GRAŻYNA DRABIK
Jednoaktówki Sławomira Mrożka w Nowym Jorku
Lis
bardziej ludzki
Kochamy
Mrożka. Kochamy Mrożka za to, że pozwalał nam się kiedyś śmiać
z sytuacji bardziej strasznej niż śmiesznej. Obnażał idiotyzmy
i absurdy systemu komunistycznego. Dzięki Mrożkowi i razem
z nim mogliśmy się cieszyć, że przechytrzamy władzę, a więc
czynimy ją mniej groźną, skuteczną i wszechwładną. Czyż jego
zjadliwe satyry nie były, mimo czujności cenzury, z sukcesem
grane w teatrach PRL-u? Nawet kiedy ich autor już dawno mieszkał
za granicą, a wyśmiewane władze tylko udawały, że o tym nie
wiedzą?
Młodsi, którzy nie pamiętają wyzwalającej mocy śmiechu w
latach 60. czy 70. ub. wieku, mogą Mrożka kochać bezpiecznym
światłem odbitym choćby za to, że w krótkiej i zabawnej formie
potrafił powiedzieć tak wiele o tamtych czasach. Nadal doceniamy
go przede wszystkim jako wyjątkowo bystrego obserwatora wypaczonej
rzeczywistości i mądrego prześmiewcę.
Amerykanie z kolei wcale nie kochają Mrożka. Nie kochają,
bo po pierwsze, prawie go w ogóle nie znają, szczególnie jako
dramaturga. A po drugie, czując się bezpiecznie dalecy od
problematyki i doświadczeń systemu totalitarnego sądzą, że
nie mają powodu zbyt interesować się tym pisarzem. W przeciwieństwie
do Niemiec, Szwajcarii, Skandynawii czy Francji, gdzie jego
sztuki wpisały się już do współczesnego kanonu, Mrożek rzadko
jest obecny na scenach amerykańskich teatrów.
Nic dziwnego więc, że czuło się pewną konsternację w czasie
przedstawienia Serenade & Philosopher Fox w przytulnej
salce Collective Unconscious na dole miasta. Niby wszyscy
się dobrze bawili, ale też jakby nie całkiem pewni, czy powinni
się tak dobrze bawić. Starsza gwardia polonijna nie bardzo
wiedziała, jak się ustosunkować do mało znanych jednoaktówek
z Lisem w roli głównej, gdzie więcej psychologii niż mowy
o władzy i politycznym zniewoleniu. Amerykanów zaś konfundowała
sama forma alegorii, podejrzanie tradycyjna jak na nowatorskiego
pisarza. Niektórych denerwowały stereotypowe role przypisane
postaciom kobiecym. Inni niewygodnie się czuli z Biskupem
na scenie - znowu Kościół pod pręgierzem? I czyż w ogóle nie
za mało tu do śmiechu?
Cenna to konfuzja. Amerykański brak zainteresowania Mrożkiem
jest równie błędny jak polski upór, by go nadal widzieć zamrożonego
w kategorii społecznego satyryka. Większa część jego utworów
powstała poza "polską kolebką", na świadomie wybranym wygnaniu.
Mrożek wyjechał z Polski w 1963 r. Za granicą pozostał z górą
30 lat, bezdomny lub też dom sobie znajdując w wielu miejscach
- we Włoszech, Paryżu, Berlinie, na ranczu La Epifania w Meksyku.
Cały czas pisał, głównie dramaty, czyli wierny pozostając
formie, której dopełnienie jest zależne od innych artystów
i od życzliwej widowni.
Kochać Mrożka dzisiaj to strata czasu. To poddać się wacie
nostalgii, która wcale nie służy dobrze ani jemu, ani nam.
To negacja ponad trzech dekad jego różnych doświadczeń. Lepiej
posłuchajmy go uważnie. Pokłóćmy się o Mrożka. Niech nam będzie
z nim niewygodnie.
Inscenizacja dwóch jednoaktówek, inteligentnie przygotowana
przez Paula Bargetto i jego stałych współpracowników: Oanę
Botez-Ban, Troya Lavallee i Amiel Melnick, pozwala lepiej
poznać Mrożka-filozofa. Jest przy tym świetną okazją, by zaprosić
amerykańskich przyjaciół czy wziąć nasze zamerykanizowane
dzieci na wspólnie spędzony, interesujący wieczór. Ich odbiór
może być zupełnie inny od naszego, rozmowa więc szczególnie
ciekawa.
Proszę się nie spodziewać hucznego śmiechu. Śmiech tutaj,
owszem, nawet głośny, lecz nie bezkarny, z podtekstem goryczy.
W Serenadzie złośliwy wobec zawiłości psychologicznych
uzależnień, zwłaszcza w sprawach męsko-damskich. W Lisie
filozofie - podszyty grozą. Ogólna wizja, po beckettowsku
ciemna raczej niż zabawna.
*
Serenada jest rozpisana na kilka głosów: w kurniku
panoszy się pewny swego Kogut. Współzawodniczą o jego uwagę
trzy kwoki: Blond, Bruna i Ruda. Status quo zachwieje obecność
przybysza. Lis jawi się najpierw w półciemności jako tajemniczy
grajek - w tekście na wiolonczeli, w przedstawieniu na syntetyzatorze.
Rzecz o niebezpiecznych pokusach zaczyna się więc od muzyki
jako wabika. Za chwilę jednak Lis muzyki nie będzie potrzebować.
Obietnica uczucia, potrzeba widzenia siebie jako osoby wyjątkowej,
próżność, zazdrość, ciekawość - ech, lis musi tylko się zjawić,
a powody, by iść ku niemu, wbrew świadomości śmiertelnego
zagrożenia, zawsze się znajdą. Koniec z góry jest nam znany,
do przewidzenia w ogólnych zarysach, tylko w szczegółach zaskakujący.
Bardziej dwuznaczny w wymowie jest Lis filozof. Długi
monolog udramatycznia fakt, że swoje słowa Lis kieruje do
Biskupa. Jest to jednak "dialog", w którym jedna strona nie
wypowie ani słowa. Biskupa określają szumne szaty, dostojny
bezruch i całkowite milczenie.
Lis gotów jest oddać trzymanego w worku Koguta w zamian za
błogosławieństwo oficjalnego na rozbój przyzwolenia. Szuka
usprawiedliwień dla swego brutalnego działania. Korzy się
i prosi. A w ogóle chciałby zrozumieć. Skoro alegoryczny lis
reprezentuje nie tylko ślepą siłę, lecz także inteligencję,
zgodnie ze swą względnie rozumną naturą, szuka odpowiedzi
na pytania: "Dlaczego ginę? Dlaczego zabijam?". Chciałby sobie
do siły instynktu i potrzeb dorobić odpowiednią ideologię.
Chciałby z Biskupem ubić interes, z korzyścią - jak kusi -
dla obu. Pozycja Biskupa wzmocni się przez przykład nowego
męczennika. Lis otrzyma etyczne przyzwolenie na to, co i tak
pragnie i musi robić.
Rzeczywistość jednak zmienia się ponad wszelkie wyobrażenia.
Biskup okazuje się kobietą. W milczeniu wyciąga pierś i karmi
dziecko. Lis próbuje się jeszcze dostosować. Jeszcze woła,
że można "po nowemu, ale niejako po staremu. Tak jest! nowe
po staremu, czyli stare po nowemu"... Nic z tego, Lisie! Tradycyjny
autorytet nie odpowiada, głuchy na twoje wołania i pokusy.
Biskupa nie ma. Nowe jest niezrozumiałe. Kobieta odchodzi,
odwraca się plecami do pytającego. Pochyla się uważnie nad
dzieckiem w wózku.
*
Nie mogę tak entuzjastycznie pochwalić tego ciekawego przedstawienia,
jakbym chciała. Dwa mam zastrzeżenia w odniesieniu do aktorów.
W Serenadzie cały zespół jest sprawny (wyróżnia się
Heather Benton jako Brunette i Radosław Kaim, gościnnie sprowadzony
z Krakowa, w roli Red) i dobrze zgrany, prowadzony przez reżysera
precyzyjnie, jak muzyczny kwintet. Dosłowny jednak styl gry
aktorów nadaje alegorycznej przypowieści zbyt realistyczny
ton.
W Lisie filozofie wyraźnie utalentowany, młody Troy
Lavallee przekonująco oddaje buńczuczność Lisa, intensywność
jego nalegań i chytrość argumentów. Nie wydobywa jednak podtekstu
desperacji, który nadaje ciekawsze znaczenie monologowi. A
może to tylko niepełne jeszcze przystosowanie się aktora do
intymnej sali, która wymaga bardziej zróżnicowanego, subtelniejszego
wykonania. Premiera sztuki odbyła się przecież na szerokim,
plenerowym forum Festiwalu Malta w Poznaniu. Później zaś East
River Commedia, jak nazywa się zespół prowadzony przez Paula
Bargetto, występował na wolnym powietrzu w Central Parku.
Scenografia, malowniczo przygotowana przez Mimi Lien, prezentuje
się atrakcyjnie. W jednym zasadniczym punkcie jednak rozmija
się z intencją autora. Mrożek znany jest ze swoich dokładnych,
szczegółowych didaskaliów. Słychać w tych uwagach jego głos
jako doświadczonego narratora opowiadań. Nie są to tylko pedantyczne
wskazówki inscenizacyjne, lecz często klucz kształtujący znaczenie
tekstu podawanego ze sceny.
W Serenadzie głównym elementem dekoracji jest imponująca
konstrukcja. W sali Collective Unconscious (wieczór Mrożka
inauguruje pierwszą stałą siedzibę tej ciekawej grupy) nie
sposób było wybudować dwupiętrowego kurnika na wysokich słupkach,
ze stromą drabiną zamiast schodów, jak żądał autor. W drobiazgowym
opisie Mrożka chodziło jednak o to, by wyraziście uwidocznić,
że mieszkańcy kurnika są bezpieczni przed lisimi zakusami,
póki sami dobrowolnie nie wyjdą i nie poddadzą się jego pokusom.
Zjedzeni więc zostają niejako świadomie i za własną zgodą.
Są w równej mierze ofiarami żarłocznej natury drapieżnika,
jak swoich słabości.
Mimi Lien musiała podporządkować się wymaganiom ograniczonej
przestrzeni. Słupków nie ma. Wyższego piętra, gdzie króluje
Kogut, też. Kurnik zbiedniał do jednopiętrowego, z gankiem
obronnie otoczonym siatką. W porządku. Mieszkańcy pozostają
niedostępni, aż sami lisowi się nie oddadzą. Lien więc bardzo
udanie rozwiązała praktyczny problem, zachowując jednocześnie
metaforyczny przekaz.
Zabrakło tu jednak innego elementu scenografii, szczególnie
ważnego dla wymowy całości: "Scena - prawie śmietnik. Strzępy
starych gazet, skórki pomarańczy, puszki po konserwach. W
głębi, nieco po lewej, bezlistne drzewo"... Ten opis powtarza
się w każdej z czterech jednoaktówek "lisiego cyklu".
Otóż to. Znajdujemy się wymownie na śmietniku cywilizacji.
Nie specyficznie polskim śmietniku - w wydaniu sowieckiej
peryferii czy jako wschodnioeuropejskie poboczo-przedmurze.
Jesteśmy w kręgu cywilizacji nieprecyzyjnie, lecz wyraziście
zwanej europejską, chrześcijańską czy też judeochrześcijańską.
Przypisujemy tej względnie trwałej cywilizacji pewną kulturową
ciągłość rozpoznawalnych pojęć i wartości. Kształt "dzisiaj"
widzimy w szerszych ramach dwóch mileniów, szczególnie zaś
jako uformowany przez osiągnięcia i konflikty oświecenia.
Mrożek wybiera Lisa Przecherę na głównego bohatera swych
przypowieści. Oto Lis - swojski bohater z bajek Krasickiego,
z La Fontaine'a, z Goethego. Lis wywodzący się z dużo wcześniejszego,
średniowiecznego Le roman de Renart, którego z kolei
korzenie sięgają jeszcze dalej, do bajek Ezopa...
Niby więc ciągłość i spadkobierstwo. Ale przypatrzcie się
dzisiejszemu Lisowi, mówi dalej Mrożek. Z jednej strony, o
ileż on mniej sympatyczny i bardziej prymitywny. Przecież
Lis-Renart uznanie zdobył, bo obnażał głupotę i przechytrzał
silniejszych od siebie. Przechera kpił sobie w żywe oczy z
chełpliwego i drapieżnego Kruka. A jakich przeciwników wyprowadza
w pole - dobitniej mówiąc, zjada żywcem - Lis dzisiejszy?
Domowe kury? Napuszone koguty, co fruwać nie potrafią? Gdzie
w tej grze ryzyko? Gdzie przeciwnicy godni jego inteligencji?
I w ogóle, w imię czego, poza własnym, partykularnym interesem?
Z drugiej strony, o ileż Lis dzisiejszy biedniejszy jest
i słabszy. A w ostatecznym rachunku, żałośnie przegrany. Jego
bankructwo zaznacza się już w Lisie filozofie. Sprytny
cwaniak zredukowany zostaje do petenta, do pozycji proszącego
bez sensu i bez rezultatu. Przy tym zakończenie Lisa filozofa
pozostawia jeszcze jakąś dwuznaczną nadzieję czy choćby wątpliwość.
Może to tylko biskupie szaty zostały porzucone, a odpowiedzi
trzeba szukać gdzie indziej? Może na pytanie "dlaczego?" nikt
ci odpowiedzi dać nie może i sam ją sobie musisz za każdym
razem wypracować? Może instynkt opiekuńczo-zachowawczy - gest
karmienia dziecka, troskliwe pochylenie się nad nowym życiem
- zawiera w sobie choć ziarenko odrodzenia.
Bicie dzwonu: za późno - za późno - za późno... donośniej
rozlega się w dwóch pozostałych jednoaktówkach "lisiego" cyklu.
W Lisie aspirancie przysłuchujemy się innemu monologowi
Lisa: prośbie zwróconej do małpy kataryniarza. Lis jeszcze
w coś wierzy - w ewolucję i postęp. Wierzy, że małpa stoi
wyżej od niego, a człowiek zajmuje w hierarchii miejsce ponad
małpą. Lis pragnie stać się bardziej ludzki. Namawia małpę,
by mu wyjawiła swe sekrety, by pomogła spełnić jego serca
gorące pragnienie: "Ja chcę zostać człowiekiem!".
Kur zapieje jednak po raz trzeci i światło poranka oświetli
taką samą scenę jak w Lisie filozofie: "Na ziemi strzępy
gazet, puste butelki i puszki po konserwach"... Na drzewie
ogołoconym z liści zobaczymy dyndające nogi. Kataryniarz się
powiesił.
Bezlistne drzewo okaże się ostatnią redutą naszego antybohatera.
W Polowaniu na lisa osamotniony do ostateczności, ostatni
ze "zwierzyny łownej" nie walczy już o nic i w nic nie wierzy.
Stara się tylko przeżyć. Uchronić przed powszechnym polowaniem,
przed anonimowym stadem ogarów i wilków. Zginie jednak nieuchronnie,
tak jak wcześniej nieuchronnie panował nad silniejszymi od
siebie, a później nieuchronnie wykorzystywał słabszych. Na
nic mu się zda, że bystrzejszy i bardziej sprytny, że widzi
więcej i rozpoznaje słabości każdego. Zginie głupio, prawie
przypadkiem, zastrzelony przez Paralityka na inwalidzkim wózku.
W kulisach wyje głodne stado wilków.
Ostatnie jego poniżenie. Oto niepokonany Chytrus, Cwaniak,
niestrudzony Polujący przemienił się w polowanego. Z aktywnego
gracza - w pionka, którym grają.
Dosłownie, bo przecież jesteśmy w teatrze. Lisa gra aktor.
Przenośnie, bo cóż się stało ze sprytnym bohaterem przypowieści?!
Gdzie jego bystra inteligencja, odwaga i buńczuczność? Ileż
za to samozakłamania i iluzji, czyli cech, które jako istota
bardziej rozumna u mniej świadomych wcześniej obnażał!
Na postmodernistycznym, współczesnym "śmietniku cywilizacji"
cóż pozostało z naszych dawnych baśni?
-----------------------
Sławomir Mrożek, Serenade i Philosopher
Fox w tłumaczeniu Jacka Laskowskiego. Reżyseria: Paul
Bargetto, scenografia: Mimi Lien, kostiumy: Oana Botez-Ban,
oświetlenie: Allen Willner, muzyka i dźwięk: Lucian Ban, dramaturg:
Amiel Melnick. Występują: Heather Benton (Brunette), Michelle
Guthrie (Blonde), Radosław Kaim (Red i Cock), Troy Lavallee
(Fox) oraz Ray Wasik (Rooster i Bishop). Premiera 4 lutego,
przedstawienia do 27 lutego, Collective Unconscious, 279 Church
St., Tribeca, dolny Manhattan.
Występy w Collective Unconscious odbywają się
dzięki inicjatywie i wsparciu Instytutu Kultury Polskiej.
Raz jeszcze sprawdza się kierunek wytrwałej pracy Pawła Potoroczyna
i Moniki Fabijańskiej. Co najmniej równie ważne jak przygotowanie
jeszcze jednej wizyty jeszcze jednej grupy z Polski, typową
formą popularyzacji kultury polskiej za granicą jest budowanie
trwalszych związków między artystami polskimi i amerykańskimi.
|