Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Dyskont umysłowy
Znowu przemierzam ojczyznę z południa ku stolicy, obserwując
zmiany w kondycji krajobrazu - i obrazu kraju. Ponieważ jadę,
jak zwykle, autobusem, mam czas na patrzenie, czytanie i podglądanie
obyczajowości współpodróżników. Obserwuję oto, że znacznie
wzrosło w Polsce czytelnictwo: większość zaczytana w tym samym
tytule: Fakt. Ludzie najwyraźniej lubią fakty. Na przykład
lubią wiedzieć, GDZIE Adam Mickiewicz spłodził Pana Tadeusza,
Juliusz Słowacki Beniowskiego, Cyprian Norwid Promethidiona,
Czesław Miłosz Zniewolony umysł, Marek Hłasko Pięknych
dwudziestoletnich. O ile, oczywiście, tym pięknym dwudziestoletnim
i szpetnym czterdziestoletnim (oraz jednej siostrze zakonnej,
pozostającej poza wszelką kategoryzacją) mówią cokolwiek podane
nazwiska. I o ile znajdą te fakty w Fakcie.
W mieście powstania wymienionych utworów ukazywał się także
najważniejszy polski periodyk wszech czasów, ukazały się też
najważniejsze książki okresu powojennego. Nie jest tym miastem
ani Warszawa, ani nawet Kraków. I gdyby spojrzeć na mapę literatury
polskiej, najwięcej białych plam widać za oknem sanosa. I
to nie tylko z powodu obfitych opadów śniegu. Po prostu niewdzięczni
jak zwykle emigranci pozostali na radosnym Zachodzie, zamiast
wrócić i dzielić z rodakami trudny los swego narodu. Takie
słyszę często opinie, wypowiadane przez ekspertów od wszystkiego,
czyli krajową elitę artystyczną i polityczną. Tak więc zamiast
wrócić i dzielić, w Brukseli został Marian Pankowski, w Londynie
Józef Łobodowski, w Monachium Włodzimierz Odojewski, w Buenos
Aires Witold Gombrowicz, w Neapolu Gustaw Herling-Grudziński,
w Nowym Jorku... Dość. Nie starczyłoby miejsca na listę nieobecności
z powodu pobytu w Ameryce. Rzecz w tym, że największe dzieła
literatury polskiej powstały w przytłaczającej większości
poza Polską. Tymczasem twórczość współczesnych emigrantów
jest nadal w Polsce złem koniecznym, piątym kołem u wozu,
kwiatkiem u kożucha, zawalidrogą w wyścigu do wydawców, niezdrową
konkurencją, zagrożeniem dla krajowych asów pióra i klawiatury.
Na dworcu w Ostrowcu Świętokrzyskim przy luksusowym autobusie
idącym do Anglii "dziki tłum", jak stwierdza mój sąsiad. Emigracja
zarobkowa, wyprawa po złote runo. Nie tak dawno do Anglii
wyprawiali się z okupowanej Polski kurierzy. Teraz jest podobnie,
co innego tylko przewożą ci młodzi ludzie. Przede mną student
w okularkach, jak z piosenki Osieckiej i Abramowa, zaczytany
w Stąd do wieczności Jamesa Jonesa. Jeszcze nie wyjechał
czy może już wrócił? W radiu powtarzają krzykliwą reklamę
książki wydanej właśnie przez Gazetę Wyborczą. Adam
Michnik tymczasem przeniósł się do słonecznej Italii, o czym
przypomniałem sobie czytając ponownie zabranego na drogę Kuriera
z Warszawy Jana Nowaka-Jeziorańskiego.
Na wysokości Padwi Narodowej dotarłem w lekturze do opisu
lotu Jana Nowaka z Brindisi we Włoszech do Polski. Akcja "Most
II"I z lipca 1944 r. o mało nie stała się dla jej uczestników
wyprawą do wieczności, a życie zawdzięczają, o paradoksie,
tchórzostwu Niemców oraz zimnej krwi dwóch pilotów. Pan Jan
z niewiadomych dla mnie powodów nazwisko polskiego pilota
legendarnej dakoty, która wywiozła z kraju elementy rakiety
V-2, podał jedynie w indeksie, cytując za to Nowozelandczyka
Culliforda, będącego pilotem pierwszym, ale nie najważniejszym.
Niestety, nie zapytam już o ten mało znaczący fakt Pana Jana,
gdyż poszybował do wieczności na skrzydłach wdzięcznej i wiecznej,
mam nadzieję, pamięci Polaków (jak i Amerykanów, choć prezydent
Bush przegapił w swej o Zmarłym wypowiedzi największą misję
i pasję Zdzisława Jeziorańskiego - Rozgłośnię Polską Radia
Wolna Europa).
Tym zakonspirowanym na kartach pamiętnika pilotem jest Kazimierz
Szrajer mieszkający dziś w pobliżu Barry's Bay na ontaryjskich
Kaszubach. Wiele lat po wojnie Szrajer z Nowakiem spotkali
się w Toronto na jednym z odczytów. Wymienili ciekawe powitania.
Nowak: "A to pan"? Szrajer: "A to pan"? I uścisnęli sobie
mocno dłonie. Dwaj mocarze tamtej wojny, ryzykujący wielokrotnie
życie, z trudem powstrzymywali łzy wzruszenia. Kurier "Zych"
leciał do Polski z lądowaniem, gdyż wcześniej złamał sobie
rękę i nie mógł skakać. Ciarki przechodzą po plecach przy
lekturze: skok w środku nocy, w środku wojny, w środek okupowanego
kraju. To lądowanie też nie było spacerkiem. Postój na łące
miał potrwać sześć minut, trwał ponad godzinę. Dakota ugrzęzła.
Niemcy stacjonowali osiemset metrów dalej, w wiosce Wał Ruda.
Stu ludzi z dwoma działkami. Musieli słyszeć i widzieć zapalone
reflektory. Raczej nie myśleli, że to niemieckie maszyny;
był to oddział obstawy lotnisk, znający się na typach samolotów.
Rosjanie napierali, trwała dość bezładna niemiecka ucieczka.
Zapewne nie chcieli na koniec przegrywanej wojny narażać życia.
Gdy jadę wzdłuż Wisły, myślę o tej wąskiej w sumie strudze
wody, która odegrała w dziejach Polski i świata tak wielką
rolę. Główna aorta kraju, uregulowana, ale wciąż groźna, gdy
nieoczekiwana wiosna znów zaskoczy powodzią. Tymczasem płynie
przez Polskę brudna, spieniona rzeka bezduszności, a na jej
falach splamione ubeckimi paluchami teczki. Dziwny to kraj,
radosny i smutny zarazem, wygrywający bitwy, przegrywający
w czasach pokojowych. Bohaterowie mieszają się z gnidami,
zatarciu i wymazaniu gumką myszką uległo pojęcie prawdy. Kłamcy
lustracyjni mieszają się ludziom z kłamcami ilustracyjnymi.
Niezrozumienie błędu czarnej kreski jest powszechne.
W miejscowości Młynek szczupła sąsiadka rozwinęła z tłustego
papieru drugą już, ogromną bułkę z kiełbasą. Ta bułka jest
jak rzeczywistość polska - i smaczna, i smutna jednocześnie.
Smutek polskiej bułki z kiełbasą to temat na osobny felieton
lub dysertację naukową. Młynek też okazał się pechowy. Kierowca
stwierdził utratę powietrza w kole i prosi przez komórkę kolegę-kierowcę
o zaczekanie na nas w sąsiedniej miejscowości. Przesiadamy
się grzecznie i zgodnie, nikt nie narzeka na ciężki los. A
najciekawszy jest polski las, zasypany śniegiem, młody i tajemniczy.
Ciekawe są też napisy, jakie wyłaniają się z tego lasu na
wysokości Radomia. Świadczą o dominującej w świecie literatury
polskiej - literaturze krajowej. Przy napisie Radom - tablica
Eldorado. I słusznie, bo Radom to prawdziwe eldorado dla producentów
tablic reklamowych. Są one jedynymi kolorowymi elementami
zżeranego liszajami murów zaniedbanego miasta. Pasują do niego
napisy w rodzaju "Stacja demontażu samochodów"; "Kominki z
duszą"; "Krzyżówki z głową"; "Fajerwerki, petardy, pirotechnika";
"Dyskont przemysłowy" - z dopiskiem kredą "dyskont umysłowy".
Czarna tablica z rozkazem "Rzuć palenie" na tle pustego parku
wygląda jak cmentarna klepsydra.
Gdy wysiadamy w stołecznej Warszawie na obskurnym Dworcu
Zachodnim, na siedzeniach sanosa pozostają rażąco kolorowe
numery zaczytanego na śmierć Faktu.
|
|