PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 lutego 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Jak nie urok, to teczka

Wyjechałem z kraju cuchnącego aferami z nadzieją na zaczerpnięcie haustu czystego, kanadyjskiego powietrza. Na lotnisku w Toronto rodzina i przyjaciele powitali mnie pytaniem: "A gdzie twoje teczki?". Myślałem, że wieloletni emigranci zapomnieli polszczyzny w gębusiach i walizki pomylili z teczkami. Ale nie. Oni żartowali. Na moje szczęście.

W domu zamiast do kolacji posadzili mnie przed komputerem i kazali szukać wspólnych znajomych. Po śniadaniu rytuał się powtórzył. Myślę, że już do końca pobytu nie dostanę nic do zjedzenia, zanim najpierw nie wyszukam kolejnego tajnego współpracownika lub pełnego agenta, by następnie dokonać w notesie odpowiedniego skreślenia.

Przy kilku nazwiskach miałem uzasadnione wątpliwości co do prawdziwości wpisu na listę Instytutu Paranoi Narodowej - jak powinna się obecnie zwać zacna instytucja niemniej zacnego profesora Kieresa - ale rozwiał mi je starszy syn. - Tato - powiedział - lepiej zamazać zawczasu, bo przy rewizji na Okęciu możesz mieć nieprzyjemności. A młodszy dodał: - Właśnie, jak się wytłumaczysz, że tych facetów znałeś jako porządnych ludzi? Teraz w Polsce każdy podejrzany.

Żona wystąpiła z wnioskiem o pozostanie na tej naszej kochanej emigrozie, bo już lepsza emigroza z tysiącem (lub tysiącami) ubeków niż rzeczywistość polska z milionem (lub milionami) agentów i donosicieli. - A co zrobisz, jak cię wezmą i dopiszą? - zakończyła przemawianie do mojego rozsądku. Pomyślałem, że miałem jednak szczęście wyjeżdżając z Polski właśnie teraz, gdy ruszyła tam narodowa nagonka na rzeczywistych i domniemanych kapusiów. Przecież brak nazwiska na liście IPN jeszcze nie zwalnia od obywatelskiego obowiązku wzięcia udziału w polowaniu. Zawsze brzydziłem się donosami, a teraz musiałbym złożyć jakiś dziennikarski donos na donosicieli, rzucić w kogoś kamieniem, by samemu nie oberwać i nie zostać posądzonym o bycie donosicielem ukrytym. Nie wiedziałem, co robić - wracać czy zostać?

Zadzwoniłem do Polski i moje wątpliwości rozwiała koleżanka radiowa. - Wracaj. Jak zostaniesz, pomyślą, że uciekłeś. Nikt już nie pamięta, że wyjechałeś 20 lat temu, zostawiając ojczyźnie ludowej cały swój dobytek, z nadzieją, że się nim - i sumą innych dobytków i dorobków - udławi. Co też ojczyzna ludowa, ku naszej uciesze, uczyniła. A teraz odbija się to nam wszystkim czkawką doktora Wildsteina, który zaaplikował chorym na głowę środek wykrztuśny, a chorym na serce olej rycynowy - perorowała.

- Kiedyś były taczki, teraz są teczki, Polska, jak była, tak jest Polską, tak już mamy i nic na to nie poradzimy - postawił kropkę nad "i" kolega z dziennika. Miał rację: podejrzliwość jest cechą narodową Polaków i doktor Wildstein wiedział, co nam rzucić na stół - bynajmniej nie okrągły, a prosektoryjny. Rok rozpoczął się od styczniowej, ogólnoświatowej dyskusji na temat "polskich obozów koncentracyjnych", która niczego nie wyjaśniła niczego niewiedzącym o historii milionom na Zachodzie, a jedynie utrwaliła w "zbiorowej podświadomości" tak zażarcie przez nas zwalczany stereotyp pojęciowy. Teraz jest luty i razem ze spóźnioną zimą mamy mrożące krew w żyłach rewelacje potwierdzające starą tezę polonofobów, że naród nasz wydał o wiele więcej łotrów niż bohaterów. Jak każdy inny zresztą.

Rzecz w tym, że zło jest i było zawsze, jak ludzkość ludzkością, bardziej atrakcyjne i kuszące od dobra. Nie jestem etykiem, nie będę się rozwodził nad meandrami ludzkiego skundlenia, podam tylko jeden przykład, z polonijnego podwórka zresztą. Przed kilkoma laty popełniłem felieton o polonijnym donosicielu. Opisałem mechanizm skundlenia. Teraz, przed śniadaniem, otwieram niesławną listę Wildsteina i czytam nazwisko mego bohatera, opatrzone dwoma wpisami, każdy poprzedzony jednym zerem, co oznacza oficera bezpieki (dwa zera to "tylko" kapuś). Sięgam więc po stary wycinek sprzed lat i czytam.

Wszystko się zgadza. Klasyczny denuncjator, prowokator, szuja, jakich mało. Wsadzony w Polonię jak kij w mrowisko. Ubecki rozbijacz polonijnych instytucji, piszący donosy do polskich i kanadyjskich władz, kłamca i oszczerca, przyłapany wielokrotnie na gorącym uczynku. Nasłany, podobnie jak kilku jego, znanych nam z nazwiska, kolegów (i koleżanek) w jednym, jedynym celu: by Polonię osłabiać jej własną bronią, podsycając polskie, polonijne piekiełko kolejnymi prowokacjami, donosami, rozpętywaniem kolejnych a licznych afer, ciąganiem porządnych ludzi po sądach i gazetowych łamach.

Czy mam satysfakcję z "trafienia"? Znikomą. Kapuś nazywany jest w środowisku "szują" od lat, ma jednak swych wyznawców i wielbicieli, noszących jak najbardziej zacne nazwiska. Są to ludzie porządni, a przez to łatwowierni, którym nawet do głowy nie przyjdzie posądzić swe bożyszcze o posiadanie drugiej twarzy, ba - kilkunastu masek, na każdą okazję. Co zatem lepsze - wskazać palcem kapusia, niszcząc dobre samopoczucie setce jego wyznawców, czy nie otwierać tej teczki Pandory?

Pan Wildstein ma swoje racje, ja mam swoje. On uważa, że lepiej poświęcić setkę niewinnych, niewinnie posądzonych, by znaleźć jednego winnego, ja uważam na odwrót: spokój stu porządnych ludzi wart jest znacznie więcej niż niepokój, zresztą bez większych konsekwencji, jednego świntucha. Lekcja polskiej niekonsekwencji już dawno mnie nauczyła, że podobnie jak ze wszystkimi poprzednimi aferami, prawdziwi winni i tak ujdą karze, a niszczyć się będzie maluczkich i biedniutkich, których nie stać na dobrego adwokata i wytoczenie sprawy IPN-owi i Wildsteinowi.

Te sprawy już zresztą ruszają w Warszawie. Poczekajmy jeszcze chwilę, co się stanie, gdy do tych 60 kilometrów teczek warszawskich i mazowieckich dojdą następne setki kilometrów teczek z reszty kraju? Tyle kilometrów autostrad w wolnej Polsce nie zbudowano na pewno. Co zatem powstanie na tej papierowej ściółce, niebędącej bynajmniej styropianem, a zabazgraną ubeckimi raportami rzeką stęchłych papierów?

Powstanie nowa polska wojna domowa - wojna papierowa: na oskarżenia, podejrzenia, wskazania i skazania. Posypią się wióry z fundamentów z takim trudem budowanej zgody narodowej, zamiast jakiejś formy współdziałania na kolejne lata polskie charaktery zapełni nowa kategoria nieufności rodaka do rodaka: podejrzliwość teczkowa. Jakby wcześniej nikt tego nie wiedział, że każdy, kto w Polsce cokolwiek robił na publicznej niwie, miał swoją teczkę, zapełnianą z dużą dozą dowolności przez prawdziwych sprawców naszych nieszczęść: różnych Kiszczaków, Jaruzelskich czy Urbanów. Tych nazwisk, oczywiście, na tych listach nie ma...

Pisząc powyższe, pakuję swe teczki pełne emigracyjnych papierów i dokumentów, mając cichą nadzieję na łagodne potraktowanie mnie na lotnisku w Warszawie: przyjadę nie z jedną, ale z dwudziestoma teczkami - każda na jeden rok pobytu na naszej kochanej i humanitarnej emigrozie.

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail