PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 21 stycznia 2005


PRZEMYSŁAW GULDA

Filmy Tomasza Bagińskiego

Sztuka
animowania

Tomasz Bagiński nie ma jeszcze trzydziestu lat, a lista jego osiągnięć jest wprost imponująca.

Wszystko zaczęło się bardzo skromnie. Młody chłopak mieszkający w Białymstoku "od zawsze" interesował się rysowaniem i komputerami. Pierwsza pasja polegała na początku na rysowaniu prostych komiksów, druga - graniu w równie proste gry. Ale Bagiński szybko poszedł krok dalej. I to w obu dziedzinach. Zaczął chodzić na zajęcia z rysunku, a na komputerze tworzyć cyfrowe obrazki i animacje. Pierwsze filmiki są bardzo proste i krótkie, pokazuje je tylko znajomym - takim jak on sam pasjonatom komputerowych animacji. Ale szybko okazuje się, że ten talent daje szanse zarobienia pieniędzy - za animowaną reklamówkę sklepu komputerowego licealista Bagiński dostaje pierwsze honorarium.

Już wie, że po maturze chciałby studiować kierunek związany z jego zainteresowaniami. Najbardziej pociąga go animacja w łódzkiej szkole filmowej, ale tam o komputerach nie chcą nawet słyszeć, zdaje więc egzamin do warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. W końcu trafia na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Nie przestaje tworzyć komputerowych animacji, a na czwartym roku studiów ma pewność, że projektowanie budynków to nie jest to, co chciałby robić w życiu. O wiele bardziej pociąga go film.

Pierwszą poważną produkcją, która powstała w jego głowie, a niedługo potem - w komputerze, była krótka animacja zatytułowana Rain. To mroczny i porażająco przewrotny obraz niedalekiej przyszłości: apokaliptycznego świata, pochłanianego przez pustynię, w którym deszcz pada już tylko w wirtualnej przestrzeni, wtłaczanej wprost do mózgu bohatera.

Film powstawał w warunkach, które można nazwać wręcz prymitywnymi: Bagiński wpadał po godzinach do pracowni architektonicznej i dzięki uprzejmości właścicieli korzystał z niezwykle szybkich jak na owe czasy komputerów. A jednak udał się znakomicie. Autor wysłał go na kilka konkursów dla amatorskich twórców filmowych i prawie każdy z nich wygrywał.

Mniej więcej w tym samym czasie znalazł w gazecie ogłoszenie o pracy w firmie Platige Image. Zajmuje się ona szeroko rozumianą postprodukcją filmową, a więc m.in. storyboardami, realizacją efektów specjalnych, animacji oraz montażem, głównie na potrzeby teledysków, reklam i filmów fabularnych. To chyba dobre zajęcie dla kogoś z takimi umiejętnościami - myśli Bagiński i zgłasza się do firmy. Jako rekomendację przynosi film. Rain robi na właścicielach Platige Image takie wrażenie, że zatrudniają młodego artystę właściwie od razu.

Bagiński jest wtedy na czwartym roku studiów, bierze urlop dziekański i rzuca się w wir pracy związanej z produkcją filmową na dużą i mniejszą skalę. Tworzy przede wszystkim komputerowe efekty specjalne oraz dwu- i trójwymiarowe animacje. Szybko okazuje się, że nie ma już czasu na dokończenie studiów. Znajduje za to czas na coś innego, co jak sam potem określi, stanie się jego prywatną pracą dyplomową, prywatnym dyplomem filmowca.

U stóp katedry

To właśnie wtedy rodzi się pomysł Katedry. Rodzi się w bólach. A dokładniej: z bólu. Z bólu wynikającego z faktu, że praca przy produkcji reklam nie tylko nie spełnia ambicji młodego artysty. Co gorsza - wyjaławia go z pomysłów i powoduje trwonienie talentu na mało istotne z artystycznego punktu widzenia działania.

Bagiński wie, że to mu nie wystarczy, że stać go na więcej, że wciąż chce robić filmy, a nie tylko efekty do reklam. Przez całe miesiące zastanawia się nad scenariuszem, zaczyna od własnych pomysłów, ale żaden nie wydaje mu się wystarczająco dobry. Szuka więc inspiracji w książkach - jego uwagę przyciąga jeden z najważniejszych pisarzy młodego pokolenia polskiej literatury science fiction Jacek Dukaj. Bagińskiemu bardzo podobają się jego utwory i zaczyna myśleć o ekranizacji któregoś z nich. Udaje mu się nawiązać kontakt z pisarzem, wspólnie zastanawiają się, który tekst wybrać. Wreszcie decydują, że najlepsze będzie opowiadanie Katedra. Kiedy Bagiński uświadamia pisarzowi, na czym polega jego pomysł, okazuje się, że średniej długości tekst trzeba skrócić do dwóch stron maszynopisu. Jest październik 1999 roku, zaczynają się prace nad filmem.

I choć brzmi to bardzo poważnie, oznacza jednak coś bardzo prozaicznego i niemal niewiarygodnego. Bo bynajmniej nie chodzi tu o zespół ludzi i wielkie pieniądze, które uruchamiają wielką machinę produkcyjną. Oznacza to tylko tyle, że Bagiński zaczął na swym domowym komputerze o mocy obliczeniowej, która dziś wydawać się może śmieszna, pierwsze prace nad filmem. Od początku było wiadomo, że ma to być komputerowa animacja 3d, a więc taka, która daje złudzenie trójwymiarowości obrazu. Prace nad takim filmem wymagają niemal benedyktyńskich wysiłków - Bagiński rysował w komputerze każdą kolejną planszę, niemal każdy element scenografii, rysunku postaci. Na początku twórca nie potrzebował szybkiego komputera, ale wraz z pojawianiem się kolejnych klatek i ujęć okazało się, że musi mieć lepszy sprzęt. W tym momencie w sukurs przyszli mu szefowie Platige Image - widząc, że ich pracownik po godzinach przygotowuje coś naprawdę ciekawego i nietypowego, pozwolili mu używać wieczorami firmowych komputerów - o niebo szybszych od sprzętu, jaki ktokolwiek miał wtedy w domu. Wraz ze zwiększeniem prędkości działania procesorów komputerów, na których powstawał film, zwiększyło się też tempo prac. Choć młodemu autorowi nie było łatwo: cały czas przecież równolegle pracował zawodowo, a praca często zabierała mu dużo czasu.

Katedra została ukończona w kwietniu 2002 roku. Film trwa zaledwie siedem minut - z punktu widzenia zwykłego kinomana, przyzwyczajonego do prawie dwugodzinnych fabuł, to oczywiście bardzo mało, ale w świecie animacji, tej klasycznej i tej komputerowej, czas liczy się inaczej. Każda sekunda filmu to kolejne plansze, które trzeba w ten czy inny sposób narysować, to kolejne godziny, dni i tygodnie spędzone nad białą kartką albo przy monitorze komputera.

To film bardzo mroczny, utrzymany w poważnym, elegijnym, niemal patetycznym nastroju. Opowiada nieco tajemniczą historię o wielkiej, pełnej płonącego światła katedrze gdzieś na odległej planecie, do której dociera strudzony wędrowiec. W zaskakujący i przewrotny sposób monumentalna budowla okazuje się ostatecznym celem jego wędrówki, jego przeznaczeniem.

Wysiłek twórcy docenili krytycy i jurorzy licznych festiwali filmów animowanych - Bagiński wysłał Katedrę na wiele tego typu imprez i prawie zawsze wracał z jakąś wartościową nagrodą. Dwie najważniejsze to laur zwany Best Animated Short, przyznawany w prestiżowym konkursie Siggraph 2002, oraz nagroda główna konkursu Animago 2002. Mówiąc krótko - Bagiński zebrał prawie wszystkie możliwe nagrody, którymi uhonorowane są filmy animowane. Została jeszcze tylko jedna próba - najważniejsza nagroda przemysłu filmowego - Oscar. Spośród polskich twórców animacji tylko Zbigniew Rybczyński zdobył tę statuetkę - jego Tango zwyciężyło w konkursie w 1983 r. Katedra spodobała się członkom Amerykańskiej Akademii Filmowej i stanęła w szranki z czterema innymi, zyskując tym samym miano jednego z pięciu najwartościowszych krótkometrażowych filmów świata w roku 2002. I choć ostatecznie nie otrzymał statuetki, sama nominacja jest osiągnięciem, z którego może być dumny.

Bagiński jest bardzo skromny i pytany dziś o to, co ta nominacja zmieniła w jego życiu, odpowiada: "W samym życiu niewiele. Robię z grubsza to samo, zarabiam z grubsza podobnie, mieszkam w tym samym mieszkaniu, planuję ślub z tą samą narzeczoną. Na pewno nominacja to fajne wspomnienie, które gdzieś tam zostaje, ale rewolucji nie czyni".

Paradoksalnie, dopiero wtedy o Bagińskim i jego osiągnięciu zaczęło być głośno w Polsce. Twórca miał swoje pięć minut: nominacja wywołała prawdziwą lawinę publikacji prasowych: wywiadów, artykułów, opowieści o samym artyście i jego dziele. A film pojawił się na ekranach większości polskich kin - wyświetlany przed projekcjami pełnometrażowych obrazów, trafił do bardzo licznej publiczności. Niedługo potem przygotowano także wydanie na płycie dvd, pojawiła się również wersja z napisami po angielsku, którą wciąż można kupić w internecie (www.ny.pl/zakupy).

Sztuka spadania

Ale Bagińskiemu chodził już po głowie kolejny projekt. Następny film miał być zupełnie inny niż Katedra. Początkowo autor wspominał w wywiadach o rozpoczęciu prac nad ekranizacją kolejnego opowiadania Dukaja, ale ten projekt został odłożony. Powstała Sztuka spadania - film rzeczywiście bardzo odmienny od poprzedniego. To równie krótka animacja, opowiadająca przepełnioną czarnym humorem historię dziejącą się w upiornej jednostce wojskowej, gdzieś na zagubionym końcu świata. To jednocześnie bolesna satyra na bezduszność instytucji, jaką jest wojsko, oraz wieloznaczna i zaskakująca refleksja nad istotą i granicami sztuki.

Tym razem Bagiński nie robił filmu sam - zebrał kilkuosobowy zespół współpracowników, którzy pracowali pod jego kierownictwem. Było trochę łatwiej niż przy Katedrze: "Łatwiej go nam promować - opowiada Bagiński o nowym filmie - łatwiej było namówić do współpracy ludzi, łatwiej ten film pokazywać. Nie jestem człowiekiem zupełnie nieznanym, więc niektóre drzwi, które kiedyś zatrzasnęłyby mi się przed nosem, teraz dam radę otworzyć. Ale napracować dalej muszę się okrutnie". Rezultat można było późną jesienią ub. roku oglądać w polskich kinach, a wkrótce Sztuka spadania ma trafić na płytę dvd.

Największy chyba paradoks związany z Bagińskim polega na tym, że ten utalentowany twórca, mający na koncie dwa znakomicie przyjęte filmy, nominację do Oscara i mnóstwo prestiżowych nagród, wciąż musi pracować nad efektami specjalnymi do reklam! Odpowiadając na pytanie o to, co się działo w jego zawodowym życiu między powstaniem jednego i drugiego filmu, artysta mówi: "Zrealizowałem w międzyczasie kilkanaście reklam. Bez reklam nie byłoby mojego drugiego filmu. Na produkcjach tego typu ani ja, ani nikt z ekipy na razie nie zarabia. Pieniądze na ich powstanie to pieniądze odłożone dzięki pracy nad reklamą".

Co robi dziś najbardziej utytułowany i znany polski twórca animacji komputerowych? "Teraz znowu pracuję nad reklamami. Reperuję domowy budżet. Został kompletnie zjedzony przez Sztukę spadania, a ja przecież szykuję się do ślubu latem. Poza tym, po tak długim okresie pracy nad filmem trochę komercji zapewnia lekkie odbicie w innym kierunku. Dobrze robi".

Oby. Na razie pozostaje podziwianie dwóch poprzednich filmów i oczekiwanie, kiedy Bagiński przygotuje, jak zwykle po godzinach, jakieś nowe dzieło.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail