EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skażonej strefy
Przyjechał
Krzysztof Szymborski z Ameryki. Emigrant stanu wojennego,
całkowicie zasymilowany, z dobrą pozycją zawodową i społeczną,
dobrym statusem materialnym. Nie posiada się ze zdziwienia:
- Czego wy chcecie? Co wy sobie wyobrażacie? Te wasze wieczne
utyskiwania to chyba rak III Rzeczpospolitej... Jestem tu
co kilka miesięcy i coraz piękniej, coraz lepiej, coraz wygodniej,
coraz luksusowiej. Polska wydaje mi się krajem cudu. Żeby
przez piętnaście lat tak się poprawiło... A te twoje, Ewa,
jojczenia w "Kartkach", że źle, że paskudzimy Polskę, że marnujemy
szansę, że piękny most Siekierkowski zamiast zjazdu na autostradę
kończy się łączką; a to chodniki koślawe, jezdnie w dziurach,
z których strzela brudna woda na odzież przechodniów; a te
stojące miesiącami "bezrobotnie" wielkie dźwigi i spychacze
na głównych arteriach; a podwyżki co rusz, jak nie tędy, to
owędy. Już nie mówiąc o nepotyzmie, korupcji, bandytyzmie
- otóż te powtarzające się biadolenia w twoich ustach, droga
Ewo, to dlatego, że masz depresję.
Ja mam lepszy ogląd - Krzysztof kontynuuje tyradę - bo przyjeżdżam
tu regularnie co jakiś czas i za każdym razem olśniewa mnie
zmiana na lepsze.
- To dlaczego nie przeniesiesz się na stałe do Polski? -
spytałam retorycznie.
Retorycznie, ponieważ znałam odpowiedź, i myślę, znał ją
mój rozmówca. Owszem, my, Polacy, narzekamy: ostatnio, na
przykład, że podniosą nam opłaty za prąd. Rządzący w odpowiedzi
chwytają się ogranych chwytów: - Niemcy płacą za prąd dwa
razy więcej. Wtedy moja ulubiona profesor Zyta Gilowska, minister
finansów w przyszłym rządzie Platformy Obywatelskiej, odpowiada:
- Ale Niemcy zarabiają przeciętnie sześć razy więcej. W tym
duchu toczy się argumentacja...
Skoro przy Niemcach. Zwyciężeni, pobici, dostali w nagrodę
arcyhojny plan Marshalla, czyli górę dolarów. Ale - spójrzcie
- jak szybko ją umiejętnie spożytkowali na najpierwsze publiczne
cele: odbudowę, infrastrukturę i przemysł. Były nadużycia?
Zapewne były. Gdzież ich nie ma? Ale nie na tak drapieżną
skalę jak u naszych rekinów-żarłaczy, nigdy nienasyconych
- jakby mutantów Polaków.
Nasza bieda nie rzuca się w oczy tak jaskrawo jak restauracje,
coraz liczniejsze, coraz okazalsze, coraz droższe zajazdy
przy głównych drogach, oglądane z okien wynajętego samochodu.
Sama zachwycam się tak zwanym warszawskim Dzikim Zachodem,
czyli niedawnymi jeszcze gruzami, przed wojną dzielnicą bardzo
biedną, a dziś przypominającą coś na kształt Broadwayu.
Ulica Grzybowska w moich czasach studenckich liczyła jeden
odrapany dom, w którym wynajmowała pokój koleżanka Zula Zbisławska.
Wyemigrowała potem i stała się bogata. Zmarła tragicznie na
wymarzonym Zachodzie. W jej śmierci upatruję - może mylnie
- elementu choroby emigracyjnej. W początkach lat 80. ub.
wieku było coś chorego w pozbywaniu się polskości na siłę...
Nie kontynuuję, bo ten temat rozsierdziłby nas do białości.
Powróćmy na dzisiejszą Grzybowską. Pierwszy burmistrz Śródmieścia
Jan Rutkiewicz zapowiadał przed piętnastu laty, że będzie
tu wielkomiejskie centrum. Nie domy pod sztancę, nie muchomory
drapaczy, ale przemyślane, załamujące się perspektywy, stanowiące
dla przechodnia, co rusz, niespodziankę dla oczu i wrażliwości.
Ostatnio mało się ruszam, ale ten widok mnie "ruszył". A jednak
i nam się coś udaje.
Małe miasta, gdy sensownie rządzone, też zaskakują. Taki
Sztum, weźmy, w Poznańskiem. Albo Białystok! Teresa Torańska,
która stamtąd pochodzi, ale nie była od lat, przecierała oczy.
Czy możliwe? Białystok, nie tylko centrum! - robi wrażenie
wielkomiejskie i wielonarodowe zarazem. Coś tajemniczego i
zaskakującego, Wschód z Zachodem. Nie tylko pałac Branickich,
gdzie mieści się uniwersytet ze smukłymi dziewczynami w czerni
wśród kawiarń nie przypominających stołecznych pubów. Czerń,
biel, i spokojna wytworność. Wierzyć nie chciałam. A budownictwo
mieszkaniowe! Niech się schowa Warszawka ze swoimi Ursynowami,
Kabatami, ostatnio Dębicami, które zastąpiły Świński Ryj,
czyli osiedla obecnych i upadłych notabli lewicy. Rezydencje
na zewnątrz pozbawione smaku, a wewnątrz - bunkry. Dlaczego?
Dlatego, że wielki pokój wymaga odpowiedniej wysokości. Tej
brak. Obowiązują normatywy. Wielkie pomieszczenie o niskim
stropie przypomina bunkier. Gdy wstawić tam antyki, prawdziwe
czy fałszywe (z reguły okazalsze) - dulszczyzna całą gębą.
Jakiego bym tematu nie chwyciła - źle. Taka moja pokręcona
natura. Rozgoryczona populistka, sympatyzująca z Platformą
Obywatelską i finansjerą. Podobnie mój syn, mieszkający w
USA Wojtek. Pracuje w "socjalu" (instruktor orientacji przestrzennej
niewidomych), głosuje na Busha, jest zażartym filosemitą i
miłośnikiem Afroamerykanów, zwłaszcza rodzaju żeńskiego. Sfiksowana
rodzinka.
Wracam do Krzysztofa Szymborskiego, zachwycającego się progresem,
jaki zrobiła Polska. Bóg zapłać. Pojawił się jednak problem.
Jak większość emigrantów, chował śliczną córkę Kasię na
first class Amerykankę. W pełni uprawnioną, bo tam się
urodziła. Mówił do niej po angielsku, mama po angielsku, tylko
biedna babcia, która ją wyhuśtała, nie mogła się z wnuczka
porozumieć. Kasia szykuje się do dyplomacji. Szkoła średnia
w Exeter, jak angielskie Eaton, tylko koedukacyjne, itp.,
itd. I co się okazuje: po diabła francuski, niemiecki, włoski.
Jak ktoś się nazywa Szymborski i nie zna polskiego - odpada.
Więc kursy w Krakowie odpowiednio wyrównały sprawę. Ale co
tam polski! Ukraiński! Rosyjski! Bantu! (Nieśmiało zauważam,
że kiedy Kasia nauczy się bantu - Bantu nie będzie). No, zobaczymy.
*
Stało się sprawą powszechną, o czym chyba już pisałam, że
śluby dzieci emigranckich odbywają się w Polsce. W pięknych
kościołach, przy pięknym Ave Maria, w pięknych strojach,
potem - w pięknych restauracjach, wesele. Duża liczba weselników.
Ogromna. Głównie młodych. - Ciociu - mówi mi siostrzenica
najczystszą polszczyzną (trzecie pokolenie urodzone w Londynie)
- ale oni wszyscy mówią tylko po angielsku!
Nie za bardzo interesują się Polską i Polakami. Więc po co?
Taniej - podejrzewam. Nawet wtedy, jeżeli wszyscy przelecą
Atlantyk tam i nazad na koszt rodziców młodożeńców.
*
Komisja Orlenu trwa. Znów frajda, bo przesłuchują Marka Modeckiego,
doradcę finansowego Jana Kulczyka. Dopadam telewizji i wsłuchuję
się w piękną swobodną polszczyznę świadka. Zeznaje kilkanaście
godzin. W jego dystans, w spokój podbity humorem, w merytoryczną
trafność. Przesłuchujący posłowie chcą go dopaść. Nie powiem,
"jak małe kundelki", którego to określenia użył kiedyś niefortunnie
ważny nasz hierarcha Kościoła. Nie. Wielu przesłuchujących
jest świetnie przygotowanych, inteligentnych, no, ale co zrobić
- na niższym poziomie.
Skąd się tacy jak Modecki biorą? Też przecież szalenie bogaty,
ale nie z państwowej ani samorządowej kasy. Pada pytanie o
ojca. Świetna kariera zawodowa. Ale to przecież nie wszystko,
choć wiele. Na pewno polscy miliarderzy wywodzą się częściowo
z tak zwanych spółek polonijnych, tajemniczych tworów, które
pojawiły się już w stanie wojennym lub zaraz po, łączonych
z klasą rządzącą, oraz z innej grupy, operującej w czasach
przełomu, zrównywania się wartości marki po połączeniu obu
krajów niemieckich. Ci są na ogół niższej proweniencji. Nie
po uniwersytetach, ale z komputerkami w głowie. Oblatywali
świat: tu sprzedał, tu kupił - i miał i, dajmy na to, założył
stację telewizyjną Polsat.
Tacy jak Kulczyk czy Modecki mają dogłębniejszą wiedzę finansową
i widzenie w dalszej perspektywie. Mają pewien poziom ogólny
z zakresu wiedzy humanistycznej. Jeżeli nawet nie zawsze praktykują,
to wiedzą, co znaczy słowo "moralność".
*
Zabrałam się do pisania książki, którą w myśli tytułuję Kozetka,
Piołun, Odtrącona - sprawa otwarta. Nie taję,
że wątkiem wiążącym ma być rodzaj mojej autopsychoterapii,
od urodzenia po śmierć, przecież bliską. Jak bywa u ludzi
starych, pamięć wsteczną mam doskonałą. Nachodzą mnie obrazy
wczesnego dzieciństwa, słowa, sytuacje, oświetlenie i uczucia,
jakich wówczas doznawałam. Z tym nie mam kłopotu. Kłopot pojawia
się wtedy, gdy chcę sprząc moje życie z życiem mojego pokolenia;
pokolenia, które pamięta przedwojnie, wojnę, stalinizm, komunizm,
wyzwolenie i teraźniejszość. Mało nas takich zostało, a sprawa
ważna wobec zaniedbań w oficjalnym nauczaniu historii najnowszej.
Dokumenty nie pokażą przyszłym badaczom kolorytu i nastrojów.
Możemy to zrobić tylko my, zwykli zjadacze chleba - najlepiej
dziennikarze. Dlatego dziennikarze, że regułą jest unikanie
lakiernictwa - pisanie "szczere". Przymiotnik "szczere" biorę
w cudzysłów, bo różnie ze szczerością bywa, zwłaszcza o sobie.
Nie mam z tym najmniejszych trudności, oczywiście założywszy,
że nie zamyślam babrania się w erotyzmach, intymnościach sypialni,
których zresztą, stanowczo do szczerości nie zaliczam.
Piszę skrótowo, może nawet zbyt skrótowo. Jednak trudno uchwycić
tak wielki szmat różnorakich epok, ich istotę, w małej książce.
"Musisz, bo małe najlepiej idą", mówią wydawcy.
Krytycy rozwodzą się nad szczerością świetnie skądinąd napisanej,
dowcipnej książki Z głowy Janusza Głowackiego. Ja nazwałabym
ją "historią pasma sukcesu". Bo tej głębszej szczerości w
niej mniej. Fakt, że autor podkreśla swoje zdrady miłosne,
przydaje mu tylko uroku. Brakuje mi jego felietonów. Tę rzadką
umiejętność posiadł Głowacki prawie jak Kisiel. Chociaż inaczej.
Ostatnio wielki u nas run na pamiętniki, wspomnienia, dzienniki.
Ja też tylko tego szukam w lekturach.
Warszawa, 20 stycznia 2005 r.
PS. Gołąbek Picassa na ścianie przeciętnego mieszkania w
Warszawie czy we Wrocławiu, gdzie odbywał się Kongres Intelektualistów,
który zaszczycił Picasso. Czytelnik pyta, co z nim. Zamalowany,
zatarty, znikł. Nikt o niego nie zadbał. Podobnie jak o freski
Brunona Schulza w Drohobyczu. Latami bez opieki.
|