PRZEMYSŁAW GULDA
Filmy Tomasza Bagińskiego
Sztuka
animowania
Tomasz
Bagiński nie ma jeszcze trzydziestu lat, a lista jego osiągnięć
jest wprost imponująca.
Wszystko zaczęło się bardzo skromnie. Młody chłopak mieszkający
w Białymstoku "od zawsze" interesował się rysowaniem i komputerami.
Pierwsza pasja polegała na początku na rysowaniu prostych
komiksów, druga - graniu w równie proste gry. Ale Bagiński
szybko poszedł krok dalej. I to w obu dziedzinach. Zaczął
chodzić na zajęcia z rysunku, a na komputerze tworzyć cyfrowe
obrazki i animacje. Pierwsze filmiki są bardzo proste i krótkie,
pokazuje je tylko znajomym - takim jak on sam pasjonatom komputerowych
animacji. Ale szybko okazuje się, że ten talent daje szanse
zarobienia pieniędzy - za animowaną reklamówkę sklepu komputerowego
licealista Bagiński dostaje pierwsze honorarium.
Już wie, że po maturze chciałby studiować kierunek związany
z jego zainteresowaniami. Najbardziej pociąga go animacja
w łódzkiej szkole filmowej, ale tam o komputerach nie chcą
nawet słyszeć, zdaje więc egzamin do warszawskiej Akademii
Sztuk Pięknych. W końcu trafia na Wydział Architektury Politechniki
Warszawskiej. Nie przestaje tworzyć komputerowych animacji,
a na czwartym roku studiów ma pewność, że projektowanie budynków
to nie jest to, co chciałby robić w życiu. O wiele bardziej
pociąga go film.
Pierwszą poważną produkcją, która powstała w jego głowie,
a niedługo potem - w komputerze, była krótka animacja zatytułowana
Rain. To mroczny i porażająco przewrotny obraz niedalekiej
przyszłości: apokaliptycznego świata, pochłanianego przez
pustynię, w którym deszcz pada już tylko w wirtualnej przestrzeni,
wtłaczanej wprost do mózgu bohatera.
Film powstawał w warunkach, które można nazwać wręcz prymitywnymi:
Bagiński wpadał po godzinach do pracowni architektonicznej
i dzięki uprzejmości właścicieli korzystał z niezwykle szybkich
jak na owe czasy komputerów. A jednak udał się znakomicie.
Autor wysłał go na kilka konkursów dla amatorskich twórców
filmowych i prawie każdy z nich wygrywał.
Mniej więcej w tym samym czasie znalazł w gazecie ogłoszenie
o pracy w firmie Platige Image. Zajmuje się ona szeroko rozumianą
postprodukcją filmową, a więc m.in. storyboardami, realizacją
efektów specjalnych, animacji oraz montażem, głównie na potrzeby
teledysków, reklam i filmów fabularnych. To chyba dobre zajęcie
dla kogoś z takimi umiejętnościami - myśli Bagiński i zgłasza
się do firmy. Jako rekomendację przynosi film. Rain
robi na właścicielach Platige Image takie wrażenie, że zatrudniają
młodego artystę właściwie od razu.
Bagiński jest wtedy na czwartym roku studiów, bierze urlop
dziekański i rzuca się w wir pracy związanej z produkcją filmową
na dużą i mniejszą skalę. Tworzy przede wszystkim komputerowe
efekty specjalne oraz dwu- i trójwymiarowe animacje. Szybko
okazuje się, że nie ma już czasu na dokończenie studiów. Znajduje
za to czas na coś innego, co jak sam potem określi, stanie
się jego prywatną pracą dyplomową, prywatnym dyplomem filmowca.
U stóp katedry
To właśnie wtedy rodzi się pomysł Katedry. Rodzi się
w bólach. A dokładniej: z bólu. Z bólu wynikającego z faktu,
że praca przy produkcji reklam nie tylko nie spełnia ambicji
młodego artysty. Co gorsza - wyjaławia go z pomysłów i powoduje
trwonienie talentu na mało istotne z artystycznego punktu
widzenia działania.
Bagiński wie, że to mu nie wystarczy, że stać go na więcej,
że wciąż chce robić filmy, a nie tylko efekty do reklam. Przez
całe miesiące zastanawia się nad scenariuszem, zaczyna od
własnych pomysłów, ale żaden nie wydaje mu się wystarczająco
dobry. Szuka więc inspiracji w książkach - jego uwagę przyciąga
jeden z najważniejszych pisarzy młodego pokolenia polskiej
literatury science fiction Jacek Dukaj. Bagińskiemu
bardzo podobają się jego utwory i zaczyna myśleć o ekranizacji
któregoś z nich. Udaje mu się nawiązać kontakt z pisarzem,
wspólnie zastanawiają się, który tekst wybrać. Wreszcie decydują,
że najlepsze będzie opowiadanie Katedra. Kiedy Bagiński
uświadamia pisarzowi, na czym polega jego pomysł, okazuje
się, że średniej długości tekst trzeba skrócić do dwóch stron
maszynopisu. Jest październik 1999 roku, zaczynają się prace
nad filmem.
I choć brzmi to bardzo poważnie, oznacza jednak coś bardzo
prozaicznego i niemal niewiarygodnego. Bo bynajmniej nie chodzi
tu o zespół ludzi i wielkie pieniądze, które uruchamiają wielką
machinę produkcyjną. Oznacza to tylko tyle, że Bagiński zaczął
na swym domowym komputerze o mocy obliczeniowej, która dziś
wydawać się może śmieszna, pierwsze prace nad filmem. Od początku
było wiadomo, że ma to być komputerowa animacja 3d, a więc
taka, która daje złudzenie trójwymiarowości obrazu. Prace
nad takim filmem wymagają niemal benedyktyńskich wysiłków
- Bagiński rysował w komputerze każdą kolejną planszę, niemal
każdy element scenografii, rysunku postaci. Na początku twórca
nie potrzebował szybkiego komputera, ale wraz z pojawianiem
się kolejnych klatek i ujęć okazało się, że musi mieć lepszy
sprzęt. W tym momencie w sukurs przyszli mu szefowie Platige
Image - widząc, że ich pracownik po godzinach przygotowuje
coś naprawdę ciekawego i nietypowego, pozwolili mu używać
wieczorami firmowych komputerów - o niebo szybszych od sprzętu,
jaki ktokolwiek miał wtedy w domu. Wraz ze zwiększeniem prędkości
działania procesorów komputerów, na których powstawał film,
zwiększyło się też tempo prac. Choć młodemu autorowi nie było
łatwo: cały czas przecież równolegle pracował zawodowo, a
praca często zabierała mu dużo czasu.
Katedra została ukończona w kwietniu 2002 roku. Film
trwa zaledwie siedem minut - z punktu widzenia zwykłego kinomana,
przyzwyczajonego do prawie dwugodzinnych fabuł, to oczywiście
bardzo mało, ale w świecie animacji, tej klasycznej i tej
komputerowej, czas liczy się inaczej. Każda sekunda filmu
to kolejne plansze, które trzeba w ten czy inny sposób narysować,
to kolejne godziny, dni i tygodnie spędzone nad białą kartką
albo przy monitorze komputera.
To film bardzo mroczny, utrzymany w poważnym, elegijnym,
niemal patetycznym nastroju. Opowiada nieco tajemniczą historię
o wielkiej, pełnej płonącego światła katedrze gdzieś na odległej
planecie, do której dociera strudzony wędrowiec. W zaskakujący
i przewrotny sposób monumentalna budowla okazuje się ostatecznym
celem jego wędrówki, jego przeznaczeniem.
Wysiłek twórcy docenili krytycy i jurorzy licznych festiwali
filmów animowanych - Bagiński wysłał Katedrę na wiele
tego typu imprez i prawie zawsze wracał z jakąś wartościową
nagrodą. Dwie najważniejsze to laur zwany Best Animated Short,
przyznawany w prestiżowym konkursie Siggraph 2002, oraz nagroda
główna konkursu Animago 2002. Mówiąc krótko - Bagiński zebrał
prawie wszystkie możliwe nagrody, którymi uhonorowane są filmy
animowane. Została jeszcze tylko jedna próba - najważniejsza
nagroda przemysłu filmowego - Oscar. Spośród polskich twórców
animacji tylko Zbigniew Rybczyński zdobył tę statuetkę - jego
Tango zwyciężyło w konkursie w 1983 r. Katedra
spodobała się członkom Amerykańskiej Akademii Filmowej i stanęła
w szranki z czterema innymi, zyskując tym samym miano jednego
z pięciu najwartościowszych krótkometrażowych filmów świata
w roku 2002. I choć ostatecznie nie otrzymał statuetki, sama
nominacja jest osiągnięciem, z którego może być dumny.
Bagiński jest bardzo skromny i pytany dziś o to, co ta nominacja
zmieniła w jego życiu, odpowiada: "W samym życiu niewiele.
Robię z grubsza to samo, zarabiam z grubsza podobnie, mieszkam
w tym samym mieszkaniu, planuję ślub z tą samą narzeczoną.
Na pewno nominacja to fajne wspomnienie, które gdzieś tam
zostaje, ale rewolucji nie czyni".
Paradoksalnie, dopiero wtedy o Bagińskim i jego osiągnięciu
zaczęło być głośno w Polsce. Twórca miał swoje pięć minut:
nominacja wywołała prawdziwą lawinę publikacji prasowych:
wywiadów, artykułów, opowieści o samym artyście i jego dziele.
A film pojawił się na ekranach większości polskich kin - wyświetlany
przed projekcjami pełnometrażowych obrazów, trafił do bardzo
licznej publiczności. Niedługo potem przygotowano także wydanie
na płycie dvd, pojawiła się również wersja z napisami po angielsku,
którą wciąż można kupić w internecie (www.ny.pl/zakupy).
Sztuka spadania
Ale Bagińskiemu chodził już po głowie kolejny projekt. Następny
film miał być zupełnie inny niż Katedra. Początkowo
autor wspominał w wywiadach o rozpoczęciu prac nad ekranizacją
kolejnego opowiadania Dukaja, ale ten projekt został odłożony.
Powstała Sztuka spadania - film rzeczywiście bardzo
odmienny od poprzedniego. To równie krótka animacja, opowiadająca
przepełnioną czarnym humorem historię dziejącą się w upiornej
jednostce wojskowej, gdzieś na zagubionym końcu świata. To
jednocześnie bolesna satyra na bezduszność instytucji, jaką
jest wojsko, oraz wieloznaczna i zaskakująca refleksja nad
istotą i granicami sztuki.
Tym razem Bagiński nie robił filmu sam - zebrał kilkuosobowy
zespół współpracowników, którzy pracowali pod jego kierownictwem.
Było trochę łatwiej niż przy Katedrze: "Łatwiej go
nam promować - opowiada Bagiński o nowym filmie - łatwiej
było namówić do współpracy ludzi, łatwiej ten film pokazywać.
Nie jestem człowiekiem zupełnie nieznanym, więc niektóre drzwi,
które kiedyś zatrzasnęłyby mi się przed nosem, teraz dam radę
otworzyć. Ale napracować dalej muszę się okrutnie". Rezultat
można było późną jesienią ub. roku oglądać w polskich kinach,
a wkrótce Sztuka spadania ma trafić na płytę dvd.
Największy chyba paradoks związany z Bagińskim polega na
tym, że ten utalentowany twórca, mający na koncie dwa znakomicie
przyjęte filmy, nominację do Oscara i mnóstwo prestiżowych
nagród, wciąż musi pracować nad efektami specjalnymi do reklam!
Odpowiadając na pytanie o to, co się działo w jego zawodowym
życiu między powstaniem jednego i drugiego filmu, artysta
mówi: "Zrealizowałem w międzyczasie kilkanaście reklam. Bez
reklam nie byłoby mojego drugiego filmu. Na produkcjach tego
typu ani ja, ani nikt z ekipy na razie nie zarabia. Pieniądze
na ich powstanie to pieniądze odłożone dzięki pracy nad reklamą".
Co robi dziś najbardziej utytułowany i znany polski twórca
animacji komputerowych? "Teraz znowu pracuję nad reklamami.
Reperuję domowy budżet. Został kompletnie zjedzony przez Sztukę
spadania, a ja przecież szykuję się do ślubu latem. Poza
tym, po tak długim okresie pracy nad filmem trochę komercji
zapewnia lekkie odbicie w innym kierunku. Dobrze robi".
Oby. Na razie pozostaje podziwianie dwóch poprzednich filmów
i oczekiwanie, kiedy Bagiński przygotuje, jak zwykle po godzinach,
jakieś nowe dzieło.
|