[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 28 stycznia 2005


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Dyskont umysłowy

Znowu przemierzam ojczyznę z południa ku stolicy, obserwując zmiany w kondycji krajobrazu - i obrazu kraju. Ponieważ jadę, jak zwykle, autobusem, mam czas na patrzenie, czytanie i podglądanie obyczajowości współpodróżników. Obserwuję oto, że znacznie wzrosło w Polsce czytelnictwo: większość zaczytana w tym samym tytule: Fakt. Ludzie najwyraźniej lubią fakty. Na przykład lubią wiedzieć, GDZIE Adam Mickiewicz spłodził Pana Tadeusza, Juliusz Słowacki Beniowskiego, Cyprian Norwid Promethidiona, Czesław Miłosz Zniewolony umysł, Marek Hłasko Pięknych dwudziestoletnich. O ile, oczywiście, tym pięknym dwudziestoletnim i szpetnym czterdziestoletnim (oraz jednej siostrze zakonnej, pozostającej poza wszelką kategoryzacją) mówią cokolwiek podane nazwiska. I o ile znajdą te fakty w Fakcie.

W mieście powstania wymienionych utworów ukazywał się także najważniejszy polski periodyk wszech czasów, ukazały się też najważniejsze książki okresu powojennego. Nie jest tym miastem ani Warszawa, ani nawet Kraków. I gdyby spojrzeć na mapę literatury polskiej, najwięcej białych plam widać za oknem sanosa. I to nie tylko z powodu obfitych opadów śniegu. Po prostu niewdzięczni jak zwykle emigranci pozostali na radosnym Zachodzie, zamiast wrócić i dzielić z rodakami trudny los swego narodu. Takie słyszę często opinie, wypowiadane przez ekspertów od wszystkiego, czyli krajową elitę artystyczną i polityczną. Tak więc zamiast wrócić i dzielić, w Brukseli został Marian Pankowski, w Londynie Józef Łobodowski, w Monachium Włodzimierz Odojewski, w Buenos Aires Witold Gombrowicz, w Neapolu Gustaw Herling-Grudziński, w Nowym Jorku... Dość. Nie starczyłoby miejsca na listę nieobecności z powodu pobytu w Ameryce. Rzecz w tym, że największe dzieła literatury polskiej powstały w przytłaczającej większości poza Polską. Tymczasem twórczość współczesnych emigrantów jest nadal w Polsce złem koniecznym, piątym kołem u wozu, kwiatkiem u kożucha, zawalidrogą w wyścigu do wydawców, niezdrową konkurencją, zagrożeniem dla krajowych asów pióra i klawiatury.

Na dworcu w Ostrowcu Świętokrzyskim przy luksusowym autobusie idącym do Anglii "dziki tłum", jak stwierdza mój sąsiad. Emigracja zarobkowa, wyprawa po złote runo. Nie tak dawno do Anglii wyprawiali się z okupowanej Polski kurierzy. Teraz jest podobnie, co innego tylko przewożą ci młodzi ludzie. Przede mną student w okularkach, jak z piosenki Osieckiej i Abramowa, zaczytany w Stąd do wieczności Jamesa Jonesa. Jeszcze nie wyjechał czy może już wrócił? W radiu powtarzają krzykliwą reklamę książki wydanej właśnie przez Gazetę Wyborczą. Adam Michnik tymczasem przeniósł się do słonecznej Italii, o czym przypomniałem sobie czytając ponownie zabranego na drogę Kuriera z Warszawy Jana Nowaka-Jeziorańskiego.

Na wysokości Padwi Narodowej dotarłem w lekturze do opisu lotu Jana Nowaka z Brindisi we Włoszech do Polski. Akcja "Most II"I z lipca 1944 r. o mało nie stała się dla jej uczestników wyprawą do wieczności, a życie zawdzięczają, o paradoksie, tchórzostwu Niemców oraz zimnej krwi dwóch pilotów. Pan Jan z niewiadomych dla mnie powodów nazwisko polskiego pilota legendarnej dakoty, która wywiozła z kraju elementy rakiety V-2, podał jedynie w indeksie, cytując za to Nowozelandczyka Culliforda, będącego pilotem pierwszym, ale nie najważniejszym. Niestety, nie zapytam już o ten mało znaczący fakt Pana Jana, gdyż poszybował do wieczności na skrzydłach wdzięcznej i wiecznej, mam nadzieję, pamięci Polaków (jak i Amerykanów, choć prezydent Bush przegapił w swej o Zmarłym wypowiedzi największą misję i pasję Zdzisława Jeziorańskiego - Rozgłośnię Polską Radia Wolna Europa).

Tym zakonspirowanym na kartach pamiętnika pilotem jest Kazimierz Szrajer mieszkający dziś w pobliżu Barry's Bay na ontaryjskich Kaszubach. Wiele lat po wojnie Szrajer z Nowakiem spotkali się w Toronto na jednym z odczytów. Wymienili ciekawe powitania. Nowak: "A to pan"? Szrajer: "A to pan"? I uścisnęli sobie mocno dłonie. Dwaj mocarze tamtej wojny, ryzykujący wielokrotnie życie, z trudem powstrzymywali łzy wzruszenia. Kurier "Zych" leciał do Polski z lądowaniem, gdyż wcześniej złamał sobie rękę i nie mógł skakać. Ciarki przechodzą po plecach przy lekturze: skok w środku nocy, w środku wojny, w środek okupowanego kraju. To lądowanie też nie było spacerkiem. Postój na łące miał potrwać sześć minut, trwał ponad godzinę. Dakota ugrzęzła. Niemcy stacjonowali osiemset metrów dalej, w wiosce Wał Ruda. Stu ludzi z dwoma działkami. Musieli słyszeć i widzieć zapalone reflektory. Raczej nie myśleli, że to niemieckie maszyny; był to oddział obstawy lotnisk, znający się na typach samolotów. Rosjanie napierali, trwała dość bezładna niemiecka ucieczka. Zapewne nie chcieli na koniec przegrywanej wojny narażać życia.

Gdy jadę wzdłuż Wisły, myślę o tej wąskiej w sumie strudze wody, która odegrała w dziejach Polski i świata tak wielką rolę. Główna aorta kraju, uregulowana, ale wciąż groźna, gdy nieoczekiwana wiosna znów zaskoczy powodzią. Tymczasem płynie przez Polskę brudna, spieniona rzeka bezduszności, a na jej falach splamione ubeckimi paluchami teczki. Dziwny to kraj, radosny i smutny zarazem, wygrywający bitwy, przegrywający w czasach pokojowych. Bohaterowie mieszają się z gnidami, zatarciu i wymazaniu gumką myszką uległo pojęcie prawdy. Kłamcy lustracyjni mieszają się ludziom z kłamcami ilustracyjnymi. Niezrozumienie błędu czarnej kreski jest powszechne.

W miejscowości Młynek szczupła sąsiadka rozwinęła z tłustego papieru drugą już, ogromną bułkę z kiełbasą. Ta bułka jest jak rzeczywistość polska - i smaczna, i smutna jednocześnie. Smutek polskiej bułki z kiełbasą to temat na osobny felieton lub dysertację naukową. Młynek też okazał się pechowy. Kierowca stwierdził utratę powietrza w kole i prosi przez komórkę kolegę-kierowcę o zaczekanie na nas w sąsiedniej miejscowości. Przesiadamy się grzecznie i zgodnie, nikt nie narzeka na ciężki los. A najciekawszy jest polski las, zasypany śniegiem, młody i tajemniczy.

Ciekawe są też napisy, jakie wyłaniają się z tego lasu na wysokości Radomia. Świadczą o dominującej w świecie literatury polskiej - literaturze krajowej. Przy napisie Radom - tablica Eldorado. I słusznie, bo Radom to prawdziwe eldorado dla producentów tablic reklamowych. Są one jedynymi kolorowymi elementami zżeranego liszajami murów zaniedbanego miasta. Pasują do niego napisy w rodzaju "Stacja demontażu samochodów"; "Kominki z duszą"; "Krzyżówki z głową"; "Fajerwerki, petardy, pirotechnika"; "Dyskont przemysłowy" - z dopiskiem kredą "dyskont umysłowy". Czarna tablica z rozkazem "Rzuć palenie" na tle pustego parku wygląda jak cmentarna klepsydra.

Gdy wysiadamy w stołecznej Warszawie na obskurnym Dworcu Zachodnim, na siedzeniach sanosa pozostają rażąco kolorowe numery zaczytanego na śmierć Faktu.

 

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail