PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 28 stycznia 2005


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skażonej strefy

Przyjechał Krzysztof Szymborski z Ameryki. Emigrant stanu wojennego, całkowicie zasymilowany, z dobrą pozycją zawodową i społeczną, dobrym statusem materialnym. Nie posiada się ze zdziwienia: - Czego wy chcecie? Co wy sobie wyobrażacie? Te wasze wieczne utyskiwania to chyba rak III Rzeczpospolitej... Jestem tu co kilka miesięcy i coraz piękniej, coraz lepiej, coraz wygodniej, coraz luksusowiej. Polska wydaje mi się krajem cudu. Żeby przez piętnaście lat tak się poprawiło... A te twoje, Ewa, jojczenia w "Kartkach", że źle, że paskudzimy Polskę, że marnujemy szansę, że piękny most Siekierkowski zamiast zjazdu na autostradę kończy się łączką; a to chodniki koślawe, jezdnie w dziurach, z których strzela brudna woda na odzież przechodniów; a te stojące miesiącami "bezrobotnie" wielkie dźwigi i spychacze na głównych arteriach; a podwyżki co rusz, jak nie tędy, to owędy. Już nie mówiąc o nepotyzmie, korupcji, bandytyzmie - otóż te powtarzające się biadolenia w twoich ustach, droga Ewo, to dlatego, że masz depresję.

Ja mam lepszy ogląd - Krzysztof kontynuuje tyradę - bo przyjeżdżam tu regularnie co jakiś czas i za każdym razem olśniewa mnie zmiana na lepsze.

- To dlaczego nie przeniesiesz się na stałe do Polski? - spytałam retorycznie.

Retorycznie, ponieważ znałam odpowiedź, i myślę, znał ją mój rozmówca. Owszem, my, Polacy, narzekamy: ostatnio, na przykład, że podniosą nam opłaty za prąd. Rządzący w odpowiedzi chwytają się ogranych chwytów: - Niemcy płacą za prąd dwa razy więcej. Wtedy moja ulubiona profesor Zyta Gilowska, minister finansów w przyszłym rządzie Platformy Obywatelskiej, odpowiada: - Ale Niemcy zarabiają przeciętnie sześć razy więcej. W tym duchu toczy się argumentacja...

Skoro przy Niemcach. Zwyciężeni, pobici, dostali w nagrodę arcyhojny plan Marshalla, czyli górę dolarów. Ale - spójrzcie - jak szybko ją umiejętnie spożytkowali na najpierwsze publiczne cele: odbudowę, infrastrukturę i przemysł. Były nadużycia? Zapewne były. Gdzież ich nie ma? Ale nie na tak drapieżną skalę jak u naszych rekinów-żarłaczy, nigdy nienasyconych - jakby mutantów Polaków.

Nasza bieda nie rzuca się w oczy tak jaskrawo jak restauracje, coraz liczniejsze, coraz okazalsze, coraz droższe zajazdy przy głównych drogach, oglądane z okien wynajętego samochodu.

Sama zachwycam się tak zwanym warszawskim Dzikim Zachodem, czyli niedawnymi jeszcze gruzami, przed wojną dzielnicą bardzo biedną, a dziś przypominającą coś na kształt Broadwayu.

Ulica Grzybowska w moich czasach studenckich liczyła jeden odrapany dom, w którym wynajmowała pokój koleżanka Zula Zbisławska. Wyemigrowała potem i stała się bogata. Zmarła tragicznie na wymarzonym Zachodzie. W jej śmierci upatruję - może mylnie - elementu choroby emigracyjnej. W początkach lat 80. ub. wieku było coś chorego w pozbywaniu się polskości na siłę...

Nie kontynuuję, bo ten temat rozsierdziłby nas do białości. Powróćmy na dzisiejszą Grzybowską. Pierwszy burmistrz Śródmieścia Jan Rutkiewicz zapowiadał przed piętnastu laty, że będzie tu wielkomiejskie centrum. Nie domy pod sztancę, nie muchomory drapaczy, ale przemyślane, załamujące się perspektywy, stanowiące dla przechodnia, co rusz, niespodziankę dla oczu i wrażliwości. Ostatnio mało się ruszam, ale ten widok mnie "ruszył". A jednak i nam się coś udaje.

Małe miasta, gdy sensownie rządzone, też zaskakują. Taki Sztum, weźmy, w Poznańskiem. Albo Białystok! Teresa Torańska, która stamtąd pochodzi, ale nie była od lat, przecierała oczy. Czy możliwe? Białystok, nie tylko centrum! - robi wrażenie wielkomiejskie i wielonarodowe zarazem. Coś tajemniczego i zaskakującego, Wschód z Zachodem. Nie tylko pałac Branickich, gdzie mieści się uniwersytet ze smukłymi dziewczynami w czerni wśród kawiarń nie przypominających stołecznych pubów. Czerń, biel, i spokojna wytworność. Wierzyć nie chciałam. A budownictwo mieszkaniowe! Niech się schowa Warszawka ze swoimi Ursynowami, Kabatami, ostatnio Dębicami, które zastąpiły Świński Ryj, czyli osiedla obecnych i upadłych notabli lewicy. Rezydencje na zewnątrz pozbawione smaku, a wewnątrz - bunkry. Dlaczego? Dlatego, że wielki pokój wymaga odpowiedniej wysokości. Tej brak. Obowiązują normatywy. Wielkie pomieszczenie o niskim stropie przypomina bunkier. Gdy wstawić tam antyki, prawdziwe czy fałszywe (z reguły okazalsze) - dulszczyzna całą gębą.

Jakiego bym tematu nie chwyciła - źle. Taka moja pokręcona natura. Rozgoryczona populistka, sympatyzująca z Platformą Obywatelską i finansjerą. Podobnie mój syn, mieszkający w USA Wojtek. Pracuje w "socjalu" (instruktor orientacji przestrzennej niewidomych), głosuje na Busha, jest zażartym filosemitą i miłośnikiem Afroamerykanów, zwłaszcza rodzaju żeńskiego. Sfiksowana rodzinka.

Wracam do Krzysztofa Szymborskiego, zachwycającego się progresem, jaki zrobiła Polska. Bóg zapłać. Pojawił się jednak problem. Jak większość emigrantów, chował śliczną córkę Kasię na first class Amerykankę. W pełni uprawnioną, bo tam się urodziła. Mówił do niej po angielsku, mama po angielsku, tylko biedna babcia, która ją wyhuśtała, nie mogła się z wnuczka porozumieć. Kasia szykuje się do dyplomacji. Szkoła średnia w Exeter, jak angielskie Eaton, tylko koedukacyjne, itp., itd. I co się okazuje: po diabła francuski, niemiecki, włoski. Jak ktoś się nazywa Szymborski i nie zna polskiego - odpada. Więc kursy w Krakowie odpowiednio wyrównały sprawę. Ale co tam polski! Ukraiński! Rosyjski! Bantu! (Nieśmiało zauważam, że kiedy Kasia nauczy się bantu - Bantu nie będzie). No, zobaczymy.

*

Stało się sprawą powszechną, o czym chyba już pisałam, że śluby dzieci emigranckich odbywają się w Polsce. W pięknych kościołach, przy pięknym Ave Maria, w pięknych strojach, potem - w pięknych restauracjach, wesele. Duża liczba weselników. Ogromna. Głównie młodych. - Ciociu - mówi mi siostrzenica najczystszą polszczyzną (trzecie pokolenie urodzone w Londynie) - ale oni wszyscy mówią tylko po angielsku!

Nie za bardzo interesują się Polską i Polakami. Więc po co? Taniej - podejrzewam. Nawet wtedy, jeżeli wszyscy przelecą Atlantyk tam i nazad na koszt rodziców młodożeńców.

*

Komisja Orlenu trwa. Znów frajda, bo przesłuchują Marka Modeckiego, doradcę finansowego Jana Kulczyka. Dopadam telewizji i wsłuchuję się w piękną swobodną polszczyznę świadka. Zeznaje kilkanaście godzin. W jego dystans, w spokój podbity humorem, w merytoryczną trafność. Przesłuchujący posłowie chcą go dopaść. Nie powiem, "jak małe kundelki", którego to określenia użył kiedyś niefortunnie ważny nasz hierarcha Kościoła. Nie. Wielu przesłuchujących jest świetnie przygotowanych, inteligentnych, no, ale co zrobić - na niższym poziomie.

Skąd się tacy jak Modecki biorą? Też przecież szalenie bogaty, ale nie z państwowej ani samorządowej kasy. Pada pytanie o ojca. Świetna kariera zawodowa. Ale to przecież nie wszystko, choć wiele. Na pewno polscy miliarderzy wywodzą się częściowo z tak zwanych spółek polonijnych, tajemniczych tworów, które pojawiły się już w stanie wojennym lub zaraz po, łączonych z klasą rządzącą, oraz z innej grupy, operującej w czasach przełomu, zrównywania się wartości marki po połączeniu obu krajów niemieckich. Ci są na ogół niższej proweniencji. Nie po uniwersytetach, ale z komputerkami w głowie. Oblatywali świat: tu sprzedał, tu kupił - i miał i, dajmy na to, założył stację telewizyjną Polsat.

Tacy jak Kulczyk czy Modecki mają dogłębniejszą wiedzę finansową i widzenie w dalszej perspektywie. Mają pewien poziom ogólny z zakresu wiedzy humanistycznej. Jeżeli nawet nie zawsze praktykują, to wiedzą, co znaczy słowo "moralność".

*

Zabrałam się do pisania książki, którą w myśli tytułuję Kozetka, Piołun, Odtrącona - sprawa otwarta. Nie taję, że wątkiem wiążącym ma być rodzaj mojej autopsychoterapii, od urodzenia po śmierć, przecież bliską. Jak bywa u ludzi starych, pamięć wsteczną mam doskonałą. Nachodzą mnie obrazy wczesnego dzieciństwa, słowa, sytuacje, oświetlenie i uczucia, jakich wówczas doznawałam. Z tym nie mam kłopotu. Kłopot pojawia się wtedy, gdy chcę sprząc moje życie z życiem mojego pokolenia; pokolenia, które pamięta przedwojnie, wojnę, stalinizm, komunizm, wyzwolenie i teraźniejszość. Mało nas takich zostało, a sprawa ważna wobec zaniedbań w oficjalnym nauczaniu historii najnowszej. Dokumenty nie pokażą przyszłym badaczom kolorytu i nastrojów. Możemy to zrobić tylko my, zwykli zjadacze chleba - najlepiej dziennikarze. Dlatego dziennikarze, że regułą jest unikanie lakiernictwa - pisanie "szczere". Przymiotnik "szczere" biorę w cudzysłów, bo różnie ze szczerością bywa, zwłaszcza o sobie. Nie mam z tym najmniejszych trudności, oczywiście założywszy, że nie zamyślam babrania się w erotyzmach, intymnościach sypialni, których zresztą, stanowczo do szczerości nie zaliczam.

Piszę skrótowo, może nawet zbyt skrótowo. Jednak trudno uchwycić tak wielki szmat różnorakich epok, ich istotę, w małej książce. "Musisz, bo małe najlepiej idą", mówią wydawcy.

Krytycy rozwodzą się nad szczerością świetnie skądinąd napisanej, dowcipnej książki Z głowy Janusza Głowackiego. Ja nazwałabym ją "historią pasma sukcesu". Bo tej głębszej szczerości w niej mniej. Fakt, że autor podkreśla swoje zdrady miłosne, przydaje mu tylko uroku. Brakuje mi jego felietonów. Tę rzadką umiejętność posiadł Głowacki prawie jak Kisiel. Chociaż inaczej.

Ostatnio wielki u nas run na pamiętniki, wspomnienia, dzienniki. Ja też tylko tego szukam w lekturach.

Warszawa, 20 stycznia 2005 r.

PS. Gołąbek Picassa na ścianie przeciętnego mieszkania w Warszawie czy we Wrocławiu, gdzie odbywał się Kongres Intelektualistów, który zaszczycił Picasso. Czytelnik pyta, co z nim. Zamalowany, zatarty, znikł. Nikt o niego nie zadbał. Podobnie jak o freski Brunona Schulza w Drohobyczu. Latami bez opieki.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail