Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Jak nie urok, to teczka
Wyjechałem z kraju cuchnącego aferami z nadzieją na zaczerpnięcie
haustu czystego, kanadyjskiego powietrza. Na lotnisku w Toronto
rodzina i przyjaciele powitali mnie pytaniem: "A gdzie twoje
teczki?". Myślałem, że wieloletni emigranci zapomnieli polszczyzny
w gębusiach i walizki pomylili z teczkami. Ale nie. Oni żartowali.
Na moje szczęście.
W domu zamiast do kolacji posadzili mnie przed komputerem
i kazali szukać wspólnych znajomych. Po śniadaniu rytuał się
powtórzył. Myślę, że już do końca pobytu nie dostanę nic do
zjedzenia, zanim najpierw nie wyszukam kolejnego tajnego współpracownika
lub pełnego agenta, by następnie dokonać w notesie odpowiedniego
skreślenia.
Przy kilku nazwiskach miałem uzasadnione wątpliwości co do
prawdziwości wpisu na listę Instytutu Paranoi Narodowej -
jak powinna się obecnie zwać zacna instytucja niemniej zacnego
profesora Kieresa - ale rozwiał mi je starszy syn. - Tato
- powiedział - lepiej zamazać zawczasu, bo przy rewizji na
Okęciu możesz mieć nieprzyjemności. A młodszy dodał: - Właśnie,
jak się wytłumaczysz, że tych facetów znałeś jako porządnych
ludzi? Teraz w Polsce każdy podejrzany.
Żona wystąpiła z wnioskiem o pozostanie na tej naszej kochanej
emigrozie, bo już lepsza emigroza z tysiącem (lub tysiącami)
ubeków niż rzeczywistość polska z milionem (lub milionami)
agentów i donosicieli. - A co zrobisz, jak cię wezmą i dopiszą?
- zakończyła przemawianie do mojego rozsądku. Pomyślałem,
że miałem jednak szczęście wyjeżdżając z Polski właśnie teraz,
gdy ruszyła tam narodowa nagonka na rzeczywistych i domniemanych
kapusiów. Przecież brak nazwiska na liście IPN jeszcze nie
zwalnia od obywatelskiego obowiązku wzięcia udziału w polowaniu.
Zawsze brzydziłem się donosami, a teraz musiałbym złożyć jakiś
dziennikarski donos na donosicieli, rzucić w kogoś kamieniem,
by samemu nie oberwać i nie zostać posądzonym o bycie donosicielem
ukrytym. Nie wiedziałem, co robić - wracać czy zostać?
Zadzwoniłem do Polski i moje wątpliwości rozwiała koleżanka
radiowa. - Wracaj. Jak zostaniesz, pomyślą, że uciekłeś. Nikt
już nie pamięta, że wyjechałeś 20 lat temu, zostawiając ojczyźnie
ludowej cały swój dobytek, z nadzieją, że się nim - i sumą
innych dobytków i dorobków - udławi. Co też ojczyzna ludowa,
ku naszej uciesze, uczyniła. A teraz odbija się to nam wszystkim
czkawką doktora Wildsteina, który zaaplikował chorym na głowę
środek wykrztuśny, a chorym na serce olej rycynowy - perorowała.
- Kiedyś były taczki, teraz są teczki, Polska, jak była,
tak jest Polską, tak już mamy i nic na to nie poradzimy -
postawił kropkę nad "i" kolega z dziennika. Miał rację: podejrzliwość
jest cechą narodową Polaków i doktor Wildstein wiedział, co
nam rzucić na stół - bynajmniej nie okrągły, a prosektoryjny.
Rok rozpoczął się od styczniowej, ogólnoświatowej dyskusji
na temat "polskich obozów koncentracyjnych", która niczego
nie wyjaśniła niczego niewiedzącym o historii milionom na
Zachodzie, a jedynie utrwaliła w "zbiorowej podświadomości"
tak zażarcie przez nas zwalczany stereotyp pojęciowy. Teraz
jest luty i razem ze spóźnioną zimą mamy mrożące krew w żyłach
rewelacje potwierdzające starą tezę polonofobów, że naród
nasz wydał o wiele więcej łotrów niż bohaterów. Jak każdy
inny zresztą.
Rzecz w tym, że zło jest i było zawsze, jak ludzkość ludzkością,
bardziej atrakcyjne i kuszące od dobra. Nie jestem etykiem,
nie będę się rozwodził nad meandrami ludzkiego skundlenia,
podam tylko jeden przykład, z polonijnego podwórka zresztą.
Przed kilkoma laty popełniłem felieton o polonijnym donosicielu.
Opisałem mechanizm skundlenia. Teraz, przed śniadaniem, otwieram
niesławną listę Wildsteina i czytam nazwisko mego bohatera,
opatrzone dwoma wpisami, każdy poprzedzony jednym zerem, co
oznacza oficera bezpieki (dwa zera to "tylko" kapuś). Sięgam
więc po stary wycinek sprzed lat i czytam.
Wszystko się zgadza. Klasyczny denuncjator, prowokator, szuja,
jakich mało. Wsadzony w Polonię jak kij w mrowisko. Ubecki
rozbijacz polonijnych instytucji, piszący donosy do polskich
i kanadyjskich władz, kłamca i oszczerca, przyłapany wielokrotnie
na gorącym uczynku. Nasłany, podobnie jak kilku jego, znanych
nam z nazwiska, kolegów (i koleżanek) w jednym, jedynym celu:
by Polonię osłabiać jej własną bronią, podsycając polskie,
polonijne piekiełko kolejnymi prowokacjami, donosami, rozpętywaniem
kolejnych a licznych afer, ciąganiem porządnych ludzi po sądach
i gazetowych łamach.
Czy mam satysfakcję z "trafienia"? Znikomą. Kapuś nazywany
jest w środowisku "szują" od lat, ma jednak swych wyznawców
i wielbicieli, noszących jak najbardziej zacne nazwiska. Są
to ludzie porządni, a przez to łatwowierni, którym nawet do
głowy nie przyjdzie posądzić swe bożyszcze o posiadanie drugiej
twarzy, ba - kilkunastu masek, na każdą okazję. Co zatem lepsze
- wskazać palcem kapusia, niszcząc dobre samopoczucie setce
jego wyznawców, czy nie otwierać tej teczki Pandory?
Pan Wildstein ma swoje racje, ja mam swoje. On uważa, że
lepiej poświęcić setkę niewinnych, niewinnie posądzonych,
by znaleźć jednego winnego, ja uważam na odwrót: spokój stu
porządnych ludzi wart jest znacznie więcej niż niepokój, zresztą
bez większych konsekwencji, jednego świntucha. Lekcja polskiej
niekonsekwencji już dawno mnie nauczyła, że podobnie jak ze
wszystkimi poprzednimi aferami, prawdziwi winni i tak ujdą
karze, a niszczyć się będzie maluczkich i biedniutkich, których
nie stać na dobrego adwokata i wytoczenie sprawy IPN-owi i
Wildsteinowi.
Te sprawy już zresztą ruszają w Warszawie. Poczekajmy jeszcze
chwilę, co się stanie, gdy do tych 60 kilometrów teczek warszawskich
i mazowieckich dojdą następne setki kilometrów teczek z reszty
kraju? Tyle kilometrów autostrad w wolnej Polsce nie zbudowano
na pewno. Co zatem powstanie na tej papierowej ściółce, niebędącej
bynajmniej styropianem, a zabazgraną ubeckimi raportami rzeką
stęchłych papierów?
Powstanie nowa polska wojna domowa - wojna papierowa: na
oskarżenia, podejrzenia, wskazania i skazania. Posypią się
wióry z fundamentów z takim trudem budowanej zgody narodowej,
zamiast jakiejś formy współdziałania na kolejne lata polskie
charaktery zapełni nowa kategoria nieufności rodaka do rodaka:
podejrzliwość teczkowa. Jakby wcześniej nikt tego nie wiedział,
że każdy, kto w Polsce cokolwiek robił na publicznej niwie,
miał swoją teczkę, zapełnianą z dużą dozą dowolności przez
prawdziwych sprawców naszych nieszczęść: różnych Kiszczaków,
Jaruzelskich czy Urbanów. Tych nazwisk, oczywiście, na tych
listach nie ma...
Pisząc powyższe, pakuję swe teczki pełne emigracyjnych papierów
i dokumentów, mając cichą nadzieję na łagodne potraktowanie
mnie na lotnisku w Warszawie: przyjadę nie z jedną, ale z
dwudziestoma teczkami - każda na jeden rok pobytu na naszej
kochanej i humanitarnej emigrozie.
|
|