GRAŻYNA DRABIK
Nowojorska kronika
(teatr)
Nie
zdawałam sobie dotąd sprawy, jak długa może się wydawać ta
przewrotnie nie-całkiem-poważna-a-poważnie-zabawna rzecz!
Mój młody towarzysz wieczoru trafnie zauważył: już wychodzą,
już żegnają się wylewnie, już prawie są za bramą, a wyjść
jakby nie mogą, wracają raz jeszcze, i raz jeszcze, żeby znowu
coś bardzo błyskotliwego powiedzieć... Aż dość masz nawet
najbardziej błyskotliwych błyskotek.
Zdziwiło mnie moje zniecierpliwienie, bo lubię tę beztroską,
lecz i ostro ironiczną komedię. Doceniam gwałtowne zakręty
akcji i gry podwójności w Jak wam się podoba, zdumiewające
spiętrzenia przebierań i słownych igraszek. W pamięci ta jedna
z późniejszych komedii Szekspira jaśnieje mi lekkością ducha
i przejrzystością formy. W wersji Petera Halla, przygotowanej
dla Theatre Royal Bath, przejrzystość została zachowana, lecz
zagubiła się gdzieś beztroska i przyjemność dobrej zabawy.
Szekspir nagromadził tu mnóstwo nieprzyjaznych czynów i niefortunnych
zmian losu. Brat uzurpuje sobie tron brata. Wygnany książę
tuła się bezdomny. Inny brat także czyha na życie swego brata,
ot tak, prawie że bezinteresownie. Młodzi zdani są na niezbyt
dobrą wolę starszych. Rozalinda musi uciekać, by schronić
się przed gniewem wuja-gwałtownika. Jego własna córka woli
uciec razem z nią, niż pozostać w pałacu pod ciężką ręką księcia
Fryderyka. Orlando, po zwycięskiej walce z ulubionym przez
księcia zapaśnikiem, także musi szukać schronienia z dala
od złego dworu.
Czyhają więc na niewinnych przeciwności i niebezpieczeństwa.
Lecz nie ma tu miejsca na smak cierpienia. Na moment rozpaczy
czy prawdziwego lęku. I nikt naprawdę nie cierpi. Nikt nie
boi się zła - ani w sobie, ani w innych. Strach, taki, o jakim
dużo gadają, to strach przed siłą uczucia, lęk przed poddaniem
się obietnicom i złudzeniom miłości.
Orlando zakochuje się w Rozalindzie, która boi się kogokolwiek
kochać. Oliver zabiega o względy Celii. Touchstone zaleca
się do Audrey. Pasterz Silvius do pasterki Febe, której z
kolei marzą się zaloty do pięknego nieznajomego, czyli Rozalindy
w przebraniu chłopca... Słowa skrzą się od wyznań, obietnic,
nadziei, lecz i od ironicznych obserwacji. Wyznania miłości
kontrapunktują zwątpienia w ich szczerość. Zwątpienia piętrzą
się jednak tylko po to, by w końcu poddać się urokom uczucia.
Od początku wszystko jest grą, precyzyjnie skonstruowanym
tańcem przejściowych nieporozumień i ostatecznych pojednań.
Nie na darmo przecież znajdujemy się w Lesie Ardeńskim, w
krainie Arkadii - z daleka od tumultu dworu i miasta, od fałszu
cywilizacji i niewoli konwenansu. W zielonym i pięknym lesie
każdy znajdzie właściwego partnera. Prawda i dobro zwycięży.
To miejsce przemian wewnętrznych, które nastąpią w rytmie
przemian w naturze i tak samo nieuchronnie, jak zmieniają
się pory roku.
Po mroźnej i ponurej zimie nastąpi wiosna. W lesie rozkwitną
pączki nowych liści. W sercu obudzi się uczucie. Zły brat
odkryje braterską miłość. Dzięki mądremu mnichowi zły książę
przejrzy na oczy, pogodzi się z tym, którego niegodziwie wygnał.
Wygnany znajdzie w sercu dość szczodrości, by mu przebaczyć.
Młodzi nieco zmądrzeją, nieco staną się po prostu starsi.
Trochę odważniejsi, by sprostać wyzwaniom miłości.
Ogólny efekt komedii zależy w dużej mierze od nadania całości
delikatnie wyważonego tonu między młodzieńczą beztroską głównych
bohaterów a ironicznym komentarzem błazna. Między nadzieją
młodości a sceptycyzmem starszych. Wiarą, że Dobro zwycięży,
a wiedzą, że to wszystko tylko ładna bajka.
Ta równowaga została w przedstawieniu zakłócona przez nadmierne
wyeksponowanie roli Rozalindy. Stała się tu punktem ciężkości
i punktem odniesienia, jej rola zbliża się do kluczowej pozycji
Prospera w Burzy. Młoda aktorka Rebecca Hall (córka
reżysera) niesie ciężki płaszcz za dużej odpowiedzialności
udanie: jest przekonująca tak w rebelii, jak w momentach wątpliwości,
atrakcyjna, kiedy broni się przed uczuciem, jak i wtedy gdy
mu się poddaje, wdzięczna w przebraniu chłopca. Jest jej jednak
po prostu za dużo, a inni bledną w blasku świateł, jakie zostały
jej przeznaczone. Jedynie bardzo przystojny Dan Stevens dotrzymuje
jej dzielnie kroku w roli Orlanda.
Znudzona jeszcze jedną powoli wypowiadaną kwestią, z przechyłem
ku filozoficznej melancholii, pocieszałam się prześliczną
scenerią przygotowaną przez Johna Guntera. Gra świateł Petera
Mumforda nadawała jej puls niezależnego życia. Drzewa Lasku
Ardeńskiego stały milczące i zadumane w zimowej ciszy. Jaśniały
delikatną, świeżą zielenią w promieniach wiosennego słońca.
Cierpliwie akceptowały nasze najzwyczajniejsze pomyłki i nadzwyczajne
obietnice.
William Shakespere, As You Like It. Reżyseria:
Peter Hall, scenografia i kostiumy: John Gunter, oświetlenie:
Peter Mumford, muzyka: Mick Sands, dźwięk: Gregory Clarke.
Występują: David Barnaby (Adam/Corin), David Birkin (Silvius),
Rebessa Callard (Celia), Janet Greaves (Audrey), Rebecca Hall
(Rosalind), James Laurenson (Duke Frederick), Charlotte Parry
(Phoebe), Michael Siberry (Touchstone), Dan Stevens (Orlando),
Freddie Stevenon (Oliver), Philip Voss (Jaques). The Theatre
Royal Bath, przedstawienia 18-30 stycznia, Brooklyn Academy
of Music.
W pięknym muzycznym poemacie Debussy'ego Pelléas
et Mélisande ze światła słońca przenosimy się w
krajobraz księżycowy.
Niełatwo jest określić, o czym opowiada libretto na podstawie
sztuki Maurice'a Maeterlincka. Opowieść zaczyna się w głębi
lasu, dokąd zaprowadził Golauda ślad zranionej sarny. Zamiast
poszukiwanego zwierzęcia, w odległym uroczysku Golaud znajduje
piękną dziewczynę pochylającą się w rozpaczy nad taflą wody.
Kto ją zranił? Czemu tak rozpacza? Czemu godzi się iść razem
z Golaudem do jego domu?
Nigdy nie otrzymamy odpowiedzi na te pytania. Co więcej,
staną się one wkrótce zupełne nieważne. Choć bowiem wątek
opowieści rozwija się wyraziście i w sposób swojsko operowy
- jest młoda dziewczyna, Golaud starszy, w sercu jego młodszego
brata Pelléasa budzi się niechciane uczucie, zazdrość
zatruwa serce Golauda - nie ten konflikt jest tu najważniejszy.
Otacza nas i wciąga coraz głębiej tajemnicza atmosfera rzeczy
niedopowiedzianej, nie w pełni określonej, przeczuwanej raczej
niż przeżywanej.
Tajemnicza i wspaniała opera, która otrzymała godną oprawę
w obecnej inscenizacji Jonathana Millera, Johna Conklina i
Duane'a Schulera. Wspaniale wykonana przez orkiestrę pod batutą
Jamesa Levine'a oraz wszystkich śpiewaków-solistów, szczególnie
Anne Sofii von Otter (Mélisande), Felicity Palmer (matka
Golauda) oraz Roberto Scandiuzziego (Arkel, dziadek Golauda,
stary król tego zagubionego gdzieś królestwa "Wszechświata").
Jak światło księżyca odbijające się w tafli wodnej, muzyka
mieni się srebrzyście, wibruje i faluje, nieustannie zmienia
się w konfiguracji delikatnych dźwięków. Głos ludzki zlewa
się perfekcyjnie z głosem instrumentów. Staje się częścią
orkiestry, bardziej czystym dźwiękiem niż słowem brzemiennym
znaczeniem. Jest to jakby pieśń-poemat, sam oddech muzyki.
W jej rytmach domyślamy się jakiejś nieokreślonej tęsknoty.
Przeczuwamy nieuchronne nieszczęście. Poddajemy się przeznaczeniu,
które musi się dopełnić.
Otacza nas smutek, ale piękno muzyki niesie jakby ze sobą
także pociechę. W pewnym momencie z głębokiej ciemności starych
lochów zamku wynurzamy się prosto w objęcie niespodziewanego
światła. To chwila tak pełna, tak mocna w wyrazie, że warta
jest wszystkich wcześniejszych fal niepokoju i smętku. Widzimy
światło. Słyszymy światło. Czujemy światło. Jakby nasza dusza
w tym jednym błysku olśnienia przeczuła swój inny możliwy
byt.
Claude Debussy, Pelléas et Mélisande.
Libretto Maurice Maeterlinck, dyrygent: James Levine, reżyseria:
Jonathan Miller, scenografia: John Conklin, kostiumy: Clare
Mitchell, oświetlenie: Duane Schuler. Występują: William Burden
(Pelléas), José van Dam (Golaud), Jason Goldberg
(Yniold), LeRoy Lehr (A Shepherd/A Doctor), Felicity Palmer
(Genevieve), Anne Sofie von Otter (Mélisande) oraz
Roberto Scandiuzzi (Arkel, król Allemonde). Premiera 29 stycznia,
przedstawienia do 5 lutego (po poł.) oraz 8 lutego, Metropolitan
Opera, Lincoln Center, 65 St. i Broadway.
|