[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 28 stycznia 2005


ANDRZEJ ZWANIECKI

Nowojorska kronika
(film)

Pilot w Hollywood,
Fantom w operze,
młokos w firmie

W filmowej biografii Howarda Hughesa Scorsese nie traci czasu na ukazywanie dzieciństwa i wczesnej młodości milionera, producenta i reżysera filmowego, pilota i konstruktora samolotów oraz uwodziciela. Akcja Aviatora zrywa się do ostrego startu i szybko zamienia w kalejdoskopowy wir wydarzeń, którego dynamika i wizualna błyskotliwość oszołamiają.

Dwudziestokilkuletni Hughes (Leonardo DiCaprio) kręci właśnie wojenny film o lotnikach i kamera przyłapuje go, gdy pędząc przez połowę lotniska wydaje instrukcje i załatwia liczne sprawy. Film wzbija się w powietrze i nurkuje z powrotem na ziemię oraz przeskakuje z miejsca na miejsce w szalonym strumieniu barwnych obrazów. Kamera zdaje się nie przystawać nawet na chwilę, najwyraźniej w obawie, że może nie nadążyć za będącym stale w ruchu, tryskającym energią i entuzjazmem bohaterem.

Reżyser z równą brawurą tworzy sekwencję katastrofy pilotowanego przez bohatera samolotu, co sceny jego romansu z Katherine Hepburn (Cate Blanchett). Stylistyczna biegłość Scorsese nigdy wcześniej nie manifestowała się tak dobitnie i rozrywkowo i żaden inny film minionego roku nie daje tak czystej kinowej frajdy jak ta część Aviatora.

DiCaprio gra Hughesa jako postać na granicy natchnionego szaleństwa i szalonej determinacji. Młody outsider, który chce się przebić w dwóch najbardziej eksponowanych dziedzinach owych czasów - lotnictwie i Hollywood - uosabia wizjonerstwo, przedsiębiorczość, próżność, arogancję i hucpę. W filmie te cechy stapiają się w kolorowy amalgamat zdobywczego amerykanizmu.

Aviator początkowo dyskretnie ukazuje manię prześladowczą bohatera i jego obsesję na punkcie bakterii. Gdy jednak zaczyna zajmować się tymi fobiami na dobre, akcja traci rozpęd, a narracja zaczyna kręcić się w miejscu. W scenach rozgrywających się w prywatnej sali projekcyjnej, w której bohater izoluje się od świata, wizualna inwencja Scorsese sięga szczytu i liczne obrazy, rozpatrywane każdy z osobna, zyskują wyrafinowaną urodę. Ale reżyser zamiast zgłębić za ich pośrednictwem mroki duszy bohatera, ślizga się po jej powierzchni. I co gorsza, nie potrafi stopić dwóch stron jego psychiki w jeden głęboki, przekonujący portret.

Nie polepsza sprawy motyw przechowywanego pieczołowicie przez bohatera reliktu dzieciństwa, który ma, zdaje się, odgrywać rolę symbolicznego klucza do jego osobowości na wzór "Rosebud" w Obywatelu Kane. Scorsese najwyraźniej zresztą mierzy się tu z osiągnięciem Wellesa, ale porównania niejednokrotnie nie wypadają na jego korzyść. Szczególnie, że w drugiej, przydługiej części z centrum filmu wypierają bohatera stereotypowe machinacje biznesowe szefa linii lotniczych PanAm (Alec Baldwin) i jego skorumpowanego sojusznika, senatora Brewstera (Alan Alda).

Scorsese nakręcił Aviatora z wielkim rozmachem i stworzył w nim kawałki widowiskowego, brawurowego kina. Ale ostatecznie, podobnie jak w Gangach Nowego Jorku, usiłował objąć nim zbyt dużo, aby stworzyć dzieło doskonałe. Jak Hughes, Scorsese mierzy bardzo wysoko i czasem ponosi porażkę. Ale gdy triumfuje, jego triumf jest nieraz gorzki lub niepełny.

*

Musical na ekranie kinowym to sztuczność do kwadratu - teatralna umowność, która staje się bardziej umowna, kiedy aktorzy zamiast mówić wybuchają... śpiewem. Phantom of the Opera w kinie to sztuczność pomnożona przez kicz wystawnej ekranizacji, z której wieje zabójczą nudą. Ekranizacja musicalu Andrew Lloyda Webera przypomina broadwayowską inscenizację Harolda Prince'a, tyle że napompowana wizualnymi sterydami spada na głowę nieprzeczuwającego niczego widza jak ciężka pluszowa kanapa z wszystkimi przykrymi tego skutkami.

Historia młodej chórzystki operowej Christine (Emmey Rossum), szkolonej i promowanej na diwę przez zakochanego w niej Phantoma (Gerard Butler), tak doszczętnie zwietrzała, że nie jest w stanie wywołać żadnych emocji. Mieszkający w podziemiach opery paryskiej Fantom z powieści Gastona Leroux, na której musical i film oparto, nie budzi już grozy, jego miłość - wzruszenia, a los targanej sprzecznymi uczuciami bohaterki - współczucia. Bo Fantom jest szpetny pod teatralną maską, a o jej rękę ubiega się również przyjaciel z dzieciństwa Raoul de Chagny (Patrick Wilson).

W teatrze brak emocjonalnego rezonansu nie byłby wielkim zarzutem. Musicale, jak dawne operetki, sygnalizują jedynie uczucia jako pretekst do pląsów i pieśni splecionych wokół mniej lub bardziej romantycznych perypetii. Kino obnaża te sygnały uczuciowo jako jałowe rytuały i puste gesty. Co gorsza, w przypadku Phantom of the Opera wobec wątłej historii i perypetii starcza na krótko.

Na Broadwayu Prince, korzystając ze skromnych, ale dostatecznych możliwości zawartych w melodramie Webera, zainscenizował pierwszy akt jako zabawny pastisz, a chwilami wręcz parodię opery. Gorzej było z resztą, która ciągnęła się nieznośnie w tonie płaczliwie-żałobnym.

W filmie reżyser Joel Schumacher postanowił zgalwanizować trupa aplikując mu szminkę, róż i zastrzyk filmowej wirtuozerii. Kamera szaleje więc w filmie jak w sali balowej podstarzała, lecz pełna energii kokota, której wydaje się, że najlepsze lata ma wciąż przed sobą. Ta ekwilibrystyka, która miała zdaje się zdynamizować statyczną historię, po kilku chwilach okazuje się tak męcząca, że człowiek marzy, aby ktoś zaaplikował filmowi środek uspokajający.

Obrazy są przy tym tak zagracone, tak wypchane po brzegi wizualną materią, że chwilami film ma trudności ze złapaniem oddechu. Teatr operowy, który w oryginale znajdował się na krawędzi plajty, tu wygląda tak, jakby miał budżet Pentagonu i inwestował w obicia, dekoracje, kostiumy, żyrandole, złocenia itp. Wulgarny przepych rzuca się w oczy od progu jak w domu nowobogackich.

Niemniej jest to najlepsze, co film ma do zaoferowania. Główną rolę gra w nim naprawdę nie Phantom czy Christina, lecz żyrandol, którego żaden z żywych aktorów nie jest w stanie przyćmić. Na jego korzyść przemawia też to, że nie musi się zmagać ze łzawo-pompatycznymi "ariami" Webera. Kiedy więc w przedwczesnej kulminacji spada na scenę jak rozjarzony meteor z jasnego nieba, jest to jedyny w filmie moment grozy i tragedia zarazem.

*

Kiedy wielka firma medialna rozbija w puch staroświecką kulturę biznesową czasopisma sportowego w In Good Company, obrazy kataklizmu są jak podmuch świeżego powietrza w magazynie hollywoodzkich stereotypów. Ten orzeźwiający przeciąg nie trwa jednak długo i wkrótce zastępuje go woń stęchlizny.

Przejęcie przez wielki biznes tygodnika Sports America wywołuje "trzęsienie ziemi" w biurach tego ostatniego. Jedną z jego ofiar jest szef reklamy Don (Dennis Quaid), który traci stanowisko na rzecz o połowę młodszego Cartera (Topher Grace). Don, zdegradowany do roli asystenta Cartera, nie kryje pogardy dla pozbawionego doświadczenia młokosa, który nie potrafi ukryć ani podniecenia awansem, ani niepewności z nim związanej. Ze względu na sytuację rodzinną Dan nie może sobie jednak pozwolić na honorowe odejście, a niezrażony jego niechęcią Carter usiłuje się z nim zaprzyjaźnić. Przy okazji zakochuje się w jego córce Alex (Scarlett Johansson), która właśnie została przyjęta na dobry nowojorski uniwersytet.

Scenarzysta i reżyser filmu Paul Weitz pokazuje zamieszanie związane z przejmowaniem firmy przez nowego, potężnego właściciela przekonująco i z satyrycznym zacięciem. W odróżnieniu od większości hollywoodzkich filmów na podobny temat nie demonizuje "młodego wilka" ani nie gloryfikuje tradycyjnych wartości biznesowych, uosabianych przez firmowego weterana. Zaś Quaid i Grace tworzą w rolach niechętnych antagonistów wyraziste, ale niejednoznaczne postacie, dzięki czemu stosunki między nimi pozbawione są typowych dla stereotypu drapieżnego kapitalizmu konfliktowych przejaskrawień.

Weitz jednak najwyraźniej nie wie, co z tą interesującą sytuacją zrobić, i film zamiast iść szlakiem nabrzmiałego dramatycznie wątku korporacyjnej fuzji, zbacza na boczny tor i stacza się w bagno konwencjonalnej komedii romantycznej. Perypetie miłosne Cartera i Alex, którzy ukrywają swój związek przed Danem, są girlandą zwiędłych pomysłów pozbieranych z telewizyjnych komedii sytuacyjnych.

W finale Weitz usiłuje przywrócić zachwianą równowagę narracyjną i stanąć na twardym gruncie. Ale robi to za późno i na dodatek w rozpaczliwym stylu, sięgając po koło ratunkowe nieśmiertelnej finałowej mowy. O ile psychologicznie wygarnięcie przez Dana prawdy nowemu dyrektorowi (Malcom McDowell) jest wiarygodne, to nawet w przybliżeniu nie przypomina przewrotnej puenty, której można się spodziewać na początku filmu.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail