PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski 25 czerwca 2004


ANDRZEJ ZAWADA

Zapiski na marginesie

"Czerwone maki" i niewesoly autobus

Sroda

Wczoraj telewizja swietowala 60. rocznice bitwy pod Monte Cassino. Przypomnialem sobie, jakim bohaterskim mitem stala sie ta bitwa juz w latach mojego dziecinstwa. A wiec juz 14-15 lat po niej, kiedy jej pamiec byla calkiem swieza. Ta pamiec wybuchla zreszta w 1956 r., wczesniej przygnieciona stalinizmem, i w Polsce socjalistycznej, tym komunistycznym zaborze rosyjskim, nagle raz po raz slyszalem, jak dorosli rozmawiali o Monte Cassino. Spiewali Czerwone maki. "Zdobywali" ksiazke Melchiora Wankowicza i pozyczali sobie w aurze wtajemniczenia, jakby dzielili sie przyjaznia i okazywali zaufanie. Wtedy, moze to byl rok 1959 albo 1960, bylem chlopcem 11-12-letnim, tez ja przeczytalem, bardzo dokladnie. W naszym miasteczku ludzie z duma pokazywali sobie na ulicy czlowieka, ktory walczyl w tym wspolczesnym Grunwaldzie. Sprawdzalem indeks nazwisk w reportazu Wankowicza - bylo. Nawet dwa razy, bo walczyli dwa bracia. Nadal pamietam - nazywali sie Duda.

I kiedy wczoraj patrzylem na starych, 80-letnich kombatantow, poczulem, ze jestem jednym z nich. Przeciez w pietnascie lat po bitwie trzymalem za nich kciuki, czulem nad plecami ostrzal niemiecki, czolgalem sie wsrod skal i trupow. Wprawdzie juz wiedzielismy, ze bitwa wygrana, ale czulismy, ze wojna trwa i wolnosc jeszcze nie odzyskana.

Nie wiem, czy general Wladyslaw Anders mogl w pelni zdawac sobie sprawe, ze przyjmujac zadanie zdobycia Monte Cassino, zdobywal dla Polakow majacych po wojnie zyc po wschodniej stronie Europy uzdrawiajace poczucie wewnetrznej wolnosci i tozsamosci. Mit Monte Cassino, mit zwycieski, romantyczny i heroiczny, gleboko zapadl w dziecieca swiadomosc mojego pokolenia i w niemozliwym do zmierzenia, ale bardzo powaznym stopniu wykarmil nasze poczucie godnosci i sily.

Czwartek

Od kilku tygodni, przed snem, wygospodarowujac na to mniej wiecej pol godziny, czytam Kartki z dziennika Stefana Chwina. Podoba mi sie ta ksiazka, jest interesujaca i napisana atrakcyjnie. Sporo w niej watkow, ktore rowniez mnie nie sa obce, a ktore obejmuja wazne kwestie zyciowe. Wsrod watkow literackich, autotematycznych i opinii o innych autorach, zwraca uwage krytyczny, a nawet ironiczny stosunek do Tadeusza Rozewicza. Najpierw Chwin pisze, ze lament Rozewicza nad smiercia poezji jest falszywy. Ten falsz i ja wyczuwam od wielu lat, i mnie on tez przeszkadza. Wczoraj zas przeczytalem o rozmowie autora z mlodym erudyta, ktory stwierdzil, ze Rozewicza "juz sie nie czyta".

Tworczosc, ktora przemija szybciej od jej autorow. Widze to zjawisko i od lat obserwuje je z melancholia. Lista nazwisk szybko sie wydluza. Gdzie gwiazdy sprzed dwudziestu, sprzed dziesieciu lat? Jerzy Andrzejewski, ktory wydawal sie byc mocarzem piora - zniknal. Juz nie mowie o innych, tez popularnych: Kazimierz Brandys, Tadeusz Nowak, Roman Bratny, Andrzej Kusniewicz, Julian Stryjkowski, moj ulubiony Melchior Wankowicz... A co sie dzieje z Andrzejem Szczypiorskim, dopiero co autorem bestsellerow? A co z Tadeuszem Konwickim, wieszczem polskiej inteligencji w PRL? Rozewicz nadal pisze, i to madrze, a wydawcy dbaja o jego obecnosc, ale i on jest - nie moge sie wyzbyc podczas lektury kolejnych nowych tomikow tego przykrego wrazenia - jakis bolesnie, moze tez programowo niedzisiejszy. A Zbigniew Herbert? Przez wielu stawiany na pierwszym miejscu, przed i przeciw Czeslawowi Miloszowi? Czas bezwzglednie i z jakas zlosliwa gorliwoscia odslania patos i retorycznosc tej poezji.

Na naszych oczach pelna para pracuje wielka literacka pralnia, mechaniczny czysciec.

Widze tez innych, ktorzy towarzysko bywaja, celebruja swoja obecnosc, dyskretnie albo i calkiem niedyskretnie przesuwaja sie do pierwszego rzedu. Pilnuja, by o nich nie zapomniano, zabiegaja o nagrody i ordery, dziergaja intrygi, ktore maja im przyniesc doktorat honorowy lokalnego uniwersytetu albo przeklad paru wierszy w jakiejs zagranicznej antologii. Jezdza, podrozuja, prowadza zycie komiwojazerow, zarywaja noce, psuja zoladek byle jakim jedzeniem, niszcza watrobe nie zawsze szlachetnym winem serwowanym przy okazji konferencji i promocji. Naprawde, ciezko, jak na swoje lata, stanowczo za ciezko pracuja na to wirtualne istnienie. Nie odbedzie sie bez nich zadna literacka celebra, a nastepnego dnia na fotografii w gazecie ujrzymy ich na pierwszym planie. Niby nie patrza w obiektyw, ich wzrok bladzi po niebie, ich mimika subtelnie sugeruje, ze nieswiadomi swej popularnosci wlasnie oddalaja sie mysla, by zajrzec pod podszewke nazbyt jaskrawego swiata. Ale jezeli sie dobrze przyjrzec, jedno oczko kacikiem, boczkiem, spod zmruzonej powieczki bystro popatruje, czy wszystko zgodne ze scenariuszem. Oczko sprawnego rezysera, czujne oczko autokreacyjne.

A na dnie tego oczka wiedza, ze od tej czujnosci zalezy byc albo nie byc.

O kim pisze? O niejednym (niejednej). Moglbym podac przyklad, nazwisko, nazwiska. Ale lepiej tego nie robic, bo nie konkretny przypadek opisuje, ale zjawisko. Stare, wieczne zjawisko. Vanity fair. Targowisko proznosci. Rynek marnosci.

Piatek

Psuje mi sie auto, musze jechac do warsztatu, niestety. Strata dnia i wydatek.

Niedziela

Zepsula sie takze kosiarka (silnik). Zepsula sie drukarka. Wczoraj zlamaly sie metalowe grabie. Cywilizacja jednorazowego uzytku.

Skonczylem wczoraj lekture Kartek z dziennika Chwina. Czytalem te zapiski powoli, wieczorami, od mniej wiecej miesiaca i jestem pod uwodzicielskim urokiem tej ksiazki. Atrakcyjna i zmienna jak dawny ideal kobiecosci, barwna, przewrotna, kokieteryjna i ciekawa. A zarazem madra, gleboka, powazna, bardzo osobista. Autor unika ekshibicjonizmu, a potrafi mowic odpowiednio otwarcie o swoich myslach. Umie tez robic to tak, zeby nie nuzyc, nie nudzic, a wciagnac do nieomal dialogu. Trudno mi o tej ksiazce pisac tak krotko, bo jest obszerna i bogata, wielowatkowa i stylistycznie roznorodna. A przede wszystkim: podczas lektury ma sie swietne wrazenie uczestnictwa w rozmowie z pisarzem. Prawdziwym pisarzem. Bo Stefan Chwin jest nim cala geba. Wlasnie - geba.

Wyobrazam sobie, jak za to oberwie od niektorych mlodych przemadrzalych.

Mnostwo tu ciekawych watkow, autotematycznych, autobiograficznych, kwestii swiatopogladowych istotnych dla mojej generacji. Z przyjemnoscia ogladalem nasz swiat oczyma Chwina i podazalem jego sciezkami po mapie literatury. Kiedy pisze: "Literatura - mowiac patetycznie - jest od poszerzania egzystencji" (s. 450), mam wrazenie, ze i jak tak mysle. Kiedy mowi, ze "Z pewnoscia literatura powinna walczyc ze zlem. Ale mnie blizsza jest literatura, ktora pyta o to, co to jest dobro, a co to jest zlo" (s. 364) - to trafia w sedno takze mojego odczuwania swiata. Bowiem jak oceniac rzeczywistosc, ktora jest nieczytelna? Trzeba ja najpierw probowac rozpoznac. W Kartkach z dziennika raz po raz trafiam na moje wlasne sady, odczucia, oceny.

Wtorek

Wczoraj, kiedy auto bylo w warsztacie, podjechalem cztery przystanki autobusem linii miejskiej, ktorego trasa prowadzi za miasto, do ogrodkow dzialkowych i najblizszej, przemyslowo-podmiejskiej wioski. W autobusie pasazerowie wylacznie starzy i biedni, groszowi emeryci, drobni pijaczkowie, paru mlodych mezczyzn o wygladzie sezonowych robotnikow. Nieswieze koszule w wyplowialy kwiecisty wzor, takie, jakie za pare zlotych kupuje sie na targu, wytarte spodnie, znoszone adidasy, sandaly. Torby szmaciane, tak zwane dziadowki, albo sklepowe foliowe reklamowki.

Moj jasny lniany garnitur - ranek byl cieply i sloneczny, a pozniej mialem zajecia na uniwersytecie - swiecil w tym autobusie jak stroj arystokratycznego salonowca, ktory nieuwaznie zabladzil miedzy prawdziwych, rzeczywistych mieszkancow Ziemi. Patrzyli na mnie z obrzydzeniem albo co najmniej niechecia. Oto ten, ktory zyje ich kosztem, darmozjad, ktory zabral im gwarantowana w socjalizmie posade, gierkowskie pare zlotych do pierwszego, darmowe leki w przychodni. Oto ten, ktory jest winien ich starosci. Ten, ktory zadowolonym, schludnym wygladem odbiera nadzieje. Przeciez nikt nie jest taki glupi, zeby wierzyc, ze nadziei wystarczy dla wszystkich.

Nagle zrozumialem, ze kiedy ten autobus podjedzie ktorejs niedzieli pod lokal komisji wyborczej, wszyscy zaglosuja na Samoobrone albo Lige Polskich Rodzin. Nie dlatego, zeby wierzyli, ze populisci zrobia cud gospodarczy i bedzie dobrobyt. Nie, pasazerowie tego autobusu z pewnoscia w to nie wierza. Sa na to za starzy, zmeczeni i zbyt doswiadczeni. Ale zaglosuja przeciwko takim jak ja. Zeby utrzec im nosa, zeby sie nie panoszyli. Zeby nie jezdzili czystymi autami, nie obnosili sie z jasnymi spodniami, nie brzeczeli komorkami. Zeby nie bylo widac ich powodzenia, zeby nie draznili ludzkich oczu swoja zaradnoscia, skutecznoscia, pracowitoscia. Zeby slabszych nie wpedzali w depresje swoim sukcesem.

Dlatego caly ten niewesoly autobus gotow jest modlic sie w kosciolach do ukochanego Papieza-Polaka, zeby prezydentem zostal Lepper. Niech wreszcie przyjdzie silny czlowiek, wodz, krol, nawet tyran, i niech, do cholery, zrobi porzadek. Zreszta, my, prosci ludzie, nie boimy sie tyranow. On jest jednym z nas, tez jest prostym czlowiekiem, i swoich nie da skrzywdzic.

Debniki, 1 czerwca, Dzien Dziecka 2004


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail