosto do mnie, dla mnie, na dziś. Jak w malignie i na przejrzystej jawie. Przedstawienie zbija cię z nóg - chcesz tańczyć na tym weselu i chcesz z niego jak najdalej uciec. Kolorowy korowód żywych i duchów, majaków i obietnic, zabaw, kłótni i upojeń trwa. Chochoł gra.

*

W dzień odlotu budzi mnie przed świtem szczekanie psów. Głośne hamowanie autobusu. Szum miotły na chodniku. Pada śnieg. Skrzypi łagodnie pod stopą. Jest ślicznie, zimowo. Żegna mnie miasto w bieli. Nowy Jork wita marcowo rozmyty, lekkie mgły, przelotne deszcze, przelotne słońce.

W drugą sobotę lutego, z dachu Metropolitan Museum, oglądam, jak powoli rozwijają się w Central Parku szafranowe Bramy Christo i Jeanne-Claude. Linie proste i zakręty, ostre wolty i łagodne łuki składają się w ideogramy tajemniczego rysunku. Rytm w górę i w dół, zwielokrotniony, nakładający się na siebie. Bramy znikąd donikąd. Bramy na zewnątrz. Bramy w głąb. Labirynt czasu.

12 stycznia - 13 lutego 2005


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail