JERZY R. KRZYŻANOWSKI
Z akowskiego
pokolenia
Redaktora
(bo tak go zwykle nazywałem) Jana Nowaka, później dopiero
Nowaka-Jeziorańskiego, poznałem w latach 60. minionego wieku
na którymś ze zjazdów Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce.
Znałem go oczywiście jeszcze z czasów słuchania w Warszawie
audycji Radia Wolna Europa, ale spotkanie to uzupełniło znany
głos obrazem człowieka ogromnego uroku i wysokiej osobistej
kultury. Mimo że starszy ode mnie o lat dziesięć bez mała,
co oznaczało przynależność do innego chronologicznie pokolenia,
Redaktor próg różnicy wieku zniwelował i pozwolił mi poczuć,
że dzielimy tę samą przeszłość, żyjemy tą samą ideą, a zatem
należymy do tego samego pokolenia, które inny z moich starszych
przyjaciół, dr Jan Morelewski, nazwał trafnie pokoleniem akowskim.
I to było najważniejsze.
Po wygłoszeniu przeze mnie referatu (nie pamiętam już dzisiaj
jakiego) podszedł do mnie z wyciągniętą ręką i miłym na twarzy
uśmiechem, przedstawił się i gratulował udanej prelekcji.
"Jestem pewny, że będziemy się nieraz spotykać", powiedział.
Dla mnie, niedawno przybyłego z PRL-u, była to nie tylko niespodzianka,
ale obietnica, która wiele na nowym terenie przyrzekała.
Wykładałem wtedy na uczelniach oddalonych od centrów polskiego
życia, Waszyngtonu czy Nowego Jorku, toteż poza zjazdowymi
okazjami nie miałem możności spotykania Redaktora, jednak
w połowie lat 70., gdy znalazłem się nieco bliżej Wschodniego
Wybrzeża, nasze kontakty stały się częstsze.
W tym czasie pracowałem nad książką o ostatnim komendancie
Armii Krajowej, generale Leopoldzie Okulickim, a wiedząc o
bliskich powiązaniach Jana Nowaka z generałem, wykorzystałem
jego wspomnienia, jakimi się chętnie ze mną dzielił, podobnie
jak czynił to mecenas Stefan Korboński. Powrót do lat okupacji
i wspólnej nam, chlubnej tradycji, zbliżył nas, mimo że Nowakowi
powierzano wtedy ważne państwowe misje, ja zaś stawiałem dopiero
pierwsze kroki w harcerskiej konspiracji. Toteż kiedy wyszła
jego książka Kurier z Warszawy, którą z entuzjazmem
recenzowałem w The Polish Review, przysłał mi egzemplarz
z dedykacją wypisaną jego starannym, okrągłym pismem:
"Drogiemu Koledze z Armii Krajowej Prof. Jerzemu Krzyżanowskiemu,
z myślą o wszystkim co tak mocno i blisko nas wiąże, i z uściskiem
dłoni, Jan Nowak-Jeziorański".
Ale z coraz częstszych w tym okresie spotkań jedno najżywiej
zapamiętałem - na wielkim, światowym zjeździe Polonii Jutra,
zwołanym w Toronto w 1978 roku. Pojechałem tam jako przewodniczący
Stowarzyszenia Rozwoju Studiów Polskich, a zarazem przewodniczący
Komitetu Planowania Studium Spraw Polskich, nie byłem jednak
oficjalnym delegatem i tym samym nie miałem nadziei dostania
się na uroczyste nabożeństwo otwierające obrady. Po latach
tak zjazd ten wspominałem w powieści Afrodyte:
"Msza w katedrze... Nie miałem karty wstępu, ale wzięli mnie
między siebie dwaj wspaniali ludzie, których o karty wstępu
nikt nie śmiałby zapytać, Jan Nowak i Jerzy Lerski, dwaj historyczni
emisariusze Naczelnego Wodza, i wraz z nimi wszedłem do zapełnionego
polskim tłumem kościoła. A tam, mimo tych setek ludzi, trwała
uroczysta cisza, pełna oczekiwania, i nagle, w tej ciszy,
rozległa się na zewnątrz wojskowa komenda, zahuczały pod sklepieniem
mocarne kroki i było tak, jakby ożyli wspaniali rycerze z
legend, twardo wkroczyli pod pułkowymi sztandarami starzy
żołnierze Drugiego Korpusu i Pierwszej Dywizji, powstańcy
warszawscy i świętokrzyscy partyzanci, żołnierze z Tobruku
i spod Maczugi, weterani wszystkich polskich formacji, jakie
na Zachodzie istniały, szli żelaznym krokiem w swoich starych
mundurach i granatowych blezerach, na piersiach mieli najwyższe
odznaczenia, a w oczach łzy. A kiedy zatrzymali się biało-czerwonym
lasem sztandarów, wyszedł do nich dostojny kardynał Król i
błogosławił temu niezłomnemu wojsku, krzyżem świętym ich witał
i żegnał zarazem na niedaleką już, nieuniknioną drogę..."
(s. 504).
W następnym dziesięcioleciu, tak obfitym w polityczne wydarzenia
i zasadnicze zmiany, spotykałem Redaktora coraz częściej z
racji wielu różnych, choć w dalszym ciągu ideowo tych samych
powiązań. Kiedy jesienią 1980 r. wyszła w Londynie moja książka
o Okulickim (Generał. Opowieść o Leopoldzie Okulickim),
Jan Nowak uznał ją za tak ważną, że zadzwonił do mnie i zaproponował
przyjazd do Waszyngtonu na audycję radiową książce tej poświęconą.
Sam odebrał mnie z lotniska i powiózł do studia Wolnej Europy,
gdzie przez godzinę rozmawialiśmy przed otwartym mikrofonem,
porównując jego osobiste spotkania z generałem z moją literacką
wizją. Audycja musiała wypaść bardzo pomyślnie, skoro Redaktor
tekst rozmowy posłał do Londynu Stefanii Kossowskiej, która
rzecz tę wydrukowała w ostatnim numerze Wiadomości
(1816, marzec-kwiecień 1981).
Redaktor był wtedy tak uprzejmy, że zaproponował mi nocleg
pod swoim gościnnym dachem, co bez wątpienia było specjalnym
wyróżnieniem. A po rodzinnym obiedzie oboje państwo Nowakowie
oprowadzili mnie po domu zawierającym kolekcję polskiej sztuki
tak bogatą, że nie powstydziłoby się jej dobre muzeum. Kupowali
i zbierali głównie obrazy w czasie swoich podróży po Europie,
ale znalazł się w ich kolekcji między innymi także polski
hełm husarski, kupiony gdzieś w stanie Nowy Meksyk jako rzekoma
część rynsztunku hiszpańskiego konkwistadora. Wprawne oko
Redaktora od razu rozpoznało rzadki polonik i hełm wzbogacił
rodzinne zbiory. Gdy spytałem, co po najdłuższym życiu zamierzają
z tymi skarbami uczynić, Redaktor myślał o Muzeum Polskiem
w Rapperswilu, ostatecznie jednak zbiory zostały przekazane
do wrocławskiego Ossolineum.
Zasypiałem pod bacznym spojrzeniem wiarusa z obrazu Juliusza
Kossaka i raz jeszcze poczułem wyraźnie, że jestem w wolnej
Polsce.
Rozmawialiśmy tego wieczoru o wielu wspólnie nas interesujących
sprawach, nie zapominając o literaturze, którą Radaktor żywo
się zawsze interesował, ani też o roli Radia Wolna Europa
w promowaniu wolnej polskiej literatury. A kiedy rozmowa zeszła
na rolę ludzi wolność tę od lat krępujących, zdumiałem się,
kiedy Redaktor w gorących słowach bronić zaczął Jana Kotta,
moim zdaniem jednego z tych, którzy swoją działalnością wolność
tę hamowali od początku lat powojennych. Dowiedziałem się
wtedy, że dwaj szkolni koledzy Redaktora, przyjaciele z tej
samej klasy, Jan Kott i Ryszard Matuszewski, oficjalnie zdeklarowani
marksiści, utrzymywali z ówczesnym dyrektorem Rozgłośni Polskiej
Radia Wolna Europa bliskie, choć oczywiście niejawne stosunki.
Bronił ich przede mną, a ta koleżeńska lojalność wzruszała
i wiele mówiła o charakterze człowieka.
W czasie obfitych w wydarzenia lat 80. spotykaliśmy się z
Redaktorem często na imprezach organizowanych w różnych miejscowościach
przez Studium Spraw Polskich oraz na zjazdach i uroczystościach
AK. Jedną z nich, w Orchard Lake, Michigan, zapamiętałem szczególnie
dobrze ze względu na jej charakter i piękną oprawę malowniczego
krajobrazu, na którego tle polskie uroczystości wyglądały
szczególnie godnie.
Z prawdziwą też przyjemnością wziąłem do ręki i omówiłem
w Przeglądzie Polskim (26 kwietnia 2002 r.) wydany
w Warszawie tom korespondencji między Jerzym Giedroyciem a
Janem Nowakiem-Jeziorańskim. Recenzję zatytułowałem "Dialog
o polityce i kulturze", oba bowiem tematy przeplatały się
tych listach nierozłącznie i obaj autorzy poświęcali im równą
uwagę. Była to lektura równie ciekawa jak pouczająca, toteż
nie szczędziłem książce słów uznania.
Latem tego samego roku znów wybrałem się na zjazd Polskiego
Instytutu Naukowego, tym razem do Waszyngtonu, gdzie na sesji,
prowadzonej przez prof. Jerzego Maciuszko, razem z profesor
Anną Frajlich-Zając i redaktorem Czesławem Karkowskim mieliśmy
mówić o pisaniu po polsku na amerykańskiej ziemi. Sesja wypadła,
jak sądzę, pomyślnie, toteż wieczorem wybrałem się na tradycyjny,
kończący obrady bankiet z poczuciem dobrze spełnionego zadania.
I ucieszyłem się ogromnie, spostrzegłszy przy głównym stole
sali Redaktora, który i moje wejście natychmiast dostrzegł,
gdyż poderwał się ze swego miejsca i postukując nieodłączną
już wtedy laską pospieszył na moje przywitanie. Poczułem się
zażenowany jego uprzejmością i serdecznymi podziękowaniami
za recenzję, jego jak zawsze wielką skromnością, gdy usprawiedliwiał
się, że nie zdążył wyrazić podziękowań na piśmie, ale w przedwyjazdowym
pośpiechu... Spytałem, czy naprawdę zamierza się przenieść
do Polski, jak słyszałem? Tak, odpowiedział zdecydowanie.
Tak postanowił, po śmierci żony czuł się w Ameryce samotny,
uważał, że w kraju będzie jeszcze potrzebny, tyle jest tam
przecież do zrobienia. Uścisnęliśmy sobie mocno ręce, pożegnali
się obietnicą rychłego spotkania w Warszawie, gdzie zawsze
będzie na mnie czekał dom gościnnie otwarty...
W miesiąc później powalił mnie atak serca, przekreślił wszelkie
podróżnicze plany i marzenia, uwięził w domu na długi, długi
czas, więc dzisiaj, tylko z daleka, żegnam tymi kilku słowami
serdecznego wspomnienia człowieka, który był jednym z nas,
jednym ze wspaniałego akowskiego pokolenia.
|