ZDZISŁAW NAJDER
Fanatyk
służby Polsce
Jan
Nowak-Jeziorański należał do pokolenia, które od swoich rodziców
otrzymało w dzieciństwie bezcenny dar: Polskę Niepodległą.
O ocalenie, a później - wskrzeszenie tego daru walczył czynem
i słowem przez całe długie i imponująco pracowite życie. Najpierw
służąc w Armii Krajowej i podejmując ważne i ryzykowne misje
kurierskie. Potem tworząc Rozgłośnię Polską RWE i kierując
nią przez 25 lat. Później przez kolejne ćwierćwiecze jako
rzecznik spraw polskich w Waszyngtonie. W ostatnich latach,
już w sędziwym wieku, jako uczestnik i komentator, często
krytyczny, krajowej sceny politycznej.
Wolna Europa jest najbardziej znanym i najcenniejszym dziełem
jego życia. Ukształtowana i kierowana żelazną ręką przez Jana
Nowaka stała się instytucją polskiego życia publicznego, legendą,
składnikiem naszej narodowej mitologii. Żadna inna zachodnia
polskojęzyczna stacja nie miała porównywalnego znaczenia ani
żadna inna rozgłośnia w ramach instytucji Radio Wolna Europa
- Radio Swoboda nie odgrywała takiej roli w którymkolwiek
z krajów, do których nadawano. Tworząc 55 lat temu swój zespół,
mógł Nowak korzystać z umiejętności wspaniałych pracowników;
wymieńmy tylko paru: Karola Wagnera, Tadeusza Żenczykowskiego,
Andrzeja Pomiana, Wojciecha Trojanowskiego, Tadeusza Nowakowskiego.
Ale to on zespołowi przewodził.
RWE była jego dzieckiem szczególnej troski. Kiedy poznałem
Pana Jana w roku 1971 w domu wspólnego przyjaciela, Marka
Walickiego - martwił się o Rozgłośnię, zdając sobie sprawę
ze stopniowego wykruszania się pierwotnej kadry. Jednocześnie
rząd USA i ambasada amerykańska w Warszawie flirtowały otwarcie
z władzami PRL, czego bezpośrednim skutkiem było ograniczanie
budżetu RWE. Doprowadzało to Nowaka do rozpaczy.
Do roku 1982 spotykaliśmy się bardzo rzadko i oczywiście
w tajemnicy; korespondowaliśmy też rzadko i bardzo ostrożnie:
Pan Jan (w przeciwieństwie do niefrasobliwego Jerzego Giedroycia)
przeszedł dobrą okupacyjną szkołę konspiracji i był starannie
oględny w tym, co kładł na papier, choć wymienialiśmy listy
tylko podczas moich wypadów za granicę. Kiedy w roku 1976
odszedł z RWE i zamieszkał w Austrii, w Pass Thurn, udało
się nam (żonie i mnie) odwiedzić Nowaków i spędzić z nimi
dwa dni. To było zapewne najprzyjemniejsze z naszych spotkań,
wolne od jakichkolwiek instytucjonalnych uwarunkowań. Pamiętam,
że głównym tematem wielogodzinnych rozmów była różnica między
niby-Polską, którą był PRL, a Polską Prawdziwą, Niepodległą
- przeszłą i przyszłą.
Oddalony od RWE i uwolniony od nacisku codziennych obowiązków,
Pan Jan ani na chwilę nie przestał przejmować się losami Radia
(chociaż po swojej dymisji był przedmiotem bardzo ostrych
ataków ze strony niechętnych mu pracowników). Dalej zabiegał
- za pośrednictwem amerykańskich przyjaciół, przede wszystkim
Zbigniewa Brzezińskiego - o zwiększenie budżetu i złagodzenie
nacisków politycznych ze strony ugodowych władz i urzędników
amerykańskich. "Radio rzeczywiście poważnie osłabło na skutek
nieustannych cięć budżetowych i redukcji personalnych, które
zdemoralizowały zespoły redakcyjne. Ja robię tu wszystko,
co leży w ludzkiej mocy, by podnieść rangę [...] radiostacji
w sensie środków finansowych, transmiterów etc. Jeśli jednak
zastrzyk wzmacniający nie przyjdzie z Polski - to prędzej
czy później ten instrument zostanie wyeliminowany i dopiero
wtedy - poniewczasie - zorientujecie się w jego znaczeniu"
(9 IV 1980 r.).
Prosił mnie na przykład w liście z 10 lutego 1978 r., o zorganizowanie
krajowej kontrakcji przeciwko powołaniu na prezesa RWE/RL
odchodzącego z Warszawy ambasadora USA Richarda Daviesa, wielkiego
entuzjasty Edwarda Gierka. (Udało się coś takiego sklecić;
w każdym razie do nominacji nie doszło). Wiedząc o mojej roli
w Polskim Porozumieniu Niepodległościowym deklarował: "Proszę
pamiętać, że macie w mojej osobie ´tajnegoª ambasadora,
który chce wam pomagać po cichu, bez rozgłosu i nie jest spragniony
´zasługª". I rzeczywiście, niezmordowany, starał
się reagować na wszystkie ważne wydarzenia krajowe, zwłaszcza
na prześladowania opozycji - i mobilizować czynniki amerykańskie
do działania. "Załączam memoriał, który wystosowałem w tej
sprawie do kilku kongresmanów i senatorów, przekazując równocześnie
kopię p. [Ralphowi] Luersowi w Dep. Stanu i Z[bigniewowi]
B[rzezińskiemu]" (5 IV 1978 r.).
Był do końca życia człowiekiem imponująco pracowitym i energicznym.
A również, co nie było już tak oczywiste, bardzo uczuciowym.
W dążenie do celów angażował się całkowicie. Pośród tych celów
odzyskanie, a później zabezpieczenie niepodległości Polski
było celem głównym. Był w swoich dążeniach ofiarny - do rezygnacji
z życia osobistego włącznie - uparty i bezwzględny. I właściwie
utożsamił się ze swoimi celami. Czuł zapewne, jak Mickiewiczowski
Konrad, że "ja i Ojczyzna to jedno". Takie uczuciowe utożsamianie
się z celem, który przed sobą stawiał, prowadziło niekiedy
do błędów w ocenie wydarzeń i ludzi: kiedy mu się nie chcieli
podporządkować, uznawał ich za wrogów - nie tylko osobistych,
ale także ideowych. Tak było np. z nieszczęsnym Józefem Ptaczkiem
- marnym redaktorem i nieznośnym rozrabiaką, który zatruwał
życie wszystkim kolejnym dyrektorom Radia; Pan Jan uznał,
że taki szkodnik musi być także wrogiem politycznym i oskarżał
Ptaczka, że jest agentem SB. Ale badania jednego z szefów
Instytutu Pamięci Narodowej, Pawła Machcewicza, wykazały ostatnio,
że Ptaczek agentem nie był...
Wielka ofiarność i namiętna bezwzględność Jana Nowaka w służeniu
sprawie Polski prowadziła więc niekiedy i do przykrych pomyłek.
Ale od ludzi czynu trudno oczekiwać nieomylności. I aby znowu
przytoczyć Mickiewicza, "wielkie serca, Aldono, są jak ule
zbyt wielkie - miód ich zapełnić nie może". W zestawieniu
z zasługami Pana Jana - wśród których za najważniejszą uważam
dawanie przykładu odwagi, energii i ofiarności - jego błędy
karleją. Był człowiekiem dużo ponad przeciętną miarę, z rodu
herosów pozostawiających narodowi wzory. Za to winniśmy mu
trwałą wdzięczność.
|