PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 lutego 2005

WSPOMNIENIA O JANIE NOWAKU-JEZIORAŃSKIM


JERZY R. KRZYŻANOWSKI

Z akowskiego
pokolenia

Redaktora (bo tak go zwykle nazywałem) Jana Nowaka, później dopiero Nowaka-Jeziorańskiego, poznałem w latach 60. minionego wieku na którymś ze zjazdów Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce. Znałem go oczywiście jeszcze z czasów słuchania w Warszawie audycji Radia Wolna Europa, ale spotkanie to uzupełniło znany głos obrazem człowieka ogromnego uroku i wysokiej osobistej kultury. Mimo że starszy ode mnie o lat dziesięć bez mała, co oznaczało przynależność do innego chronologicznie pokolenia, Redaktor próg różnicy wieku zniwelował i pozwolił mi poczuć, że dzielimy tę samą przeszłość, żyjemy tą samą ideą, a zatem należymy do tego samego pokolenia, które inny z moich starszych przyjaciół, dr Jan Morelewski, nazwał trafnie pokoleniem akowskim. I to było najważniejsze.

Po wygłoszeniu przeze mnie referatu (nie pamiętam już dzisiaj jakiego) podszedł do mnie z wyciągniętą ręką i miłym na twarzy uśmiechem, przedstawił się i gratulował udanej prelekcji. "Jestem pewny, że będziemy się nieraz spotykać", powiedział. Dla mnie, niedawno przybyłego z PRL-u, była to nie tylko niespodzianka, ale obietnica, która wiele na nowym terenie przyrzekała.

Wykładałem wtedy na uczelniach oddalonych od centrów polskiego życia, Waszyngtonu czy Nowego Jorku, toteż poza zjazdowymi okazjami nie miałem możności spotykania Redaktora, jednak w połowie lat 70., gdy znalazłem się nieco bliżej Wschodniego Wybrzeża, nasze kontakty stały się częstsze.

W tym czasie pracowałem nad książką o ostatnim komendancie Armii Krajowej, generale Leopoldzie Okulickim, a wiedząc o bliskich powiązaniach Jana Nowaka z generałem, wykorzystałem jego wspomnienia, jakimi się chętnie ze mną dzielił, podobnie jak czynił to mecenas Stefan Korboński. Powrót do lat okupacji i wspólnej nam, chlubnej tradycji, zbliżył nas, mimo że Nowakowi powierzano wtedy ważne państwowe misje, ja zaś stawiałem dopiero pierwsze kroki w harcerskiej konspiracji. Toteż kiedy wyszła jego książka Kurier z Warszawy, którą z entuzjazmem recenzowałem w The Polish Review, przysłał mi egzemplarz z dedykacją wypisaną jego starannym, okrągłym pismem:

"Drogiemu Koledze z Armii Krajowej Prof. Jerzemu Krzyżanowskiemu, z myślą o wszystkim co tak mocno i blisko nas wiąże, i z uściskiem dłoni, Jan Nowak-Jeziorański".

Ale z coraz częstszych w tym okresie spotkań jedno najżywiej zapamiętałem - na wielkim, światowym zjeździe Polonii Jutra, zwołanym w Toronto w 1978 roku. Pojechałem tam jako przewodniczący Stowarzyszenia Rozwoju Studiów Polskich, a zarazem przewodniczący Komitetu Planowania Studium Spraw Polskich, nie byłem jednak oficjalnym delegatem i tym samym nie miałem nadziei dostania się na uroczyste nabożeństwo otwierające obrady. Po latach tak zjazd ten wspominałem w powieści Afrodyte:

"Msza w katedrze... Nie miałem karty wstępu, ale wzięli mnie między siebie dwaj wspaniali ludzie, których o karty wstępu nikt nie śmiałby zapytać, Jan Nowak i Jerzy Lerski, dwaj historyczni emisariusze Naczelnego Wodza, i wraz z nimi wszedłem do zapełnionego polskim tłumem kościoła. A tam, mimo tych setek ludzi, trwała uroczysta cisza, pełna oczekiwania, i nagle, w tej ciszy, rozległa się na zewnątrz wojskowa komenda, zahuczały pod sklepieniem mocarne kroki i było tak, jakby ożyli wspaniali rycerze z legend, twardo wkroczyli pod pułkowymi sztandarami starzy żołnierze Drugiego Korpusu i Pierwszej Dywizji, powstańcy warszawscy i świętokrzyscy partyzanci, żołnierze z Tobruku i spod Maczugi, weterani wszystkich polskich formacji, jakie na Zachodzie istniały, szli żelaznym krokiem w swoich starych mundurach i granatowych blezerach, na piersiach mieli najwyższe odznaczenia, a w oczach łzy. A kiedy zatrzymali się biało-czerwonym lasem sztandarów, wyszedł do nich dostojny kardynał Król i błogosławił temu niezłomnemu wojsku, krzyżem świętym ich witał i żegnał zarazem na niedaleką już, nieuniknioną drogę..." (s. 504).

W następnym dziesięcioleciu, tak obfitym w polityczne wydarzenia i zasadnicze zmiany, spotykałem Redaktora coraz częściej z racji wielu różnych, choć w dalszym ciągu ideowo tych samych powiązań. Kiedy jesienią 1980 r. wyszła w Londynie moja książka o Okulickim (Generał. Opowieść o Leopoldzie Okulickim), Jan Nowak uznał ją za tak ważną, że zadzwonił do mnie i zaproponował przyjazd do Waszyngtonu na audycję radiową książce tej poświęconą. Sam odebrał mnie z lotniska i powiózł do studia Wolnej Europy, gdzie przez godzinę rozmawialiśmy przed otwartym mikrofonem, porównując jego osobiste spotkania z generałem z moją literacką wizją. Audycja musiała wypaść bardzo pomyślnie, skoro Redaktor tekst rozmowy posłał do Londynu Stefanii Kossowskiej, która rzecz tę wydrukowała w ostatnim numerze Wiadomości (1816, marzec-kwiecień 1981).

Redaktor był wtedy tak uprzejmy, że zaproponował mi nocleg pod swoim gościnnym dachem, co bez wątpienia było specjalnym wyróżnieniem. A po rodzinnym obiedzie oboje państwo Nowakowie oprowadzili mnie po domu zawierającym kolekcję polskiej sztuki tak bogatą, że nie powstydziłoby się jej dobre muzeum. Kupowali i zbierali głównie obrazy w czasie swoich podróży po Europie, ale znalazł się w ich kolekcji między innymi także polski hełm husarski, kupiony gdzieś w stanie Nowy Meksyk jako rzekoma część rynsztunku hiszpańskiego konkwistadora. Wprawne oko Redaktora od razu rozpoznało rzadki polonik i hełm wzbogacił rodzinne zbiory. Gdy spytałem, co po najdłuższym życiu zamierzają z tymi skarbami uczynić, Redaktor myślał o Muzeum Polskiem w Rapperswilu, ostatecznie jednak zbiory zostały przekazane do wrocławskiego Ossolineum.

Zasypiałem pod bacznym spojrzeniem wiarusa z obrazu Juliusza Kossaka i raz jeszcze poczułem wyraźnie, że jestem w wolnej Polsce.

Rozmawialiśmy tego wieczoru o wielu wspólnie nas interesujących sprawach, nie zapominając o literaturze, którą Radaktor żywo się zawsze interesował, ani też o roli Radia Wolna Europa w promowaniu wolnej polskiej literatury. A kiedy rozmowa zeszła na rolę ludzi wolność tę od lat krępujących, zdumiałem się, kiedy Redaktor w gorących słowach bronić zaczął Jana Kotta, moim zdaniem jednego z tych, którzy swoją działalnością wolność tę hamowali od początku lat powojennych. Dowiedziałem się wtedy, że dwaj szkolni koledzy Redaktora, przyjaciele z tej samej klasy, Jan Kott i Ryszard Matuszewski, oficjalnie zdeklarowani marksiści, utrzymywali z ówczesnym dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa bliskie, choć oczywiście niejawne stosunki. Bronił ich przede mną, a ta koleżeńska lojalność wzruszała i wiele mówiła o charakterze człowieka.

W czasie obfitych w wydarzenia lat 80. spotykaliśmy się z Redaktorem często na imprezach organizowanych w różnych miejscowościach przez Studium Spraw Polskich oraz na zjazdach i uroczystościach AK. Jedną z nich, w Orchard Lake, Michigan, zapamiętałem szczególnie dobrze ze względu na jej charakter i piękną oprawę malowniczego krajobrazu, na którego tle polskie uroczystości wyglądały szczególnie godnie.

Z prawdziwą też przyjemnością wziąłem do ręki i omówiłem w Przeglądzie Polskim (26 kwietnia 2002 r.) wydany w Warszawie tom korespondencji między Jerzym Giedroyciem a Janem Nowakiem-Jeziorańskim. Recenzję zatytułowałem "Dialog o polityce i kulturze", oba bowiem tematy przeplatały się tych listach nierozłącznie i obaj autorzy poświęcali im równą uwagę. Była to lektura równie ciekawa jak pouczająca, toteż nie szczędziłem książce słów uznania.

Latem tego samego roku znów wybrałem się na zjazd Polskiego Instytutu Naukowego, tym razem do Waszyngtonu, gdzie na sesji, prowadzonej przez prof. Jerzego Maciuszko, razem z profesor Anną Frajlich-Zając i redaktorem Czesławem Karkowskim mieliśmy mówić o pisaniu po polsku na amerykańskiej ziemi. Sesja wypadła, jak sądzę, pomyślnie, toteż wieczorem wybrałem się na tradycyjny, kończący obrady bankiet z poczuciem dobrze spełnionego zadania. I ucieszyłem się ogromnie, spostrzegłszy przy głównym stole sali Redaktora, który i moje wejście natychmiast dostrzegł, gdyż poderwał się ze swego miejsca i postukując nieodłączną już wtedy laską pospieszył na moje przywitanie. Poczułem się zażenowany jego uprzejmością i serdecznymi podziękowaniami za recenzję, jego jak zawsze wielką skromnością, gdy usprawiedliwiał się, że nie zdążył wyrazić podziękowań na piśmie, ale w przedwyjazdowym pośpiechu... Spytałem, czy naprawdę zamierza się przenieść do Polski, jak słyszałem? Tak, odpowiedział zdecydowanie. Tak postanowił, po śmierci żony czuł się w Ameryce samotny, uważał, że w kraju będzie jeszcze potrzebny, tyle jest tam przecież do zrobienia. Uścisnęliśmy sobie mocno ręce, pożegnali się obietnicą rychłego spotkania w Warszawie, gdzie zawsze będzie na mnie czekał dom gościnnie otwarty...

W miesiąc później powalił mnie atak serca, przekreślił wszelkie podróżnicze plany i marzenia, uwięził w domu na długi, długi czas, więc dzisiaj, tylko z daleka, żegnam tymi kilku słowami serdecznego wspomnienia człowieka, który był jednym z nas, jednym ze wspaniałego akowskiego pokolenia.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail