PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 lutego 2005


CZESŁAW KARKOWSKI

Nowojorska kronika
(sztuki plastyczne)

Głównym obiektem budzącym zainteresowanie na wspaniałej wystawie w Metropolitan Museum jest mało znany, by nie powiedzieć: właściwie w ogóle nieznany malarz włoskiego renesansu o zakonnym imieniu Fra Carnevale. Przez wieki wiadomo było o nim tylko tyle, co wspomniał o nim mimochodem Vasari w Żywotach najsławniejszych malarzy... Czyli prawie nic.

Jego dzieła ceniono, ale ponieważ stwarzały kłopot historykom sztuki i interpretatorom, przeto właściwie ani on, ani jego sztuka nie stały się przedmiotem osobnych studiów.

Mamy niezwykłą okazję, aby się przekonać, dlaczego. Na przepięknej ekspozycji pt. "From Filippo Lippi to Pierro della Francesca: Fra Carnevale and the Making of a Renaissance Master" zgromadzono ponad 50 obrazów. Właściwie same arcydzieła mistrzów włoskiego (florenckiego) renesansu, poczynając od Filippo Lippiego. W jego to bowiem warsztacie terminowało wielu wspaniałych malarzy, naśladujących poczynania mistrza, ale i szybko zaznaczających własną indywidualność. Na przykład Mistrz Protovecchio - anonimowy malarz o bardzo specyficznym stylu, malujący religijne sceny (na takie głównie istniało wówczas zapotrzebowanie) na czarnym tle; postaci jakby wyłaniały się z ciemności, blaskiem własnej świętości rozświetlając mrok.

Domenico Venziano, kolejny wielki artysta i postać, o której niewiele wiadomo, reprezentowany jest na wystawie między innymi bardzo interesującym, niewielkim obrazem pt. Miracle of Saint Zenobius, przedstawiający znaną (w tamtych czasach) z żywotów świętych scenę cudownego przywrócenia do życia chłopca, którego przejechał wóz. Przejmujący charakter tego dzieła bierze się nie tyle może z wyjątkowo ekspresyjnie przedstawionej postaci zrozpaczonej matki, klęczącej nad zabitym, co z perspektywy ulicy - widoku na opustoszałe, widmowe białe domy.

Bardzo piękne są otwierające wystawę obrazy Filippo Lippiego, zwłaszcza radziłbym zwrócić uwagę na maleńką Pietę przedstawiającą na tle skalistego krajobrazu Chrystusa na krzyżu i dwie kobiety; jedna, Maria, zwrócona grubo ciosaną twarzą zrozpaczonej chłopki ku widzowi; druga, Maria Magdalena, pogrążona w głębokim smutku.

Natomiast nie wymaga rekomendacji jego Madonna z Dzieciątkiem, której nie sposób nie zauważyć zarówno z uwagi na piękno młodej Marii o złotych włosach, jak i ze względu na oszczędny sposób przedstawienia całości.

Dzieł o identycznej tematyce znaleźć można na wystawie więcej (tak jak i wiele scen zwiastowania), ale na pewno wręcz szokujące opracowanie tego tematu znajdziemy u bohatera tej wystawy, Fra Carnevale. Jego Madonna z Dzieciątkiem przedstawia ciężką, nieforemną postać Marii z dzieckiem w zupełnie świeckiej scenerii domu mieszczańskiego Florencji - w otoczeniu aniołów, z chłopska wyglądających pachołków i chłopców ze służby.

Wreszcie dochodzimy do dwóch najbardziej fascynujących obrazów, stanowiących jakby punkt ciężkości całej ekspozycji. Są to Narodziny Panny oraz Przedstawienie Panny w świątyni Fra Carnevale. Tytuły dzieł stanowiących niegdyś kompozycyjną całość są umowne. Praktycznie nie wiadomo, co one przedstawiają, i ów niedocieczony charakter obu obrazów (jeden znajduje się w Bostonie, drugi - w Nowym Jorku) sprzyjał najfantastyczniejszym spekulacjom.

Niezależnie od tego, jak długo byśmy się im przyglądali, nie uda nam się odszukać motywu przewodniego malowidła, anegdoty, jakiegoś wątku kompozycyjnego, wokół którego rozwija się sens całego obrazowego przedstawienia. Może faktycznie tematem obu obrazów jest po prostu architektura; na wyrafinowane wnętrze i część zewnętrzną budynków, wspaniałe kolumnady, efektowne ujęcia perspektywiczne hal i korytarzy zwracano uwagę od dawna. Namalowane na obu obrazach postaci chodzą, zbierają się w grupki, zajmują się codziennymi czynnościami bez wyraźnego wspólnego celu. Artysta jakby chciał przedstawić wspaniałą architekturę, a ludzie, z ich przypadkowymi zachowaniami, znaleźli się jako konieczny ornament dla dopełnienia wizerunku gmachów użyteczności publicznej.

*

Druga wspaniała wystawa w Metropolitan Museum gromadzi ponad sto rysunków Petera Paula Rubensa sprowadzonych z około czterdziestu kolekcji. Jest to nie tylko wyjątkowa okazja (za naszego życia może się już nie powtórzyć) obejrzenia grafik jednego z największych artystów w dziejach sztuki zachodniej, ale jeszcze na dodatek obcowania ze sztuką tworzoną ręką samego twórcy.

Rubens należał do najbardziej wziętych mistrzów swojej epoki. Jego wielka pracownia w Antwerpii była swoistą "fabryką" obrazów zamawianych przez klientów z całej niemal Europy. Klientów bogatych - począwszy od koronowanych głów. Aby sprostać zamówieniom, artysta nie miał czasu na malowanie swych dzieł, zwykle wielkich rozmiarami. Przedstawiał tedy projekt, a detale wykańczali jego liczni pomocnicy. Kiedy więc oglądamy bujne, barokowe olejne obrazy Rubensa, to mamy niemal pewność, iż sam ich nie malował, a tylko wyszły z jego firmy malarskiej.

Natomiast mamy pewność, że szkice, rysunki, grafiki są własnoręcznym dziełem flamandzkiego mistrza. Szkic do obrazu stanowił niezmiernie ważny element "procesu produkcji". To był punkt wyjścia inicjowany przez samego mistrza. Następnie opracowywał konkretne rozwiązania szczegółów.

Rubens wymyślał, pracował w sferze idei, był twórcą par excellence, rzucał pomysły, proponował szczegółowe rozwiązania. Szkicował projekty starannie, niekiedy z największymi detalami; czasami pospiesznie, jakby tylko rzucając ogólny zamysł. W obu przypadkach jednak widać rękę mistrza, który za pomocą paru kresek, zręcznych linii, paru kropek stwarzał postaci, sceny, całe światy.

Rubens nie był jedynym malarzem, który pracował z pomocnikami. Była to zasadniczo powszechna praktyka, on tylko posunął ów podział pracy do skrajności. Ale utrzymywał się na rynku, zdobywał lukratywne zamówienia, pokonywał konkurencję. Klienci w dziele sztuki cenili przede wszystkim pomysł, a plastyczną wyobraźnię Rubens miał ogromną, inwencję - niewyczerpaną. Dlatego też owe szkice należały do najbardziej strzeżonych tajemnic zawodowych. W nich bowiem tkwił sekret sukcesu rynkowego. Malarz nigdy ich nie ujawniał, nigdy nie pokazywał, nigdy też nie zgodziłby się na wystawę taką, jaką obecnie możemy obejrzeć w nowojorskim muzeum.

Jest to dodatkowa okoliczność, dla której warto zwiedzić tę ekspozycję prac najbardziej osobistych, w pełni własnych.

Szkicował głównie sceny biblijne, tematy z historii antycznej, portrety wielkich, ważnych osobistości, które stać było na kupno swej podobizny ręką Rubensa wykonanej. Specjalizował się, jak wszyscy wiemy, w malarstwie monumentalnym - nawet z portretowanych postaci tchnie siła (osobista) i potęga (władzy), z działań - ruch, dynamizm. Ale świetny był w detalach, kiedy na przykład musiał naszkicować postać jednej z wielu mało ważnych osób na obrazie: widać, jak dbał o wiarygodność, o realizm przedstawienia - aby każdy ruch ręki, poza, wysunięta noga sugerowały zgodność z anatomią i prawami ruchu.

Wystawa ułożona jest chronologicznie. Widać z niej, iż pod koniec życia Rubens coraz mniej uwagi poświęcał szczegółom, zwracając baczniejszą uwagę na kompozycję całości projektu; coraz bardziej też stronił od typowej dla siebie, "heroicznej" tematyki, coraz częściej zwracając się ku malarstwu rodzajowemu. Zaczynają się pojawiać krowy, pejzaż, chata wiejska, motywy nieważne, codzienne.

Wystawa będzie czynna do początku kwietnia.

*

Losy dwóch amerykańskich artystów polskiego pochodzenia, Richarda Anuszkiewicza i Juliana Stańczaka, przypadek łączy nieustannie. Obaj są z Cleveland (choć pierwszy urodził się w USA, drugi zaś - w Polsce i do Ameryki dotarł z ZSRR przez Bliski Wschód i Afrykę). Obaj studiowali w tym samym czasie na wydziale sztuki Uniwersytetu Yale i obaj zaczęli rozwijać podobne zainteresowania artystyczne. Stali się wybitnymi przedstawicielami nowego w latach 60. ub. wieku kierunku op-art. Ich prace wisiały obok siebie na ważnej w tamtych czasach (1965 r.) wystawie "Responsive Eye", zorganizowanej przez Museum of Modern Art.

I choć op-art należy już jako kierunek w sztuce do przeszłości, a obaj artyści poszli swoją drogą poszukiwań twórczych, przypadek znów ich zetknął. Niemal równocześnie w dwóch nowojorskich galeriach prezentowane są ich dzieła.

David Findlay Jr. Fine Art Gallery (41 E 57 St., Manhattan) wystawia około dziesięciu dawnych obrazów Anuszkiewicza. Pięknych, niesłychanie kolorowych, choć artysta zasadniczo używa skąpej palety. Są to najczęściej dwu-trzykolorowe geometryczne abstrakcje o precyzyjnych kolorowych liniach, cienkich i równych jak z rysunku technicznego, z przestrzenią między nimi wypełnioną barwnymi pasemkami.

Gotowe dzieło mieni się i lśni, migocze i stwarza nieustanną iluzję ruchu, ciągłego pulsowania: przechodzenia jednych barw w drugie, złudzenia przemiany geometrycznych figur na płótnie, przesuwania się planów.

Malarstwo Anuszkiewicza, głębokie studium koloru, wyraża zarazem swoistą deklarację filozoficzną, zgodnie z którą dzieło sztuki malarskiej powstaje i istnieje w oczach odbiorcy. Dopiero w ten sposób staje się w sposób pełny. I artysta demonstruje to poprzez swoje obrazy. Kiedy jego geometryczny rysunek zaczyna nam mienić się kształtem i barwami , kiedy zaczynamy dostrzegać coraz wyraźniejszy ruch na płaszczyźnie, kiedy obraz zaczyna pulsować i drgać, przekonujemy się, że to my, odbiorcy stwarzamy dzieło, dopiero w kontakcie z nami obraz nabiera życia.

Ale Anuszkiewiczowi nie chodzi przecież o stwarzanie iluzji, o sztuczki techniczne i zabawę z odbiorcą. Jego sztuka dotyczy funkcjonowania zmysłu wzroku bez udziału i towarzyszenia umysłu, który - gdyby dopowiedzieć intencje twórcy - w malarstwie stanowi dodatkowy balast. Malarstwo, zgodnie z tą koncepcją, dokonuje się na powierzchni obrazu i w zmyśle wzroku odbiorcy. Gdy te dwa elementy wchodzą ze sobą w kontakt, stwarzają nową rzeczywistość ruchu i światła: usytuowane obok siebie pasma barwne rozświetlają się, w migotaniu lśnią. Sztuka Anuszkiewicza pokazuje, że nasz zmysł wzroku nie jest biernym aparatem rejestrującym dane, ale twórczym mechanizmem, jeśli tylko odpowiednio pobudzić go do funkcjonowania. Wówczas zaciera się granica między tym, co "obiektywne" (obraz) i "subiektywne" (odbiorca); tak powstaje właśnie dzieło malarskie par excellence jako swoisty twór pośredni.

Nie chciałbym skrzywdzić Stańczaka, znakomitego artystę, którego także dziesięć prac wystawia Stefan Stux Gallery (530 W. 25 St.), ale powyższe uwagi odnoszą się w dużej mierze także do jego twórczości. Jest to sztuka odrębna, świadcząca o fascynacji wewnętrznym światłem obrazu w zależności od usytuowania kolorów obok siebie, przechodzących jeden w drugi, roztapiających się jakby w sobie, ale zasadniczo Stańczak kieruje się w stronę tych samych poszukiwań twórczych co Anuszkieiwcz.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail