PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 11 lutego 2005


GRAŻYNA DRABIK

Jednoaktówki Sławomira Mrożka w Nowym Jorku

Lis
bardziej ludzki

Kochamy Mrożka. Kochamy Mrożka za to, że pozwalał nam się kiedyś śmiać z sytuacji bardziej strasznej niż śmiesznej. Obnażał idiotyzmy i absurdy systemu komunistycznego. Dzięki Mrożkowi i razem z nim mogliśmy się cieszyć, że przechytrzamy władzę, a więc czynimy ją mniej groźną, skuteczną i wszechwładną. Czyż jego zjadliwe satyry nie były, mimo czujności cenzury, z sukcesem grane w teatrach PRL-u? Nawet kiedy ich autor już dawno mieszkał za granicą, a wyśmiewane władze tylko udawały, że o tym nie wiedzą?

Młodsi, którzy nie pamiętają wyzwalającej mocy śmiechu w latach 60. czy 70. ub. wieku, mogą Mrożka kochać bezpiecznym światłem odbitym choćby za to, że w krótkiej i zabawnej formie potrafił powiedzieć tak wiele o tamtych czasach. Nadal doceniamy go przede wszystkim jako wyjątkowo bystrego obserwatora wypaczonej rzeczywistości i mądrego prześmiewcę.

Amerykanie z kolei wcale nie kochają Mrożka. Nie kochają, bo po pierwsze, prawie go w ogóle nie znają, szczególnie jako dramaturga. A po drugie, czując się bezpiecznie dalecy od problematyki i doświadczeń systemu totalitarnego sądzą, że nie mają powodu zbyt interesować się tym pisarzem. W przeciwieństwie do Niemiec, Szwajcarii, Skandynawii czy Francji, gdzie jego sztuki wpisały się już do współczesnego kanonu, Mrożek rzadko jest obecny na scenach amerykańskich teatrów.

Nic dziwnego więc, że czuło się pewną konsternację w czasie przedstawienia Serenade & Philosopher Fox w przytulnej salce Collective Unconscious na dole miasta. Niby wszyscy się dobrze bawili, ale też jakby nie całkiem pewni, czy powinni się tak dobrze bawić. Starsza gwardia polonijna nie bardzo wiedziała, jak się ustosunkować do mało znanych jednoaktówek z Lisem w roli głównej, gdzie więcej psychologii niż mowy o władzy i politycznym zniewoleniu. Amerykanów zaś konfundowała sama forma alegorii, podejrzanie tradycyjna jak na nowatorskiego pisarza. Niektórych denerwowały stereotypowe role przypisane postaciom kobiecym. Inni niewygodnie się czuli z Biskupem na scenie - znowu Kościół pod pręgierzem? I czyż w ogóle nie za mało tu do śmiechu?

Cenna to konfuzja. Amerykański brak zainteresowania Mrożkiem jest równie błędny jak polski upór, by go nadal widzieć zamrożonego w kategorii społecznego satyryka. Większa część jego utworów powstała poza "polską kolebką", na świadomie wybranym wygnaniu. Mrożek wyjechał z Polski w 1963 r. Za granicą pozostał z górą 30 lat, bezdomny lub też dom sobie znajdując w wielu miejscach - we Włoszech, Paryżu, Berlinie, na ranczu La Epifania w Meksyku. Cały czas pisał, głównie dramaty, czyli wierny pozostając formie, której dopełnienie jest zależne od innych artystów i od życzliwej widowni.

Kochać Mrożka dzisiaj to strata czasu. To poddać się wacie nostalgii, która wcale nie służy dobrze ani jemu, ani nam. To negacja ponad trzech dekad jego różnych doświadczeń. Lepiej posłuchajmy go uważnie. Pokłóćmy się o Mrożka. Niech nam będzie z nim niewygodnie.

Inscenizacja dwóch jednoaktówek, inteligentnie przygotowana przez Paula Bargetto i jego stałych współpracowników: Oanę Botez-Ban, Troya Lavallee i Amiel Melnick, pozwala lepiej poznać Mrożka-filozofa. Jest przy tym świetną okazją, by zaprosić amerykańskich przyjaciół czy wziąć nasze zamerykanizowane dzieci na wspólnie spędzony, interesujący wieczór. Ich odbiór może być zupełnie inny od naszego, rozmowa więc szczególnie ciekawa.

Proszę się nie spodziewać hucznego śmiechu. Śmiech tutaj, owszem, nawet głośny, lecz nie bezkarny, z podtekstem goryczy. W Serenadzie złośliwy wobec zawiłości psychologicznych uzależnień, zwłaszcza w sprawach męsko-damskich. W Lisie filozofie - podszyty grozą. Ogólna wizja, po beckettowsku ciemna raczej niż zabawna.

*

Serenada jest rozpisana na kilka głosów: w kurniku panoszy się pewny swego Kogut. Współzawodniczą o jego uwagę trzy kwoki: Blond, Bruna i Ruda. Status quo zachwieje obecność przybysza. Lis jawi się najpierw w półciemności jako tajemniczy grajek - w tekście na wiolonczeli, w przedstawieniu na syntetyzatorze.

Rzecz o niebezpiecznych pokusach zaczyna się więc od muzyki jako wabika. Za chwilę jednak Lis muzyki nie będzie potrzebować. Obietnica uczucia, potrzeba widzenia siebie jako osoby wyjątkowej, próżność, zazdrość, ciekawość - ech, lis musi tylko się zjawić, a powody, by iść ku niemu, wbrew świadomości śmiertelnego zagrożenia, zawsze się znajdą. Koniec z góry jest nam znany, do przewidzenia w ogólnych zarysach, tylko w szczegółach zaskakujący.

Bardziej dwuznaczny w wymowie jest Lis filozof. Długi monolog udramatycznia fakt, że swoje słowa Lis kieruje do Biskupa. Jest to jednak "dialog", w którym jedna strona nie wypowie ani słowa. Biskupa określają szumne szaty, dostojny bezruch i całkowite milczenie.

Lis gotów jest oddać trzymanego w worku Koguta w zamian za błogosławieństwo oficjalnego na rozbój przyzwolenia. Szuka usprawiedliwień dla swego brutalnego działania. Korzy się i prosi. A w ogóle chciałby zrozumieć. Skoro alegoryczny lis reprezentuje nie tylko ślepą siłę, lecz także inteligencję, zgodnie ze swą względnie rozumną naturą, szuka odpowiedzi na pytania: "Dlaczego ginę? Dlaczego zabijam?". Chciałby sobie do siły instynktu i potrzeb dorobić odpowiednią ideologię. Chciałby z Biskupem ubić interes, z korzyścią - jak kusi - dla obu. Pozycja Biskupa wzmocni się przez przykład nowego męczennika. Lis otrzyma etyczne przyzwolenie na to, co i tak pragnie i musi robić.

Rzeczywistość jednak zmienia się ponad wszelkie wyobrażenia. Biskup okazuje się kobietą. W milczeniu wyciąga pierś i karmi dziecko. Lis próbuje się jeszcze dostosować. Jeszcze woła, że można "po nowemu, ale niejako po staremu. Tak jest! nowe po staremu, czyli stare po nowemu"... Nic z tego, Lisie! Tradycyjny autorytet nie odpowiada, głuchy na twoje wołania i pokusy. Biskupa nie ma. Nowe jest niezrozumiałe. Kobieta odchodzi, odwraca się plecami do pytającego. Pochyla się uważnie nad dzieckiem w wózku.

*

Nie mogę tak entuzjastycznie pochwalić tego ciekawego przedstawienia, jakbym chciała. Dwa mam zastrzeżenia w odniesieniu do aktorów. W Serenadzie cały zespół jest sprawny (wyróżnia się Heather Benton jako Brunette i Radosław Kaim, gościnnie sprowadzony z Krakowa, w roli Red) i dobrze zgrany, prowadzony przez reżysera precyzyjnie, jak muzyczny kwintet. Dosłowny jednak styl gry aktorów nadaje alegorycznej przypowieści zbyt realistyczny ton.

W Lisie filozofie wyraźnie utalentowany, młody Troy Lavallee przekonująco oddaje buńczuczność Lisa, intensywność jego nalegań i chytrość argumentów. Nie wydobywa jednak podtekstu desperacji, który nadaje ciekawsze znaczenie monologowi. A może to tylko niepełne jeszcze przystosowanie się aktora do intymnej sali, która wymaga bardziej zróżnicowanego, subtelniejszego wykonania. Premiera sztuki odbyła się przecież na szerokim, plenerowym forum Festiwalu Malta w Poznaniu. Później zaś East River Commedia, jak nazywa się zespół prowadzony przez Paula Bargetto, występował na wolnym powietrzu w Central Parku.

Scenografia, malowniczo przygotowana przez Mimi Lien, prezentuje się atrakcyjnie. W jednym zasadniczym punkcie jednak rozmija się z intencją autora. Mrożek znany jest ze swoich dokładnych, szczegółowych didaskaliów. Słychać w tych uwagach jego głos jako doświadczonego narratora opowiadań. Nie są to tylko pedantyczne wskazówki inscenizacyjne, lecz często klucz kształtujący znaczenie tekstu podawanego ze sceny.

W Serenadzie głównym elementem dekoracji jest imponująca konstrukcja. W sali Collective Unconscious (wieczór Mrożka inauguruje pierwszą stałą siedzibę tej ciekawej grupy) nie sposób było wybudować dwupiętrowego kurnika na wysokich słupkach, ze stromą drabiną zamiast schodów, jak żądał autor. W drobiazgowym opisie Mrożka chodziło jednak o to, by wyraziście uwidocznić, że mieszkańcy kurnika są bezpieczni przed lisimi zakusami, póki sami dobrowolnie nie wyjdą i nie poddadzą się jego pokusom. Zjedzeni więc zostają niejako świadomie i za własną zgodą. Są w równej mierze ofiarami żarłocznej natury drapieżnika, jak swoich słabości.

Mimi Lien musiała podporządkować się wymaganiom ograniczonej przestrzeni. Słupków nie ma. Wyższego piętra, gdzie króluje Kogut, też. Kurnik zbiedniał do jednopiętrowego, z gankiem obronnie otoczonym siatką. W porządku. Mieszkańcy pozostają niedostępni, aż sami lisowi się nie oddadzą. Lien więc bardzo udanie rozwiązała praktyczny problem, zachowując jednocześnie metaforyczny przekaz.

Zabrakło tu jednak innego elementu scenografii, szczególnie ważnego dla wymowy całości: "Scena - prawie śmietnik. Strzępy starych gazet, skórki pomarańczy, puszki po konserwach. W głębi, nieco po lewej, bezlistne drzewo"... Ten opis powtarza się w każdej z czterech jednoaktówek "lisiego cyklu".

Otóż to. Znajdujemy się wymownie na śmietniku cywilizacji. Nie specyficznie polskim śmietniku - w wydaniu sowieckiej peryferii czy jako wschodnioeuropejskie poboczo-przedmurze. Jesteśmy w kręgu cywilizacji nieprecyzyjnie, lecz wyraziście zwanej europejską, chrześcijańską czy też judeochrześcijańską. Przypisujemy tej względnie trwałej cywilizacji pewną kulturową ciągłość rozpoznawalnych pojęć i wartości. Kształt "dzisiaj" widzimy w szerszych ramach dwóch mileniów, szczególnie zaś jako uformowany przez osiągnięcia i konflikty oświecenia.

Mrożek wybiera Lisa Przecherę na głównego bohatera swych przypowieści. Oto Lis - swojski bohater z bajek Krasickiego, z La Fontaine'a, z Goethego. Lis wywodzący się z dużo wcześniejszego, średniowiecznego Le roman de Renart, którego z kolei korzenie sięgają jeszcze dalej, do bajek Ezopa...

Niby więc ciągłość i spadkobierstwo. Ale przypatrzcie się dzisiejszemu Lisowi, mówi dalej Mrożek. Z jednej strony, o ileż on mniej sympatyczny i bardziej prymitywny. Przecież Lis-Renart uznanie zdobył, bo obnażał głupotę i przechytrzał silniejszych od siebie. Przechera kpił sobie w żywe oczy z chełpliwego i drapieżnego Kruka. A jakich przeciwników wyprowadza w pole - dobitniej mówiąc, zjada żywcem - Lis dzisiejszy? Domowe kury? Napuszone koguty, co fruwać nie potrafią? Gdzie w tej grze ryzyko? Gdzie przeciwnicy godni jego inteligencji? I w ogóle, w imię czego, poza własnym, partykularnym interesem?

Z drugiej strony, o ileż Lis dzisiejszy biedniejszy jest i słabszy. A w ostatecznym rachunku, żałośnie przegrany. Jego bankructwo zaznacza się już w Lisie filozofie. Sprytny cwaniak zredukowany zostaje do petenta, do pozycji proszącego bez sensu i bez rezultatu. Przy tym zakończenie Lisa filozofa pozostawia jeszcze jakąś dwuznaczną nadzieję czy choćby wątpliwość. Może to tylko biskupie szaty zostały porzucone, a odpowiedzi trzeba szukać gdzie indziej? Może na pytanie "dlaczego?" nikt ci odpowiedzi dać nie może i sam ją sobie musisz za każdym razem wypracować? Może instynkt opiekuńczo-zachowawczy - gest karmienia dziecka, troskliwe pochylenie się nad nowym życiem - zawiera w sobie choć ziarenko odrodzenia.

Bicie dzwonu: za późno - za późno - za późno... donośniej rozlega się w dwóch pozostałych jednoaktówkach "lisiego" cyklu. W Lisie aspirancie przysłuchujemy się innemu monologowi Lisa: prośbie zwróconej do małpy kataryniarza. Lis jeszcze w coś wierzy - w ewolucję i postęp. Wierzy, że małpa stoi wyżej od niego, a człowiek zajmuje w hierarchii miejsce ponad małpą. Lis pragnie stać się bardziej ludzki. Namawia małpę, by mu wyjawiła swe sekrety, by pomogła spełnić jego serca gorące pragnienie: "Ja chcę zostać człowiekiem!".

Kur zapieje jednak po raz trzeci i światło poranka oświetli taką samą scenę jak w Lisie filozofie: "Na ziemi strzępy gazet, puste butelki i puszki po konserwach"... Na drzewie ogołoconym z liści zobaczymy dyndające nogi. Kataryniarz się powiesił.

Bezlistne drzewo okaże się ostatnią redutą naszego antybohatera. W Polowaniu na lisa osamotniony do ostateczności, ostatni ze "zwierzyny łownej" nie walczy już o nic i w nic nie wierzy. Stara się tylko przeżyć. Uchronić przed powszechnym polowaniem, przed anonimowym stadem ogarów i wilków. Zginie jednak nieuchronnie, tak jak wcześniej nieuchronnie panował nad silniejszymi od siebie, a później nieuchronnie wykorzystywał słabszych. Na nic mu się zda, że bystrzejszy i bardziej sprytny, że widzi więcej i rozpoznaje słabości każdego. Zginie głupio, prawie przypadkiem, zastrzelony przez Paralityka na inwalidzkim wózku. W kulisach wyje głodne stado wilków.

Ostatnie jego poniżenie. Oto niepokonany Chytrus, Cwaniak, niestrudzony Polujący przemienił się w polowanego. Z aktywnego gracza - w pionka, którym grają.

Dosłownie, bo przecież jesteśmy w teatrze. Lisa gra aktor. Przenośnie, bo cóż się stało ze sprytnym bohaterem przypowieści?! Gdzie jego bystra inteligencja, odwaga i buńczuczność? Ileż za to samozakłamania i iluzji, czyli cech, które jako istota bardziej rozumna u mniej świadomych wcześniej obnażał!

Na postmodernistycznym, współczesnym "śmietniku cywilizacji" cóż pozostało z naszych dawnych baśni?

-----------------------

Sławomir Mrożek, Serenade i Philosopher Fox w tłumaczeniu Jacka Laskowskiego. Reżyseria: Paul Bargetto, scenografia: Mimi Lien, kostiumy: Oana Botez-Ban, oświetlenie: Allen Willner, muzyka i dźwięk: Lucian Ban, dramaturg: Amiel Melnick. Występują: Heather Benton (Brunette), Michelle Guthrie (Blonde), Radosław Kaim (Red i Cock), Troy Lavallee (Fox) oraz Ray Wasik (Rooster i Bishop). Premiera 4 lutego, przedstawienia do 27 lutego, Collective Unconscious, 279 Church St., Tribeca, dolny Manhattan.

Występy w Collective Unconscious odbywają się dzięki inicjatywie i wsparciu Instytutu Kultury Polskiej. Raz jeszcze sprawdza się kierunek wytrwałej pracy Pawła Potoroczyna i Moniki Fabijańskiej. Co najmniej równie ważne jak przygotowanie jeszcze jednej wizyty jeszcze jednej grupy z Polski, typową formą popularyzacji kultury polskiej za granicą jest budowanie trwalszych związków między artystami polskimi i amerykańskimi.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail