PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 4 lutego 2005

WSPOMNIENIA O JANIE NOWAKU-JEZIORAŃSKIM


MAREK WALICKI

Niezmordowany
i wierny do końca

Korespondowaliśmy i rozmawialiśmy ze sobą dość regularnie do lipca ubiegłego roku. To znaczy przez blisko pół wieku, od chwili, gdy po trzech latach pracy w Radiu Wolna Europa ku zdziwieniu Jana Nowaka opuściłem Monachium, by skończyć z prowizorycznym statusem bezpaństwowca i założyć rodzinę w Stanach Zjednoczonych. Początki amerykańskie były dla mnie bardzo trudne. Nikogo to jednak zbytnio nie obchodziło, bo niby dlaczego. Do wyjątków należał Jan i moja matka w Polsce, odcięta żelazną kurtyną. W listach i kartkach świątecznych wysyłanych do mnie z Monachium Jan zawsze pytał: "Co Pan obecnie robi, jak się Panu powodzi?". Byliśmy wówczas jeszcze "na pan". W tych pytaniach wyczuwałem jakąś troskę o moją przyszłość. I nie myliłem się. Zrozumiałem, że wciąż należę - niczym raz wyświęcony ksiądz - do tego pierwszego zespołu RWE, który, jak napisałem już w swoich wspomnieniach dziennikarskich, "był w zasadzie jedną oddaną sprawie rodziną, pełną zaufania do swego kierownika Jana Nowaka". Toteż nie trzeba było długo czekać, a pod wpływem mojego - w najlepszym znaczeniu - Mentora, powróciłem na radiowe łono. Nie będę się powtarzać i opowiadać, jak układała się nasza wieloletnia współpraca. Ograniczę się do korespondencji prywatnej, która rozpoczęła się po moim odejściu z RWE w roku 1976 i przybrała przyjacielską formę po przejściu Jana Nowaka na emeryturę w roku następnym. Wówczas przestaliśmy być uzależnieni od siebie służbowo, a ponadto staliśmy się bliskimi sąsiadami, często odwiedzającymi się. Żyliśmy, co prawda, sprawami polskimi (ja pracując jeszcze w Głosie Ameryki, Jan zaś, z wolnej stopy, jako konsultant do spraw Europy Środkowo-Wschodniej i mediów przy Radzie Bezpieczeństwa USA, a także członek rady dyrektorów Kongresu Polonii Amerykańskiej), lecz zawsze znajdowaliśmy czas dla siebie; by razem wybrać się na wycieczkę, na polski film do Ambasady RP, przedstawienie teatralne, wystawę sztuki, a nawet na polowanie. Czuliśmy, że jest to nam potrzebne, że będąc razem czujemy się dobrze, odpoczywamy. W czasie osobistych wspólnych wypraw i wizyt Jan był uroczy, tryskał dowcipem, interesował się też dosłownie wszystkim, co w jakiś sposób wiązało się z moją rodziną - z synem, którego bardzo lubił, z córką, a nawet z moją wnuczką, z którą bawił się zabawkami, gdy miała zaledwie 2 latka. I tak było do powrotu Jana na stałe do Polski w roku 2002. I znów zaczęła się korespondencja... W marcu roku następnego Jan odwiedził po raz ostatni Stany Zjednoczone. Gdy powrócił z nich do Polski, napisał: "Dojechałem bardzo zmęczony, ale jeszcze żyję. Dziękuję Wam najserdeczniej za urocze chwile spędzone w waszym domu. Dobrze jest mieć takich przyjaciół jak Wy... czekam na okazję, by się wam odwdzięczyć w Warszawie".

Odwiedziliśmy go na Czerniakowskiej; ja dwukrotnie. Po raz drugi na przełomie sierpnia i września ubiegłego roku, zaniepokojony treścią jego lipcowej korespondencji, o której wspomniałem na początku. W faksie datowanym 27 lipca Jan tak bowiem napisał, m.in. pod wpływem moich troskliwych nalegań: "Odpowiadam z miejsca na Twój serdeczny list z 27 bm. Wydaje mi się, że nie zdajesz sobie sprawy z mego stanu fizycznego. Czuję się wciąż b. osłabiony i unikam wszelkiego wysiłku. Odpowiadania na pytania dziennikarzy i występów przed kamerami nie unikam, bo to jest jedyna pożyteczna rzecz, na jaką mnie stać. Natomiast korespondencji nie prowadzę w ogóle, bo odpowiadanie na listy zabrałoby mi cały mój czas. Jestem Ci wdzięczny za troskę o moje sprawy... Żyję w dobrych warunkach z uczuciem, że wszystko mam już za sobą i czas spokojnie odejść" (podkr. - MW).

Te ostatnie słowa Jana i wiadomości od lekarzy o jego postępującej chorobie sprawiły,że poleciałem do Polski i zatrzymałem się u niego w "moim" - jak zawsze podkreślał - pokoju. Czułem, że cieszy się, iż jesteśmy znów razem, co można zauważyć na reprodukowanej fotografii. Mówiliśmy sporo o przeszłości i o Fundacji Jana i Jadwigi Nowak-Jeziorańskich, którą powołał w zeszłym roku jako jedynego swego spadkobiercę i która już przekazała większość majątku śp. Fundatora, w tym jego kolekcje sztuki, księgozbiory i archiwa Zakładowi Narodowemu im. Ossolińskich we Wrocławiu.

Podczas tego ostatniego naszego spotkania starałem się też załatwić - jak zawsze - sporo spraw praktycznych. Kupiłem Janowi sterowane elektrycznie łóżko szpitalne z materacem przeciwodleżynowym, a także usiłowałem zorganizować hospitalizację domową z fachową fizykoterapią. Te ostatnie próby z różnych powodów, o których nie chciałbym w tym miejscu mówić, nie przyniosły pożądanych rezultatów. I to mimo nalegań kilku Jana przyjaciół i osobistego lekarza. Tym niemniej łóżko szpitalne, piękny mebel produkcji polskiej, który zdobyłem w Łomiankach, Jan nazwał z humorem moim imieniem i nazwiskiem... Ale choroba dawała się coraz bardziej we znaki, Jan przestał właściwie chodzić. Pod koniec ubiegłego roku wymieniliśmy jeszcze dwa faksy. W listopadowym pisał mi m.in.: "Moja głowa funkcjonuje sprawnie. Gorzej jest z wysiłkiem fizycznym. Daje się odczuć ogólne osłabienie. Na szczęście życie mam dobrze zorganizowane, tyle że monotonne". Potem kilka słów o Wiśce, czyli o "Grecie", że też "w ostatnich latach nie wychodziła prawie z domu i nie miała własnego kręgu znajomych-przyjaciół. Oprócz Walickich". A na zakończenie w odpowiedzi na moje pytanie, kto ma pisać "rozdział amerykański" jego biografii, wyjaśniał: "Nikt niczego nie napisze o moim amerykańskim rozdziale, jeśli nie zapozna się z korespondencją z tego okresu, zdeponowaną w Ossolineum. Nie mam pojęcia, kim jest p. N. i nie zamierzam obdarzać zaufaniem człowieka całkowicie obcego...".

W grudniu ub.r. wyjeżdżałem na Florydę i zawiadomiłem o tym Jana. Otrzymałem odpowiedź kończącą się takim zdaniem: "Czy możesz na wszelki wypadek podać datę wyjazdu i powrotu z Florydy jak również numer faxu i e-mailu w czasie wakacji. Nie będę Cię niepokoił bez potrzeby. Ściskam Was i całuję najserdeczniej". Były to ostatnie jego słowa skierowane do mnie. I choć nie odpowiedział już mi na faks sprzed zaledwie dwóch tygodni, dał w pełni dowód, że choć stawał się coraz słabszy i miał pełną świadomość, że umiera i traci bieżącą pamięć, do końca nie zapomniał o naszej starej, wypróbowanej przez ponad pół wieku przyjaźni.

Żegnaj Janku, drogi i wierny Przyjacielu, Twoje długie życie będzie na zawsze przykładem, co znaczy służba dla Ojczyzny.

Falls Church, 21 stycznia 2005 r.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail