PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 lutego 2005

WSPOMNIENIA O JANIE NOWAKU-JEZIORAŃSKIM


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Wolność w kraju krat

Adam Mickiewicz w czasie paryskiego pisania Pana Tadeusza popełnił zdanie, które odbija mi się czkawką za każdym razem, gdy wyjeżdżam z Polski. Brzmi ono tak: "Biada nam zbiegi, żeśmy w czas morowy/ Lękliwe nieśli za granicę głowy...". Moja lękliwa głowa zbiega z Polski jaruzelskiej wciąż tłucze o mur tego samego pytania: czy nadal wyjeżdżam ze swojego kraju - po krótszym lub dłuższym w nim pobycie - czy wracam do swojego kraju, w tym przypadku Kanady? Kwestia podwójnej lojalności, problemy z tożsamością są stare jak emigracja. Miał je mitologiczny Odys poszukujący swej Itaki, miał Bronisław Malinowski szukający na Wyspach Triobrianda zagubionego skarbu ludzkiego braterstwa, w czasie gdy Europa pławiła narody we krwi i łzach I wojny światowej.

O Malinowskim przypomniał mi długonogi, czarnoskóry kościsty wielkolud, wciśnięty w sąsiedni fotel klasy turystycznej airbusa British Airways, zdążającego z Londynu do Toronto. Mój sąsiad uprzejmie się przywitał, podając mi swoje imię i nazwisko. Jame Awala powiedział ponadto, że pochodzi z Mogadiszu w Somalii, że mieszka od trzech lat z synami i córkami w Brampton niedaleko Toronto, że jest muzułmaninem i że jest szczęśliwy z tytułu poznania nowego brata. Poczułem się wyróżniony i odpłaciłem mu pięknym za nadobne: przez całą podróż szedłem Jame z odsieczą przy obdzieraniu z celofanu wykwintnych, choć niejadalnych potraw. Jame miał z osiemdziesiąt lat, słabe oczy i lekko trzęsły mu się ręce. Swoimi długimi kościstymi palcami nie mógł dobrać się do tajemnic angielskiego stołu. Gdyby nie moja pomoc, wysiadłby z samolotu może i głodny, ale może jeszcze bardziej szczęśliwy.

Piszę o Jame tak szczegółowo dlatego, że owe siedem godzin spędzone obok niego ponad Atlantykiem (gdzie jakiś frajer męczy się od czterech już lat płynąc żabką, choć można szybciej i wygodniej szerokokadłubowcem) były dla mnie cudowną odtrutką na jady i zgorzele, trucizny i masochizmy, zgromadzone w czasie półrocznego pobytu wśród rodaków. Pogodna twarz Somalijczyka, nazywającego bratem nowo poznanego obcego - z jednej strony. A z drugiej - jakże często smutna, niechętna, zacięta twarz rodaka patrzącego bykiem na sąsiada. Nie chcę tu znowu krakać, ale wydaje mi się, że mamy w Polsce poważny problem: polskie piekło nie stygnie niczym lawa, bo jej wewnętrznego ognia jakoś czas nie ziębi.

Nasz stary kraj przybiera na międzynarodowej wadze, złotówka sztucznie, bo sztucznie, ale umacnia się w stosunku do dolara, ale stosunek człowieka do człowieka tam się nie umacnia, a jakby na przekór światowym tendencjom - słabnie. Zawsze byliśmy indywidualistami, ale to, co dzieje się teraz, nadaje się do księgi rekordów w dziedzinie chodzenia w poprzek. Polska, jak długa i szeroka, zamienia się powoli w kraj krat - dosłownie i w przenośni. Buduje się coraz więcej domów, ale przypominają one raczej pilnie strzeżone więzienia niż miejsca do życia. Groźne rottweilery na podwórkach, groźne spojrzenia zza solidnych krat w oknach, kraty na drzwiach, murowane ogrodzenia, żeliwne bramy otwierane bez wysiadania (Boże uchowaj!) z samochodu. Zauważyłem, że te mury, szlabany i ogrodzenia wyrastają nawet wcześniej od domów, a przynajmniej razem z nimi.

Powszechna kultura strachu, stałego zagrożenia napadem, złodziejami, intruzami, zwykła potrzeba poczucia bezpieczeństwa czy niezwykła, jak na wolny w końcu kraj, moda na grodzenie się, zamykanie, odcinanie od widoku i obecności sąsiada - trochę mi się kłóci z budowaniem demokracji. Gdy patrzę na Polskę nie domów, a betonowych i żelaznych bunkrów, groźnych i niedostępnych już nie tylko przybyszom, ale i "niepożądanym" oczom, wydaje mi się, że mieszkańcy Polski, budując demokrację, odbudowują przy okazji mur berliński, który pozostał w ich podświadomości po latach zniewolenia. Podobnie jak dla Ryszarda Kapuścińskiego, mówiącego i piszącego stale o konieczności spotkania z Innym, dla mnie jest to dowodem klęski człowieka. Nie systemu społecznego, nie historii, ale właśnie człowieka. W Polsce można to obserwować na przykładzie niechęci porozumienia się z Innym, powszechnego braku zaufania do siebie, potrzebie izolowania się od bliźniego w miejsce Stachurowego "zabliźniania" się z bliźnim.

Poznany w tym samym samolocie co Somalijczyk Jame Awala - pan Tadeusz, anestezjolog z Buffalo, opowiedział mi historię nieudanej próby porozmawiania z rodakami na turnusie wczasowym, bodajże w Busku. Na swoje uprzejme: "Czy mogę się państwu przedstawić?" usłyszał burknięcie: "Nie zamierzamy się panu przedstawiać". Jakby podanie ręki i skromne "Malinowski jestem" było dziś zaproszeniem do rabunku, uwiedzenia żony (to zawsze jest możliwe, przecież wszystko zależy od niej) czy gwałtem na szczelnie chronionej prywatności. Tymczasem tak rozumiana prywatność to zwykłe chamstwo. Nie usprawiedliwi go żadna historia, gdyż z punktu widzenia przeciętnego obywatela świata typu Jame Awala podobne postawy są zupełnie w świecie niezrozumiałe. Prowadzą też do trudnych, bo nierozwiązywalnych konfliktów.

W Warszawie zapytał mnie znajomy kanadyjski dziennikarz, czy te wszystkie zakratowane okna w budynkach mieszkalnych i uzbrojeni strażnicy w sklepach z żywnością to spuścizna obozów koncentracyjnych. Zapieniłem się, dotknięty do żywego, bo w pierwszym odruchu zakompleksiałego człowieka ze Wschodu pomyślałem, że pije do "polskich obozów koncentracyjnych". On mi na to uprzejmie wyjaśnił, że doskonale wie, że obozy zbudowali Niemcy i oni byli w nich katami, a my w nich ofiarami, a także że nie ponosimy winy za zbrodnię holocaustu, lecz uważa, że te wszystkie zasieki, kraty, rampy selekcyjne, mury gett musiały pozostawić w polskiej świadomości trwały ślad - stąd te zasieki, mury, kraty w oknach naszych miast.

Odpowiedziałem mu żartem, że Polacy postanowili odgrodzić się od siebie, żeby na się wzajemnie nie wpadać. Przecież Mur Chiński i bramy Babilonu, mur berliński i kamienne mury Inków, mur zimnej wojny, naszpikowany atomowymi rakietami, mur przecinający Izrael na dwie połówki, mury z kamieni sypane przez wszystkie wieki a rozdzielające plemiona i narody służyły tylko jednemu: zachowaniu pokoju. Zamiast walczyć, lepiej się odgrodzić, izolować, wyłączyć, zamknąć. Mój biedny rozmówca mógł zrozumieć z tej dość pokrętnej wypowiedzi, że Polacy zakładają kraty na oknach, by ze sobą nie walczyć na doniczki, a jedynie na wyzwiska.

Piszę te słowa w moim kanadyjskim domu, patrzę przez okno na rozległą, białą przestrzeń i czegoś mi w tym krajobrazie brakuje. No tak: przecież w oknie nie ma kraty, za oknem nie ma żelaznego ogrodzenia, łączącego się z innym ogrodzeniem w niekończący się labirynt ogrodzeń, niczym łańcuch pętający nogi schwytanych zbiegów, co w czas morowy lękliwe ponieśli za granicę głowy, ale na szczęście wrócili i cieszą się w wolnej Polsce okratowaną wolnością.

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail